Kuchta to były reprezentant Polski. Na igrzyskach olimpijskich w Montrealu występował w drużynie, która zdobyła brązowy medal. Później był trenerem kadry. W 1982 roku prowadzony przez niego zespół zajął trzecie miejsce w mistrzostwach świata w Niemczech.
Rozmowa z Zygfrydem Kuchtą Jarosław Bińczyk: Przed mistrzostwami Europy liczyliśmy na znacznie na więcej w wykonaniu reprezentacji Polski. Dlaczego tak się stało Zygfryd Kuchta: Dziewiąte miejsce nie satysfakcjonuje ani mnie, ani kibiców, ani zawodników. Na słabszy występ złożyło się wiele czynników. Pierwszym były kłopoty kadrowe, bo w ostatniej chwili z drużyny wypadło dwóch zawodników z pierwszej siódemki. Myślę i Szmalu i Marcinie Lijewskim. A już w trakcie turnieju nie wszyscy nasi gracze byli w dobrej dyspozycji.
Którzy? - Chodzi przede wszystkim o bramkarzy. Nie było takiej sytuacji, jak za czasów Szmala, że mieliśmy pewną pozycję. W Serbii Wichary i Wyszomirski spisywali się dobrze tylko momentami. Zabrakło nam takiej wysokiej jakości w bramce, takiej jak podczas poprzednich imprez. Nie wykreowaliśmy pierwszego bramkarza, bo praktycznie do końca mistrzostw trwało szukanie. Za dużo luk było także w drugiej linii. Właściwie tylko w meczu z Niemcami funkcjonowała ona dobrze jako całość.
A przecież druga linia była zawsze naszym wielkim atutem, dzięki takim zawodnikom jak Karol Bielecki, Michał Jurecki, Grzegorz Tkaczyk czy bracia Lijewscy. - Mówiło się zawsze, że to jedna z najsilniejszych formacji na świecie. W mistrzostwach Europy tak nie było, bo do słabszej dyspozycji doszedł jeszcze brak Marcina Lijewskiego i kłopoty ze zdrowiem Krzysztofa Lijewskiego. To się wszystko złożyło na słabszą postawę. Nasz trener miał utrudnione zadanie, bo nie miał pewności, czy akurat w danym meczu zawodnicy wypalą. Wszyscy popełniają błędy, ale my mamy niewielu zawodników prezentujących wysoki poziom. Więc jeśli jeden czy drugi zagra słabiej, to od razu odbija się to na postawie drużyny.
W porównaniu z poprzednimi imprezami lepiej wypadli nasi skrzydłowi. Nie potrafiliśmy jednak tego wykorzystać. - To nasze słabsze pozycje na tle czołówki europejskiej. Zgadzam się jednak, że w tych mistrzostwach skrzydłowi zaprezentowali się nieco lepiej niż we wcześniejszych. Ale poziom obniżyła druga linia, więc w sumie wynik był niesatysfakcjonujący.
Sędziowie też nam nie pomagali. - Czytałem wywiad z trenerem Wentą. który narzekał na układy sędziowskie. Ale przecież w wielu przypadkach to nie sędziowie przeszkadzali naszym zawodnikom wykorzystać sytuacje sam na sam z bramkarzem. Może tylko w spotkaniu z Macedonią para islandzka gwizdała nie tak, jak mu się wydawało, że powinna. Przede wszystkim niejednakowo rozstrzygali podobne sytuacje u jednej i drugiej drużyny. Ale z drugiej strony mieliśmy tyle szans, że gdybyśmy je wykorzystali, wynik na pewno byłby korzystny. Bramkarz macedoński lepiej radził sobie przy rzutach dołem, a my rzadko staraliśmy się trafiać wysoko. Może chcieliśmy go złamać...
Wracając do drugiej linii, to może trzeba było wziąć Michała Kubisztala, który jest czołowym strzelcem ligi. Skoro Bielecki był w słabszej formie... - Karol Bielecki tym razem nam nie pomógł, a Jaszka raz grał lepiej, a raz gorzej. Ale może trzeba było na prawym rozegraniu spróbować Grzegorza Tkaczyka? Michał Jurecki też nie miał wybitnego turnieju.
Zdobywał ważne bramki w końcówkach, ale w sumie grał nierówno. - Zgadzam się. Nie było w naszej drugiej linii zawodnika, który w ciężkich chwilach wziąłby na siebie odpowiedzialność. Tak jak było w innych zespołach. W większości był ktoś, kto zdobywał ważne bramki: w Macedonii Lazarow, w Szwecji Andersson, w Danii Hansen. Kubisztal jest zawodnikiem wyróżniającym się w lidze, ale tworzenie drużyny nie polega na braniu do niej wszystkich najlepszych. Reprezentacja świata nie zawsze wygrywa z reprezentacją jakiegoś kraju. Ważna jest spójność grupy.
Bogdan Wenta nigdy nie miał do niego przekonania.
Kiedyś jednak większość reprezentantów występowała w Bundeslidze. Teraz wielu wróciło do Polski, gdzie poziom jest dużo niższy. Może to sprawia, że brakuje im stabilnej formy? - Liga niemiecka wymaga ciągłego bycia w dobrej dyspozycji, bo jest wymagająca i bardzo wyrównana. U nas Vive wygrywa 20 i więcej bramkami, dlatego zawodnicy nie są przyzwyczajeni do takiej walki jak w mistrzostwach Europy.
A jak wytłumaczyć takie różnice w poziomie w pierwszej i drugiej połowie. Mecz ze Szwecją przeszedł chyba nie tylko historii polskiej piłki ręcznej (Polska przegrywała 9:20, by zremisować 29:29). - To się naprawdę zdarza bardzo rzadko. A Szwedom przytrafiło się chyba po raz pierwszy, bo po przerwie popełnili aż 18 błędów technicznych. A przecież
szkoła skandynawska charakteryzuje się dobrym przygotowaniem technicznym zawodników. Nie wiem, skąd brała się tak nierówna gra. Nie był to problem przygotowania fizycznego, bo w końcówkach Polacy grali dobrze.
Dawno nie traciliśmy tak wielu bramek jak w mistrzostwach Europy. - To prawda. 30 goli dawaliśmy sobie rzucać tylko po dogrywkach. Jak już mówiłem, wpływ na to miał brak Szmala w bramce. Poza tym inne zespoły nas rozpracowały. Szybkie rozpoczynanie gry po zdobyciu gola sprawiało, że nie zdążaliśmy przeprowadzić zmian. A w obronie zgranie jest ważniejsze niż w ataku, bo akcji nie można ponowić, jeśli popełni się błąd. Dobrze, że wreszcie zaczęliśmy bronić systemem pięć - jeden, czyli z pilnowaniem indywidualnym jednego z rywali. Kilka razy ten system zdał egzamin.
Piłkarze ręczni pojadą na igrzyska? - W mistrzostwach Europy kwalifikacja olimpijska była ważniejsza od medalu. Widać to było po postawie Francuzów. Oni mieli komfort, bo mają już pewny występ w igrzyskach, więc jedną imprezę mogli potraktować luźniej. W Londynie znów będą faworytami. Niestety my nie potrafiliśmy sobie załatwić awansu, dlatego musimy teraz liczyć na innych [
Serbia nie może zdobyć złotego medalu]. Na pewno nie będzie łatwo, ponieważ w turnieju eliminacyjnym będziemy grali na wyjeździe, a gospodarzami będą silne zespoły. Na pewno nasz zespół stać na dużo lepszą grę. Liczę, że kwalifikację uzyskamy.