Fakt, że po wygraniu dwóch spotkań i przy zupełnie zaskakujących potknięciach Wisły Kraków (0:1 z
GKS Bełchatów i 0:1 u siebie z Arką Gdynia!) oraz Legii
Warszawa (0:1 u siebie z Odrą Wodzisław!) Lech
Poznań ani drgnął w tabeli ekstraklasy, świadczy o tym, jak spore miał straty po rundzie jesiennej. To jednak już historia, bowiem dwoma solidnymi pociągnięciami "Kolejorz" te straty niemal odrobił. Teraz ma tyle punktów co Legia i tylko dwa punkty straty do targanej paraliżującą niemocą Wisły.
W
Poznaniu paraliżować mogła murawa, na której niemal nie dało się grać w piłkę. A już na pewno łatwiej było się bronić, niż atakować. Lech nie miał więc z punktu łatwego zadania. A utrudnił je sobie jeszcze bardziej, gdy w 20. min stracił bramkę. Już przed meczem wiadomo było, że Mołdawianin Alexandru Suvorov, którego zimą sprowadziła Cracovia, to piłkarz dużego formatu. Na poziomie porównywalnym do poziomu reprezentowanego przez Siergieja Kriwca, który został przecież sprowadzony przez "Kolejorza" jako duża gwiazda. I Suvorov te opinie błyskawicznie potwierdził. Gol, który strzelił Jasminowi Buriciowi - po strzale ze zmyłkowym spojrzeniem, sugerującym podanie do kolegi - był majstersztykiem.
Cracovia prowadziła 1:0 i mogła się śmiało okopać na poznańskim "kartoflisku". - Wiedzieliśmy, że jeśli szybko nie wyrównamy, to będzie po nas - mówił po meczu
Robert Lewandowski, który jeszcze przed golem dla Cracovii miał okazję do zdobycia gola. W 23. min to on ze Sławomirem Peszką rozegrali akcję, którą wykończył wślizgiem Siergiej Kriwiec. Białorusin zdobył swą pierwszą bramkę dla Lecha, doczekał się skandowania swego nazwiska, a gdy w drugiej połowie trener Zieliński go zmienił - owacji. - Ten gol jest w dużej mierze zasługą kibiców. Pomogli nam przy stanie 0:1. Stworzyli atmosferę do ataku - mówił potem Kriwiec, wyraźnie zachwycony tym, co zobaczył na Bułgarskiej.
Zachwyceni byli chyba wszyscy, gdyż atmosfera rozgrywanego przy prószącym śniegu meczu była bardzo unikalna. Kibice bardzo stęsknili się za swoim stadionem. - Wreszcie u siebie, Kolejorz, wreszcie u siebie - skandowali, pieczętując tym samym koniec wypraw na mecze ligowe do Wronek. Dodatkowo pojedynek toczył się na wciąż zmieniającym się obiekcie, który ma już wszystkie trybuny i rusztowanie dachu. Wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze rok temu. Gdy się siedzi na jego trybunach, można się już poczuć jak na europejskich stadionach.
Gola na 1:1 nie widział już Manuel Arboleda, który z kontuzją opuścił boisko. Gdy schodził, Cracovia prowadziła 1:0, więc Kolumbijczyk zniknął w tunelu do szatni, załamany swym urazem i wynikiem. - Zrobimy mu USG [badanie zaplanowano na poniedziałek - red.] i wtedy się przekonamy, co to za kontuzja [lekarze podejrzewają naderwania mięśnia - red.] - mówił trener Zieliński. - To jednak inna noga i inny mięsień niż poprzedni uraz, który wyłączył Arboledę z gry na pół roku.
Kolumbijską gwiazdę Lecha zastąpił Seweryn Gancarczyk, który zagrał nie najlepiej. Zieliński jednak zaznaczył: - Seweryn grał z anginą. Wpuściłem go jednak i nie uważam, abym popełnił błąd.
Cracovia mogła mieć jeszcze złudzenia do 37. min, ale wtedy znów rozcięło ją na sztuki kolejne podanie Semira Stilicia, z którego użytek zrobiły ofensywne działa Lecha. Krakowski bramkarz zablokował jeszcze Peszkę, ale po chwili mógł tylko zrobić scenę swym obrońcom, którzy dopuścili do dobitki Lewandowskiego. - O moim lewym obrońcy nawet nie mogę powiedzieć, że grał słabo. On nie grał w ogóle - komentował potem trener Orest Lenczyk. Warto podkreślić, że bramki na 2:1 nie byłoby, gdyby nie przechwyt Ivana Djurdjevicia i jego spokój przy wyprowadzeniu kontrataku.
Teraz zła murawa przemawiała za Lechem, który w drugiej połowie cofnął się bardzo głęboko i przez długi czas pozwolił Cracovii się nękać. Kluczowe było wejście na boisko Radosława Matusiaka - to on był motorem napędowym poczynań dążącej do wyrównania Cracovii, wśród których należy wymienić zwłaszcza znakomitą okazję po strzale Sławomira Szeligi, po którym musiał się mocno popisać Jasmin Burić. Jak na tę murawę, pogodę i wszelkie okoliczności, obydwa zespoły stworzyły całkiem niezłe widowisko. Gdyby brać pod uwagę tylko pierwszą połowę, można by wręcz powiedzieć, że bardzo dobre. Druga połowa była jednak znacznie słabsza.
Lech rozstrzygnął ją i cały mecz dzięki przedziwnej, acz ładnej bramce Sławomira Peszki. Wkręcił on piłkę z ostrego kąta i nad głową Cabaja. Już w doliczonym czasie Peszko i Lewandowski mieli o wiele łatwiejsze sytuacje, ale nie potrafili pokonać bramkarza Cracovii.