Na ten dzień kibice, piłkarze i właściciele ŁKS-u czekali bardzo długo. Pogrążony w ogromnym kryzysie 104-letni klub przez ostatnie miesiące zmierzał ku, wydawałoby się, nieuniknionemu upadkowi. Od wczoraj przy al. Unii mogą mieć jednak nadzieję, że ŁKS nie tylko nie upadnie, ale i się odrodzi.
Dzięki zaangażowaniu Mirosława Bulzackiego (byłego piłkarza ŁKS-u, obecnie kierownika stadionu miejskiego) i władz
Łodzi do wejścia w klub udało się nakłonić Andrzeja Voigta. Posiadający kilka firm milioner z podwarszawskiego Piaseczna został jego nowym prezesem. Wraz z nim do ŁKS-u przyszedł Piotr Świerczewski, który oficjalnie będzie pełnił funkcję menedżera, a nieoficjalnie trenera. Na papierze drużynę prowadzić będzie jednak posiadający wymaganą licencję Andrzej Pyrdoł, którego wyciągnięto z zespołu Młodej Ekstraklasy.
Na ratunek ekstraklasy Najważniejszym zadaniem dla Świerczewskiego i Voigta jest oczywiście uratowanie ekstraklasy (po 17 kolejkach ŁKS ma dwa punkty przewagi nad ostatnim miejscem w tabeli). - Nie ma co się okłamywać, będziemy po prostu łatać dziury i próbować dokończyć ligę we w miarę przyzwoity sposób. Za 10 dni rozpoczyna się liga, a od nas odeszło dużo zawodników. Mamy więc wielki
ból głowy, co zrobić i jak to wszystko załatać. Tak by ta drużyna nie była kompromitacją, a wręcz odwrotnie - żeby wyszarpała tych parę punktów i spokojnie utrzymała się w ekstraklasie - mówi Świerczewski.
Nowy menedżer ŁKS-u zapowiada, że klub nie przeprowadzi spektakularnych transferów. - Może pozyskać jedynie zawodnika, który zostanie oddany do nas za darmo albo - brzydko mówiąc - został wyrzucony z klubu - tłumaczy. - Moją rolą jest to, żeby wpoić chłopakom najważniejszą rzecz. Czyli to, że my punktów nie będziemy zdobywać po pięknych, finezyjnych meczach, lecz będziemy wydzierać je na siłę, jak tylko się da. Mam nadzieję, że w tym wszystkim pomogą nam kibice. A ci, którzy będą niezadowoleni, z czasami może nie najlepszej gry, niech sobie idą na Widzew. My tutaj walczymy o utrzymanie.
Jedną z pierwszych decyzji Świerczewskiego było przywrócenie do treningów z pierwszą drużyną piłkarzy, którzy na początku stycznia zostali odsunięci do Młodej Ekstraklasy. Wśród nich są m.in. Marcin Mięciel, Marcin Adamski i Pavle Velimirović. - Przywrócenie do treningów nie gwarantuje im jednak tego, że będą grać - zaznacza Świerczewski.
Nowy menedżer będzie trenować z drużyną, a także siadać na ławce rezerwowych. - Na tyle, na ile będę mógł, będę żył spotkaniami. Mam nadzieję, że szybko na trybuny mnie nie wyrzucą - śmieje się. Oficjalnie trenerem ŁKS-u będzie jednak Pyrdoł. Czy w związku z tym wiadomo, kto będzie zarządzał drużyną przy linii bocznej? - Jakoś podzielimy role - deklaruje Świerczewski.
Na ratunek klubu Ratowanie ekstraklasy to jedno, a ratowanie klubu od upadku - coś zupełnie innego. Voigt, który na stanowisku prezesa zastąpił Jakuba Urbanowicza (został wiceprezesem ds. koszykówki), zapowiada, że jego
praca będzie "kontynuacją". - Żadnej rewolucji nie przewiduję, bo panowie, którzy do tej pory zarządzali klubem, wykonali ogromną
pracę - tłumaczy.
Nowy prezes zdaje sobie sprawę z ogromnych problemów finansowych ŁKS-u. Jak przyznaje, dokładnych liczb jednak nie zna. - Jedni mówią, że długi wynoszą 2,5 mln zł, inni, że dochodzą nawet do 10 mln zł. Musimy to wszystko dokładnie sprawdzić - mówi. - Na pewno dotychczasowi akcjonariusze będą musieli jednak zapomnieć o pieniądzach, które dotychczas włożyli.
Voigt liczy również na to, że długi klubu wobec miasta zostaną zamienione na akcje. W tej sprawie rozmawiał już z prezydent Łodzi Hanną Zdanowską i - jak twierdzi - jest dobrej myśli.
Wiadomo, że wkrótce dojdzie do rozdzielenia sekcji koszykarskiej i piłkarskiej, którymi do tej pory zarządzała jedna spółka. - To są dwa różne światy, różni sponsorzy, inna filozofia zarządzania. To są ruchy, które trzeba wykonać, żeby w konsekwencji zbudować profesjonalną strukturę, która przyciągnie akcjonariuszy - tłumaczy.
Nowy prezes nie ukrywa, że tymi akcjonariuszami mogą być m.in. należące do niego firmy. - Biorę pod uwagę zaangażowanie kapitałowe, ale takich decyzji na paromilionowe kwoty nie podejmuje się w ciągu kilku dni. Nie będę jednak ukrywał, że podpisaliśmy porozumienie wstępne na konkretne kwoty. Teraz będziemy robić wszystko, żeby to wstępne porozumienie zrealizować. Na razie nie jestem więc akcjonariuszem, ale zdecydowanie biorę to pod uwagę. Jako wariant bardzo prawdopodobny - tłumaczy Voigt. - Proszę jednak zapomnieć o tym, że jesteśmy bogatymi wujkami. Jesteśmy zawodowcami, a to dla nas kolejny projekt inwestycyjny.