ŁKS oficjalnie: "Jesteśmy zmuszeni ogłosić upadłość Spółki" Sytuacja piłkarskiej spółki z al. Unii od miesięcy jest fatalna. Pod koniec ubiegłego roku jej szefowie ogłosili plan naprawczy, który miał być ostatnią deską ratunku dla piłkarskiej sekcji najstarszego łódzkiego klubu.
Mówili, że w grę wchodziły trzy scenariusze. Pierwszy - do ŁKS przyjdzie bogaty sponsor i go uratuje, drugi - piłkarze zgodzą się na obniżkę pensji i rozłożenie zadłużenia na siedem lat, a drużyna dogra do końca sezonu, oraz trzeci, najbardziej pesymistyczny - upadek spółki.
Pierwszy scenariusz upadł najszybciej. Znalezienie dzisiaj kogoś, kto weźmie na swoje utrzymanie zadłużony klub, graniczy z cudem. Do ŁKS zgłaszali się co prawda różni biznesmeni (np. były właściciel Widzewa Andrzej Grajewski), ale szybko brali nogi za pas i tyle ich widzieli.
Wiadomo już na pewno, że także drugi scenariusz można wyrzucić do kosza. Na nowe zasady finansowe nie zgodzili się bowiem piłkarze. Kilka dni temu aż dziesięciu z nich karnie odsunięto za to od pierwszej drużyny.
W piątek przed popołudniowym treningiem z pozostałymi zawodnikami spotkali się właściciele drużyny. Wszyscy wyszli ze spotkania bardzo smutni. Prezes Jakub Urbanowicz stwierdził, że udziałowcy spółki nie są w stanie dalej utrzymywać zespołu. Przed godz. 18 klub wydał komunikat, w którym ogłosił upadłość. Wniosek ma zostać złożony w sądzie w przyszłym tygodniu.
Urbanowicz i Filip Kenig, główny udziałowiec spółki, chyba do końca wierzyli jednak, że pociągną ten wózek, bo nawet w piątek na testy do drużyny przyjechało trzech piłkarzy, w tym jeden z Bułgarii. Ale jeszcze tego samego dnia wyjechali, podobnie jak wszyscy gracze bez kontraktów. - Usłyszeliśmy, że w klubie nie ma pieniędzy, więc wyjeżdżamy - mówi Łotysz Jewgienijs Kazura.
Piłkarze z ważnymi kontraktami poszli co prawda trenować, ale w sobotę nie rozegrają sparingu. Mecz z Bogdanką Łęczna został odwołany.
Młoda Ekstraklasa jak kolonia karna. Zsyłani do niej Mięciel, Adamski, Madera, Smolarek, Wawrzyniak... - Nie chcę komentować tego, co się dzieje - mówi Ryszard Tarasiewicz, trener ŁKS. - My robimy swoje. Mamy swoje plany treningowe i do oficjalnego ogłoszenia upadłości będziemy się przygotowywać do rundy wiosennej [jej początek zaplanowano na trzeci weekend lutego - przyp. red]. Mamy przecież ważne kontrakty.
- I tak będzie. Póki spółka istnieje, piłkarze będą trenować - mówi Kenig, który został głównym udziałowcem ŁKS S.A. w 2010 roku. Spółkę kupił od miasta, które wcześniej przejęło zasłużony dla Łodzi, ale i zadłużony klub, za ponad milion złotych. Szybko tego żałował. - Przez dwa lata nie udało się nam znaleźć kogoś, kto by nam finansowo pomógł. A szukaliśmy nawet pod ziemią i na Marsie - mówi dziś Kenig. - Mam już tego dosyć, nie chcę więcej wkładać w ŁKS swoich prywatnych pieniędzy.
Szefowie spółki nie ukrywają też, że mają żal do władz miasta, które dwa lata temu obiecywało im dużą pomoc.
Kenig dodaje, że wciąż ma nadzieję, że ktoś przejmie drużynę. - Nie potrzeba na to jakiś gigantycznych pieniędzy, milion złotych w styczniu i po 200, 300 tysięcy co miesiąc do końca rozgrywek - mówi.
Co dalej z ŁKS? - Ogłoszenie upadłości spółki nie musi wcale oznaczać, że drużyna od razu wycofa się z rozgrywek - twierdzi Adrian Skubis, rzecznik Ekstraklasy S.A., której ŁKS jest jednym z 16 akcjonariuszy. - W ekstraklasie Hiszpanii na takiej zasadzie wciąż grają dwie drużyny. A jeśli zespół z Łodzi rzeczywiście wycofa się z gry, to liga na pewno nie upadnie. ŁKS rozegrał ponad połowę spotkań w sezonie. W meczach, które pozostały do końca rozgrywek, będą walkowery dla jego rywali.
Jan Tomaszewski, legendarny bramkarz ŁKS i reprezentacji,
mówił niedawno lodz.sport.pl , że piłkarska sekcja z al. Unii powinna startować od zera - zacząć grę od czwartej ligi bez długów. W przeszłości taką drogą poszły m.in. Pogoń
Szczecin i GKS
Katowice.
Sportowa Łódź tonie. Fatalna sytuacja w łódzkich klubach. Dlaczego jest tak źle?