Sprawa dotyczy oszukania firmy kredytującej meble w sklepie należącym do rodziny posła Tomasza Górskiego. Śledczy zebrali dowody i tak opisali mechanizm: podstawione osoby kupowały w sklepie meble, ale nie widziały ich na oczy. Pieniądze jednak trafiały do rodzinnego sklepu. Tyle że nikt nie spłacał rat. I firma kredytująca była stratna.
Śledztwo ciągnie się od kilku lat, jednak w czerwcu br. pierwsze osoby usłyszały zarzuty. W tym Jacek G., ojciec posła Górskiego. Razem z 10 innymi osobami miał oszukać firmę, która kredytowała meble. I choć dotyczy to okresu sprzed 10 lat, to zarzut oszustwa przedawnia się dopiero po 15. Zatem wszyscy mogą wkrótce stanąć przed sądem.
Tomasz Górski pytany o powiązania z rodzinną firmą, twierdził zawsze, że nie ma nic wspólnego ze śledztwem. Ale "Gazecie" udało się właśnie dowiedzieć, że zarzut wobec Jacka G. brzmi: oszukiwał wspólnie i w porozumieniu z Tomaszem Górskim! Oznacza to, że taki sam zarzut może usłyszeć też poseł PiS. Ale dotychczas nie usłyszał. Czy dlatego, że chroni go immunitet poselski? Magdalena Mazur-Prus, rzeczniczka prokuratury: - Nie możemy tego komentować, bo śledztwo ciągle trwa.
Prokuratura nie chce też na razie informować, czy ma zamiar starać się o uchylenie immunitetu Górskiemu, by postawić mu zarzuty.
Sam poseł przyjmuje sprawę ze spokojem. - Nie znam treści zarzutu wobec mojego ojca. Nie mam też żadnych informacji, żeby ktoś chciał mi uchylić immunitet. I nie przypuszczam, żeby tak było - ucina przekonany o swojej niewinności poseł PiS.
Według naszych nieoficjalnych informacji prokuratura w ciągu kilku tygodni ma zdecydować, czy wystąpi z uchyleniem immunitetu wobec Górskiego. Ale gdyby tego nie zrobiła, musiałaby zmienić zarzut Jackowi G. Bo przecież nie mógłby on odpowiadać za przestępstwo wspólnie z synem, skoro na syna nie ma dowodów. Co na to Mazur-Prus? - Tego również nie będziemy komentować - mówi.
To niejedyna sprawa, w której śledczy interesują się Górskim.
Policja bada jego wydatki na kampanię wyborczą do europarlamentu. Górski oblepił wtedy swoimi plakatami miasta Wielkopolski, ale w takiej ilości, że nawet PiS miało wątpliwości, czy zgłosił - jak nakazuje prawo - wszystkie wyborcze wydatki. W tym samym czasie "Gazeta" ujawniła, że Górski zamówił kolportaż miliona ulotek do domów Wielkopolan, co mogło oznaczać kilkukrotne przekroczenie limitu. Sztab wyborczy PiS stracił wtedy cierpliwość i o sprawie zawiadomił policję. Sprawa jest w toku.