POLECAMY! Sportowa Łódź tonie. Fatalna sytuacja w łódzkich klubach. Dlaczego jest tak źle? W ubiegłym tygodniu szefowie ŁKS SA ogłosili, że z powodu fatalnej sytuacji finansowej spółki są zmuszeni ogłosić upadłość. Po rozmowach z władzami
Łodzi decyzja została wstrzymana, a próbę ratowania klubu podjął komitet "Ratujmy ŁKS", w którego skład weszły władze miasta i ŁKS-u oraz jego piłkarze i kibice. Celem komitetu jest uzbieranie wśród kibiców dwóch milionów złotych, które pozwoliłyby drużynie dokończyć sezon w ekstraklasie.
Obecna zbiórka nie jest pierwszą mającą uratować łódzkie kluby. Podobne akcje organizowały na początku tego wieku ŁKS i Widzew. Obie zakończyły się niepowodzeniem. W przypadku Widzewa w 2004 r. pieniądze na ratowanie klubu zbierali m.in. były premier Leszek Miller i... złomiarze. - Na początku był u nas duży entuzjazm, była grupa kibiców, która się mocno zaangażowała, ale to dość szybko minęło - wspomina w rozmowie z lodz.sport.pl Jacek Dzieniakowski, ówczesny prezes Widzewa. - Jestem ciekaw, jak będzie w przypadku ŁKS.
Według byłego prezesa Widzewa najnowszy plan ratowania ŁKS to działanie doraźne, które w dłuższej perspektywie problemu nie rozwiąże. - Nie chcę, żeby ktoś uznał, że podgrzewam atmosferę albo źle zrozumiał moje słowa, ale nie da się ukryć, że jest to desperacki ruch. Rozumiem, że obecna akcja ratowania ŁKS idzie z głębi serca, ale czy takie działanie na dłuższą metę może zdać egzamin? Wydaje mi się, że nie. Dla mnie to po prostu odłożenie problemu w czasie - twierdzi Dzieniakowski.
I dodaje: - Moje serce bije dla Widzewa, ale jestem łodzianinem i chciałbym, żeby ŁKS przetrwał. Jeżeli jego fundamentem ma być jednak zbiórka pieniędzy wśród kibiców, to jest to bardzo kruchy fundament.
Probierz jak Guardiola, Kosowski jak Agent Tomek, czyli znani ludzie sportu i ich sobowtóry