W środę przed meczem w Chorzowie trener
Michał Probierz nie chciał mówić, jak jego drużyna potraktuje rozgrywki Pucharu Polski. Ale już po porannym rozruchu, kiedy podał kadrę, było jasne, że nie są to priorytetowe rozgrywki dla ŁKS-u. Do Chorzowa pojechały praktycznie rezerwy, a szkoleniowiec po raz pierwszy odkąd pracuje przy al. Unii, nie założył garnituru. Także Waldemar Fornalik prowadzący chorzowski zespół dał szansę gry kilku zmiennikom.
Na dodatek po kwadransie kontuzji doznał jeden z dwóch podstawowych piłkarzy ŁKS-u, którzy pojechali na Śląsk - Agwan Papikyan.
Łodzianie nie mieli wielkich argumentów w ofensywie, dlatego nastawili się na przeszkadzanie, zmuszając przeciwników do ataku pozycyjnego. A że chorzowianie nie potrafili tego robić, oglądaliśmy chyba najgorszą połowę meczu w tym sezonie. Okazji do zdobycia gola nie mieli ani jedni, ani drudzy. Trudno mieć pretensje do łodzian, którzy w ataku mieli 17-letniego Przemysława Kitę. W defensywie ŁKS spisywał się bardzo poprawnie, a jeśli można napisać o zagrożeniu pod bramką Bogusława Wyparły, to tylko na własne życzenie. Najpierw łódzki bramkarz nie złapał piłki, lecz pomogli mu koledzy. W końcówce Radosław Pruchnik zatrzymał piłkę ręką, lecz Marcin Malinowski z rzutu wolnego najpierw trafił w mur, a później kopnął kilka metrów nad bramką.
Inna sprawa to niebezpieczne skłonności Pruchnika do grania ręką. W pojedynku ze Śląskiem
Wrocław odbił piłkę niczym siatkarz, a sędzia podyktował rzut karny. W pobliżu własnej bramki Pruchnik jest więc niebezpieczny.
Po przerwie mecz był trochę ciekawszy, ale widać było, że gol może paść tylko przypadkowo. Łodzianie bronili się, a piłkarze Ruchu mają za małe umiejętności, by poradzić sobie w ataku pozycyjnym. Jedną szansę mieli, kiedy Arkadiusz Piech minął Pruchnika, ale jego strzał obronił nogami Wyparło.
ŁKS miał jedną niby-okazję, jednak Marcin Smoliński nie zdołał opanować piłki w polu karnym. Im dłużej trwała gra, tym goście rzadziej przekraczali środkową linię boiska. Bronili się jednak bardzo mądrze i przede wszystkim skutecznie. I dotrwali do 90. minuty.
Dogrywka zaczęła się dla ełkaesiaków bardzo dobrze, bo przejęli inicjatywę. Wkrótce było wręcz idealnie, kiedy w 95. min Rafał Grodzicki dał się oszukać Maciejowi Bykowskiemu. Stoper Ruchu chciał wybić piłkę wślizgiem, ale trafił w nogi doświadczonego zawodnika ŁKS-u. Sędzia bez wahania podyktował rzut karny. Goście byli więc niemal u bram raju.
Ale karny to jeszcze nie gol, bo trzeba go wykorzystać. Tomasz Nowak kopnął po ziemi, ale bardzo lekko i Michal Pesković obronił. Zemściło się to w ostatniej minucie pierwszej części dogrywki, kiedy Marek Zieńczuk ograł łatwo Cezarego Stefańczyka, dośrodkował po ziemi, a były ełkaesiak Peweł Abbott przepchnął Bartosza Romańczuka i z bliska nie dał szans Wyparłe. Z szacunku dla swojego byłego zespołu Abbott nie cieszył się.
Później łodzianie próbowali atakować, ale poza strzałem Nowaka w środek bramki nie mieli dobrych okazji. Tak więc w 1/8 zagra Ruch, a zespołowi z al. Unii pozostanie liga. W niej w sobotę zmierzą się w Lubinie z Zagłębiem.
Ruch - ŁKS 1:0 (0:0)
Gol: Abbott 105.
Ruch: Pesković - Burliga, Grodzicki Ż, Stawarczyk, Szyndrowski - Smektała (74. Jankowski), Malinowski (94. Straka), Lisowski (65. Grzelak), Zieńczuk - Abbott, Piech
ŁKS: Wyparło - Stefańczyk, Łabędzki, Pruchnik, Romańczuk - Papikyan (24. Pękała, 113. Kubicki), Smoliński, Kłus Ż, Bykowski Ż, Nowak Ż, - Kita (68. Salski)
Sędziował Tomasz Musiał z Krakowa
Widzów: 5 tys.