Rozmawiał w Esteponie Marcin Wesołek
Marcin Wesołek: Jest pan zadowolony z przebiegu zgrupowania? - Tak. W zasadzie tylko jedna rzecz mi je zakłóciła - kontuzja Rafała Murawskiego. Na szczęście najważniejszą
pracę wykonaliśmy do jego urazu. To oznacza, że gdy wyleczy staw skokowy, będzie mógł od razu wejść do zespołu. Podstawę fizyczną zarówno on, jak i Kamila Drygasa, zrobili. Dzięki wielu sparingom wszyscy zawodnicy mieli możliwość wejścia w rytm meczowy. Te sparingi były również dla zawodników szansą na pokazanie mi, jakie są ich możliwości i kto zasługuje na grę. Te sparingi i skupienie się na grze to efekt tego, że widzieliśmy dobre przygotowanie drużyny pod względem fizycznym. Podstawy wypracowaliśmy w Polsce i tylko dołożyliśmy do tego grę. Wiosna jest bardzo krótka, to 13 meczów w lidze i Puchar Polski. Właśnie dlatego drużyna od pierwszego meczu musi być w dobrym rytmie meczowym. A to można uzyskać tylko grając dużo sparingów.
Jesienią narzekał pan na brak wzmocnień, a zimą znów Lech nie kupił żadnego nowego piłkarza. - Mam dość okrojoną kadrę, ale pracuję z tymi ludźmi, których mam. Przyjmuję to, co mi oferuje klub. Co nie znaczy, że nie proszę o wzmocnienia - zawsze proszę i do ostatniego dnia mojej
pracy w Lechu będę prosił.
Nie został pan dotąd ani razu wysłuchany. - Nie narzekam. Akceptuję to, co mam i pracuję z tymi ludźmi, których klub jest mi w stanie zaoferować. Ale zawsze mam nadzieję, że moje prośby zostaną wysłuchane.
Na koniec zgrupowania została panu kadra 22 piłkarzy, w której jest pięciu młodziutkich zawodników. To nie za mało, nawet biorąc pod uwagę, że runda jest bardzo krótka? - Kadra faktycznie jest wąska, pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie kontuzji. Ta sytuacja powoduje, że każdy zawodnik w tej drużynie jest ważny. Mam nadzieję, że w Pucharze Polski dojdziemy do finału, a to oznacza taką częstotliwość meczów, że prawie wszyscy zawodnicy będą grali. Moim zadaniem będzie takie ich prowadzenie, by wszyscy byli "podłączeni" do zespołu, gotowi w każdej chwili wyjść na boisko i pokazać dobrą grę.
Który z tych pięciu młodych zawodników jest najbliżej gry? - Szymon Drewniak zostaje włączony do
kadry pierwszego zespołu, reszta trafi do Młodej Ekstraklasy. Z tej "reszty" bardzo swoją grę poprawił Tomek Kędziora.
W sparingach bardzo dobrze prezentował się Aleksandar Tonew. To będzie jego runda? - Bardzo możliwe, bo przez pół roku zaaklimatyzował się w drużynie. Wiedzieliśmy, że w nowym kraju i nowej drużynie on potrzebuje czasu na adaptację. Jest młody, szybki, przebojowy. I jego umiejętności dają mi możliwość ustawiania na obu skrzydłach.
Nie przeszkadza panu jego boiskowy egoizm? - On ma świetny strzał z dystansu i dużą pewność siebie. Jest odważny i faktycznie, czasem egoistyczny. Ale czasem taki egoizm jest potrzebny, nawet gdy się na niego za to wkurzam. To dobrze, że on sporo strzela, ważne, by strzelał z dobrego miejsca. On musi być odważny w pobliżu pola karnego. Gdy do bramki jest dalej, powinien wykazywać więcej spokoju. Podoba mi się jego odwaga. Wolę zawodnika, który pomyli się robiąc dwa zwody za dużo, niż takiego, który nie spróbuje. Trochę takiego egoizmu oczekuję też od innych zawodników, także z linii pomocy. To jest droga do tego, by uniezależnić drużynę od goli Artjoma Rudniewa.
Wielu ważnym zawodnikom pana drużyny w czerwcu kończą się kontrakty. Nie boi się pan, że myśląc o swojej przyszłości nie będą umieli odpowiednio skoncentrować się na grze dla Lecha? - To nie może być żadna wymówką! Mój kontrakt też się przecież kończy. Koniec kontraktu może być świetną mobilizacją do lepszej gry i lepszej pracy. Przecież jeśli zawodnicy będą grali dobrze i dawali z siebie dużo na boisku, mogą liczyć na lepsze propozycje z Lecha lub innego klubu. To samo dotyczy też mnie - im lepiej będzie wyglądała moja
praca tutaj, tym większa jest moja wartość jako trenera.
Zna pan treść listu prezesa Jacka Rutkowskiego do kibiców? - Z grubsza znam.
Prezes napisał, że zakończył się czas budowania drużyny, że oczekuje od pana wyniku. I że zwija parasol ochronny. - To nic nowego, od pierwszego mojego dnia w Lechu oczekuje się ode mnie sukcesów. Nauczyłem się koncentrować na swojej pracy bez względu na presję, która się z nią wiąże. Do ostatniego mojego dnia w Lechu będę dawał z siebie wszystko jako trener. Interesuje mnie moja praca, analiza meczów i prowadzenie zespołu.
Ale teraz właściciel klubu po raz pierwszy wysłał jasny sygnał: nie będzie wyniku, zmienię trenera i zaczniemy budowę zespołu od początku. - Nie, wydaje mi się, że to nie pierwszy taki sygnał. Nauczyliście mnie w Polsce żyć z dnia na dzień i spodziewać się niespodziewanego. Jestem trenerem i wiem, że w każdej chwili mogę stracić tę pracę. A z celów klubu, którymi są europejskie puchary, doskonale zdaję sobie sprawę.
Czy ten list jakoś zmienia pana sytuację w klubie? - Myślę, że nie. Komunikuję się z prezesem Rutkowskim nie za pomocą listów. Pan Rutkowski mnie zatrudnił, zaufał mi, ja daję z siebie wszystko. I jeśli któregoś dnia prezes z jakichkolwiek powodów uzna, że nie chce, abym tu pracował, to mi to powie, a potem podziękuje za pracę.
Czy przy ewentualnych porażkach brak wzmocnień drużyny nie będzie pana wymówką? - Nie będę szukał żadnego usprawiedliwienia.