Kłótnia Wisły z Mandziarą punkt kulminacyjny miała już pięć lat temu. Grzegorz Mielcarski, który wówczas rozstawał się ze stanowiskiem dyrektora sportowego, narzekał m.in., że zbyt duży wpływ na klub mają zewnętrzni menedżerowie, w tym właśnie Mandziara.
Menedżer i jego firma (AvanceSport) domagał się od Wisły 600 tys. euro i 300 tys. dolarów za rzekomy udział w transferach piłkarzy. Wyliczył, że pośredniczył przy transakcjach czterech zawodników (m.in. Jakuba Błaszczykowskiego do Wisły i Macieja Żurawskiego do Celtiku Glasgow), rozmowach z kandydatami na członków rady nadzorczej Wisły i trenera Jerzego Engela. Klub skierował sprawę do prokuratury, a ta wszczęła śledztwo w sprawie wyłudzenia pieniędzy.
Orędownikiem wypłacenia wymienionych kwot Mandziarze był ówczesny p.o. prezesa Zdzisław Kapka. - AvanceSport dawał sygnał Wiśle o Błaszczykowskim dużo wcześniej, niż on się pojawił w
Krakowie. Co do transferu Żurawskiego, to w Szkocji byliśmy z "Żurawiem" i przedstawicielami AvanceSportu - mówił "Gazecie" Kapka.
W końcu sprawa znalazła finał. - To prawda, że
UEFA zamroziła wypłatę pieniędzy Wiśle. Sprawa toczyła się kilka lat, teraz ją wygraliśmy, ale o szczegółach nie będę się wypowiadał, bo tym zajmują się już prawnicy Wisły i moi -
stwierdził Mandziara w rozmowie z "Gazetą Krakowską".
Według gazety piłkarze ciągle czekają na zaległe premie. "Gdy zawodnicy przyjechali po urlopach do klubu, spotkał się z nimi prezes Bogdan Basałaj i przedstawił sytuację oraz harmonogram spłat zaległości. Wynika z niego, że część zaległych pieniędzy zawodnicy mają otrzymać jeszcze w styczniu" - pisze "GK".
Można przypuszczać, że m.in. dlatego w tym zimowym okienku w zasadzie nie ma mowy o transferach. - Nie spodziewałbym się zakupów - przyznał niedawno Stan Valckx, dyrektor sportowy krakowian.