POLECAMY! ŁKS musi znaleźć 2 mln zł. W jaki sposób... Jerzy Walczyk: Wierzy pan, że ŁKS 17 lutego zagra z Polonią Warszawa? Ryszard Tarasiewicz: Z natury jestem optymistą, ale też realistą. Uważam, ze można jeszcze uratować klub, a tym samym utrzymać drużynę piłkarską w ekstraklasie. Nie chodzi tutaj o tygodnie czy nawet dni, liczą się najbliższe godziny. Nie mamy czasu, bo sparingi uciekają. Należy znów zaprosić piłkarzy na testy, a do tego zgrać drużynę.
Oświadczenie właścicieli ŁKS na sprawiło, że drużyna przestała trenować. - Oczywiście, że nadal ciężko pracujemy. Wciąż realizujemy to, co zaplanowaliśmy przed okresem przygotowawczym. W sobotę normalnie trenowaliśmy, w poniedziałek ćwiczyliśmy na siłowni. Jeżeli zarząd klubu podtrzyma swoje wcześniejsze deklaracje, będzie wtedy inna sytuacja...
Jak zareagowali piłkarze na ostatnie wiadomości? - Nie była to na pewno miła informacja. Dotyczy to także sztabu szkoleniowego, bo nie ułatwia to nam
pracy. A przecież naszym celem nadrzędnym było utrzymanie drużyny w ekstraklasie.
Sparing z Koroną Kielce pokazał, ze drużyna nabiera charakteru i z powodzeniem mogłaby walczyć o utrzymanie w lidze. - Szczególnie w pierwszej połowie zademonstrowaliśmy dobry styl i jakość gry. Nie ukrywam, że byliśmy blisko pozyskania trzech bardzo wartościowych zawodników. Nie chcę być źle zrozumiany, ale mam spore doświadczenie w pozyskiwaniu piłkarzy, bo wcześniej ściągałem zawodników do Śląska, którzy okazali się wzmocnieniem. Szkoda, ze wszystko tak nagle może zostać przerwane.
Nie myśli pan, aby porozmawiać z Filipem Kenigiem, ze warto jednak dokończyć rozgrywki. - Nie ukrywam, że kilka razy rozmawiałem z włodarzami klubu. Przed świętami spotkałem się z nimi dwa razy, przed rozpoczęciem styczniowych treningów też rozmawialiśmy. Przedstawiłem swój plan, z którego wynikało, że przy odpowiednich wzmocnieniach nie będziemy musieli czekać do od ostatniej kolejki z zapewnieniem sobie utrzymania.
Po podpisani kontraktu mówił pan, że zna sytuacje w klubie. Dziś widać, że chyba nie do końca wiedział pan o kłopotach? - Wierzyłem, że cały czas będzie biednie, ale godnie. Niestety, sytuacja błyskawicznie uległa radykalnej zmianie. Lubię wyzwania, nie boję się odpowiedzialności, chciałem w ŁKS pracować, ale zdaję sobie sprawę, że nadejdzie dzień, kiedy nikt nie będzie patrzył wtedy w jakich warunkach tutaj pracowaliśmy, ale przede wszystkim będę oceniany przez pryzmat wyników.
Jak będzie pan teraz motywował piłkarzy do dalszej pracy? - Nie wiem... Od piątku kilku piłkarzy odeszło, a ci którzy zostali, nie mogą w pełni skupić się na treningu. Wcześniej ciągle powtarzałem, by piłkarze nie narzekali. Teraz jednak nie mam zbyt wielu argumentów. Cały czas jednak wierzę, że sytuacja ulegnie zmianie i dokończymy sezon.
Odebrał pan może już telefon z propozycją nowej pracy? - Nie, nie, nie. To niedobry moment, aby myśleć o odejściu. Mam czyste sumienie, że piłkarze i sztab uczyniliśmy wszystko, aby dobrze przygotować drużynę do rozgrywek.
Młoda Ekstraklasa jak kolonia karna. Zsyłani do niej Mięciel, Adamski, Madera, Smolarek, Wawrzyniak...