Trener Jacek Zieliński jest zbyt inteligentnym człowiekiem, aby próbować bronić tezy, iż sobotni mecz ze Śląskiem
Wrocław był widowiskiem "ciekawym", które "mogło się podobać", "emocjonującym", czy co tam jeszcze zwyczajowo wymyślają szkoleniowcy. Ta teza stałaby w jawnej sprzeczności z faktami, więc trener Lecha od razu zaznaczył, że faktycznie, mecz nie stał na wysokim poziomie. Przyniósł jednak coś bezcennego - zwycięstwo i trzy punkty. - A zwycięzców się nie sądzi - stwierdził trener.
W podobnym tonie wypowiadali się tez przepytywani po meczu piłkarze poznańskiego Lecha. "Ważne, że wygraliśmy", "najważniejsze są trzy punkty". Jakub Wilk zaryzykował nawet tezę, iż: - Za jakiś czas nikt nie będzie pamiętał, w jakim stylu te trzy punkty wywalczyliśmy. Zostanie wynik.
To jedna z chyba najbardziej nieprawdziwych opinii dotyczących piłki nożnej. Wbrew pozorom, kibice, dziennikarze, wszyscy obserwatorzy mają dobrą pamięć i styl także w nią zapada. Wystarczy przytoczyć przykład najbardziej spektakularny. Podczas mundialu 1986 r.
Polska przegrała z Brazylią bardzo wysoko, bo 0:4. Nie spotkałem jednak jeszcze widza tego meczu, kto nie dodawałby od razu do tego rezultatu stwierdzenia: - Ale po jakim znakomitym meczu!
O wielu meczach Lecha mówi się do dziś nie tylko przez kontekst wyniku. Kibice pamiętają, który z nich był dobry, a który nie. Który wynik był sprawiedliwy, a który przypadkowy. Także o tym meczu ze Śląskiem będzie się mówiło, że od oglądania go bolały oczy. A kibice, którzy wybrali się tego dnia do Wronek, by chuchać w zmarznięte dłonie i obserwować dramatyczną kopaninę na tle stadioniku, który samą swą aparycją nie dodaje takiemu meczowi nawet krzty splendoru, długo będą poklepywani po plecach przez kolegów. Za taką wyprawę na taki mecz należy im się podziw. Zadrwili wszak z fizjologii, która dramatycznie domagała się raczej pozostania w ciepłym domu przy telewizorze, grzejniku i herbacie. Zadrwili z zabójczego dla nadziei racjonalizmu, który nakazywał sądzić, że o dobrym meczu "Kolejorza" raczej mowy nie będzie.
W wypadku obecnego Lecha
Poznań mamy do czynienia ze zjawiskiem bardzo niepokojącym. Sytuacja staje się bowiem permanentna. Takie spotkania jak to z Wisłą
Kraków, zdarzają się od święta.
Lech od pewnego czasu nie przegrywa. Gromadzi punkty, choć dystansu do Wisły Kraków wciąż nie odrabia. Ważne jest jednak, by zakwalifikował się do europejskich pucharów. Ważne także w kontekście kolejnego sezonu.
Jesienią 2010 r. Lech będzie rozgrywał swe mecze na nowym, 46-tysięcznym stadionie. Zapełnienie go trwale taką masą kibiców bez gry w europejskich pucharach będzie trudne. Kto wie jednak, czy jeszcze trudniejsze nie będzie zapełnienie go na meczach drużyny, która gra tak mało efektownie.
Kto będzie chciał oglądać tak grającego "Kolejorza"?
O to musi zadbać już Lech obecny. Już jesienią 2009 r. Pytanie, czy rzeczywiście dość jasne jest, że stawką dzisiejszych i kolejnych meczów Lecha Poznań są nie tylko punkty i miejsce w europejskich pucharach. Jest także wytworzenie u kibiców warunkującego przyszłą frekwencję przeświadczenia, że wynik meczu nigdy nie jest pewny, ale znakomity styl "Kolejorza" - owszem.