Sport.pl

Maciej Kot: sezon był moją porażką. Kamera w kadrze? Można stworzyć coś fajnego

Maciej Kot zaliczył jeden z najsłabszych sezonów w karierze. Paradoksalnie największym problemem okazała się cierpliwość zawodnika, której do tej pory brakowało. Skoczek mówi również o ewentualnym momencie zakończenia kariery i drodze, którą może po niej obrać. - Oprócz tego, że jestem sportowcem, to jestem także kibicem, który wie, czego oczekują ludzie z drugiej strony. Gdybym był kibicem skoków i oglądał takie wywiady, to byłoby one strasznie nudne i po prostu by mnie denerwowały - dodaje Maciej Kot o kontaktach skoczków z mediami.

Piotr Majchrzak: Jak postrzegasz ten sezon? Po igrzyskach w Soczi zaliczyłeś najgorszy sezon w życiu, teraz po Pjongczangu znowu zdarzył się bardzo słaby. Czy można to nazwać porażką?

Maciej Kot: Nie ma co owijać w bawełnę i bronić samego siebie. Były duże oczekiwania i nie zostały one spełnione. Plan był bardzo ambitny i ryzykowny, bo zakładał dużo zmian. Wykonałem bardzo ciężką pracę latem, ale według mnie niektóre rzeczy poszły w złym kierunku. Po prostu za dużo chciałem zmienić i straciłem dobre czucie, by skakać naturalnie.

Mam wrażenie, że tak zbyt duże zmiany zaczęły się latem przed igrzyskami olimpijskimi w Pjongczangu. Wtedy opowiadałeś, że z czeskim fizjoterapeutą zacząłeś np. prostować sylwetkę, by poprawić lot. Zimą to jednak nie pomogło, a wręcz przeciwnie, bo w dziesiątce byłeś tylko dwa razy.

- Tam te zmiany rzeczywiście się zaczęły, a zakończony właśnie sezon był kontynuacją poprzedniego. Wydaje mi się, że zamiast wyciągać już wtedy pewne wnioski i wrócić do tego, co było w pierwszym sezonie pracy Stefana Horngachera, to ja dołożyłem sobie jeszcze więcej pracy. Już tak mam, że jak coś nie przynosi odpowiedniego rezultatu, to staram się jeszcze ciężej pracować by to zmienić. Wiadomo, że ciężka praca nikomu nie zaszkodziła, ale musi być ona dobrze ukierunkowana. W skokach czasem nawet lepiej czegoś nie zrobić, niż zrobić to w złym kierunku.

Dlatego w treningach zwykle skakałeś dobrze, a w zawodach pojawiały się większe błędy?

- Wiadomo, że gdy przychodzą zawody, pojawia się wola walki, włącza się taki automatyzm, który odwołuje się do wyrobionych nawyków ruchowych, które są gdzieś głęboko zakorzenione. W moim przypadku niestety do błędnych nawyków, które zostały wypracowane w lecie. Wtedy koło się zamyka. O ile zwykle w zawodach skakałem lepiej, to w tym sezonie miałem z tym problem. Wykonując powiedzmy tysiąc odbić wedle jakiegoś schematu, wyrabia się nawyki. Wiedziałem, że początek odbicia jest słabą stroną, którą można poprawić. Jednak ja sam źle zinterpretowałem pomysł na tę zmianę.

Źle zinterpretowałeś?

- Musiałem skakać wbrew swojemu naturalnemu czuciu, wbrew temu, co robiłem przez 10-15 lat. Zazwyczaj miałem czucie tzw. długiego odbicia, gdzie jego moc narasta. Ja próbowałem to odwrócić, by maksymalna moc była już od pierwszego momentu odbicia. Wiadomo jednak, że jak chcesz coś zrobić na maksa, to pojawiają się jakieś dodatkowe przyruchy, które wpływają na stabilność. No i jeśli poza skocznią wykonałem tysiąc takich odbić, to później, gdy zimą chciało się wrócić do standardowego skakania, to nawyki z lata były już tak mocno zakorzenione, że nie dało się nic zrobić.

Zimą było dużo impulsów z zewnątrz, by coś zmienić? Twój pierwszy trener Kazimierz Długopolski mówił, że powinieneś choćby na trochę zmienić trenera. Takie głosy przeszkadzają?

- Rozmawiałem z trenerem Kazimierzem Długopolskim. Wiadomo, że takich impulsów było sporo, ale ja konsekwentnie trzymałem się swojego planu. Z doświadczenia wiedziałem, że jak się słucha wszystkich głosów z zewnątrz, to mimo tego, że każdy chce dobrze, po prostu łatwo się pogubić. Żeby wrócić do dobrego skakania, potrzebny jest jednak reset, a to można zrobić latem. Wtedy można zrobić sobie przerwę od samych skoków, a później wykonać 100-200 prób treningowych i niejako nauczyć się skoków od nowa.

Kiedy zdałeś sobie sprawę, że ten sezon jest już stracony i zacząłeś pracować pod kątem kolejnego? To było Willingen?

- Myślę, że to było zaraz po Willingen. Tam była jeszcze walka o to, by pojechać na mistrzostwa w roli czarnego konia, który rzutem na taśmę zakwalifikuje się do tej czwórki. Niestety, po niezbyt udanych zawodach przyszedł moment na przyznanie się do porażki i powiedzenie sobie, że tego sezonu nie da się uratować. Chciałem jednak powalczyć o dobre zakończenie. Z drugiej strony wiadomo, że ciężka praca nie idzie na marne i to może dać coś w przyszłym sezonie.

Te trzy tygodnie z Maciejem Maciusiakiem dużo dały? Można powiedzieć, że naprawiał cię jak wtedy, gdy zostałeś zesłany do kadry B.

- Tak, i to pomogło w szybkiej adaptacji. W pracy z nowym trenerem głównie chodzi o zaufanie, a tutaj nie było z tym problemu. Szybko ustaliliśmy plan, co chcemy zrobić. Nasza wspólna przeszłość w tym pomogła. Widać było efekty tej pracy, bo nawet Stefan Horngacher powiedział po czwartkowych i piątkowych skokach w Planicy, że widzi dużą różnicę w moich skokach, w tej prostocie lotu. Wiadomo jednak, że nie jest to już końcowy produkt. To jest powrót do podstaw.

To nie dziwne, że przez trzy tygodnie treningów z trenerem Maciusiakiem wróciłeś do dobrych podstaw, a przez dwa lata treningów w kadrze A powielałeś te same błędy?

- To nie jest dziwne, bo po prostu trzymałem się planu, który miał jakieś swoje wady. Wracając do Pucharu Kontynentalnego, mogłem jednak wykonać mały reset. Nie mogłem już nic wtedy przegrać i pod tym względem trening był łatwiejszy. Mogłem po prostu zmienić plan i spróbować czegoś nowego. Maciek jest świetnym trenerem, ale ze Stefanem też dalibyśmy radę to zrobić, gdybym wcześniej wyciągnął odpowiednie wnioski i zareagował. Ćwiczyłem jednak cierpliwość i konsekwencję w realizacji planu, dlatego bardzo długo się go trzymałem. To był duży pozytyw, ale paradoksalnie w tej sytuacji akurat to nie pomogło.

Oddanie cię pod opiekę Maćka Maciusiaka to pewien sposób przyznania się Stefana Horngachera do błędu? Jak to rozumiesz?

- W żadnym wypadku nie chcę mówić o błędach trenerskich, bo ja mam pretensje tylko do siebie. Plan jest spójny dla wszystkich i Dawid miał najlepszy sezon w karierze, Piotr Żyła również, Kuba Wolny też. Kamil również skończył na podium. Zdobyliśmy też Puchar Narodów, więc plan był dobry.

Stefan miał dużą ambicję, bym wrócił na szczyt, stąd poświęcał mi nawet więcej zaangażowania. Wynikał z tego między innymi słynny już trening z osłem. Stefan widział u mnie rezerwy, które mogę wykorzystać. Jak ktoś mi mówi, że coś może przynieść skutek, to ja będę to robił cały czas. Stefan już o pewnych rzeczach nawet zapominał, a ja dalej je robiłem. To był mój błąd, że niektóre rzeczy zapisywałem w zeszycie i powtarzałem. Nazwałbym to jakąś nadgorliwością, chyba za dużo chciałem dać od siebie.

Otwarcie mówisz o popełnianych błędach i tym, co można zmienić, ale nie jest to popularne w naszych skokach. U nas raczej każdy delikatnie wypowiada się o swoich oczekiwaniach lub pracy. Ty częściej mówisz prosto z mostu. Nawet ostatnio nawet żartowałeś z Kubą Wolnym, że ma wrócić z nowym rekordem życiowym z Vikersund, a on zaczął bić te rekordy jak na zawołanie.

- Oprócz tego, że jestem sportowcem, to jestem także kibicem, który wie, czego oczekują ludzie z drugiej strony. Gdybym był kibicem skoków i oglądał takie wywiady, to byłoby to strasznie nudne i po prostu by mnie denerwowały. Wyobrażam sobie sytuację, w której ja trzymam kciuki za skoczka i czekam na to co powie, a ktoś mi mówi, że w sumie to on nie chce wygrać, tylko idzie wykonać swoją pracę lub idzie na skocznie by oddać dwa dobre skoki.

Dla mnie jest po prostu kwestia oddzielenia tego, co się robi od tego, co się mówi. Wiadomo, że trzeba być szczerym, ale jak ktoś mówi, że chce jutro wygrać, to nie znaczy, że siadając na belce, dalej myśli tylko o zwycięstwie. Na skoczni myśli się już właśnie o „oddaniu dwóch dobrych skoków”.

Ta koncentracja na zadaniu mocno się jednak utarła w rozmowach z mediami. To działa, ale ja sądzę, że nie trzeba o tym w kółko mówić. Cenię sobie kontakt z kibicami i taką zwyczajną szczerość. Wiadomo, że czasami mi się za to dostaje, bo powiem coś za dużo. Raczej nie opowiadam jednak bajek, tylko zawsze mówię szczerze.

Czyli pasowałbyś bardziej do sportów walki.

- Ja uwielbiam ten trash talking. Wiadomo, że jak jest walka, to trzeba ją marketingowo sprzedać. Dla mnie walki MMA nie zaczynają się od pierwszego gongu, tylko już od pierwszej zapowiedzi, pierwszej konferencji prasowej. Analizuję wypowiedzi, pierwsze spojrzenia. To mnie bardzo ciekawi. Widać, kto jest bardziej pewny siebie, jaki jest ten staredown, czyli spojrzenie w oczy. Walka jest już tylko wisienką na torcie. W skokach byłoby to trudno zaadaptować i mówić coś w rodzaju "ja to was w kolejnym konkursie rozwalę i przeskoczę skocznię". Chciałbym jednak, żeby sportowcy się trochę otworzyli. To przecież nie chodzi o bajkopisarstwo czy ubarwienie, ale większe otwarcie na ludzi.

Wy dwa lata temu zrobiliście ważenie przed rywalizacją w parze KO na Turnieju Czterech Skoczni i kibicom bardzo się to spodobało. Trenerom trochę mniej.

- Tak, zostało to bardzo pozytywnie odebrane przez kibiców i media. Pokazaliśmy dystans do siebie i bardzo dobre relacje. Nikt przecież nie pomyślał, że Piotr Żyła i Jasiek Ziobro mieli jakąś "spinę" i będą się bić. Wiadomo, że trenerzy mieli inna wizję, ale nie mnie to oceniać.

A tobie podoba się pomysł wprowadzenia kamery do wnętrza teamu. Wiadomo że w Seefeld pojawiły się pierwsze próby.

- Nie brałem w tym udziału, bo mnie po prostu nie było, ale wiem, że w Seefeld coś ruszyło. Były wywiady, ale troszkę sztywne. Myślę, że gdyby to było na zasadzie otwartych rozmów, to można by stworzyć coś fajnego.

Czyli coś w rodzaju filmików kanału „Łączy nas Piłka”?

- Tak, albo materiałów „Igłą szyte” o siatkówce. To są filmiki, które ja też oglądałem i nadal oglądam. To po prostu się ludziom podoba. Wiadomo, że jest potrzebna zgoda na wejście do środka, ale ja jestem otwarty na takie inicjatywy. Część zawodników może nie do końca akceptuje takie rzeczy, ale to też jest potrzebne, bo świat i sport idzie do przodu. Cała ta marketingowa machina, poszukiwanie popularności czy sponsorzy to również jego ważna część. A pieniądze też nie biorą się tylko z wyników, ale także z zasięgów itd. Wydaje mi się, że moglibyśmy na tym tylko zyskać.

Wcześniejsze ustalenie granic jest tu kluczowe.

- Wiadomo, wszystko z umiarem jest okej. Patrząc jednak na filmiki „Łączy nas Piłka” to były jasno ustalone granice. Trening był rzeczą świętą, ale pojawiały się fajne przebitki jak zawodnicy np. wracali z treningu, a my jako kibice mogliśmy zobaczyć, kto jakiej muzyki słucha, co podśpiewuje. Czasem kamera wchodziła do pokoju i mogliśmy się dowiedzieć, że w wolnym czasie zawodnicy grają np. w Fifę lub o czym rozmawiają.

Wy też gracie?

- Oj, już dawno nie graliśmy. W tym sezonie bardziej gitara, książka czy seriale.

Czyli raczej samotnie, a nie całą grupą.

- Niestety tak, pamiętam lata, że więcej było tego wspólnego spędzania czasu. Ale to jest ten znak czasów, że nawet na posiłkach każdy przychodzi, wyciąga telefon. My jednak bardzo dobrze dogadujemy się w obrębie pokojów. Mam bardzo dobry kontakt z Piotrkiem Żyłą. Zwykle gramy na gitarach razem czy oglądamy seriale. Z Kubą Wolnym i Stefanem Hulą łączy nas z kolei Formuła 1 i gdy niedawno były testy, to wspólnie śledziliśmy relacje. To jest ważne dla atmosfery.

Nie muszę więc pytać, czy oglądaliście powrót Roberta na torze Australii.

- Tak, wiadomo, że oglądaliśmy, ale pory kwalifikacji i wyścigu były trudne. Ja byłem wtedy w Zakopanem na Kontynentalu, a Stefan i Kuba mieli finał Raw Air. Wymienialiśmy się jednak spostrzeżeniami. W tym sezonie stworzyliśmy nawet swoją prywatną F1 fantasy ligę! Tematem powrotu Roberta żyliśmy od momentu pierwszych testów z Renault. Teraz mamy szczęście oglądać ten powrót. Oczywiście to nie jest prosta rzecz, bo każdy, kto się zna, widzi, że problem jest z samochodem, a nie z ręką Roberta. Myślę jednak, że Robert jest zahartowany tak, jak nikt w stawce. Pozostaje jednak wierzyć, ze rozwój samochodu pójdzie w dobrą stronę.

Żałowałeś, że to Norwegowie pojechali w zeszłym roku na GP Monaco z waszym producentem nart?

- Wiadomo, że żałowaliśmy, to była to też taka karta przetargowa w negocjacjach z BWT. Chyba wiedzieli, o czym z nami rozmawiać. To był taki lizak dla dziecka. Ale jak zobaczyłem, że to Norwegowie pojechali do Monaco, to im zazdrościłem. Z drugiej strony Norwegowie zasłużyli, bo wygrali złoto olimpijskie i Puchar Narodów.

Wielu kibiców jest pod wrażeniem tego, jak wy funkcjonujecie jako grupa. Piłkarze czy siatkarze twierdzą, że po dłuższym zgrupowaniu nawet nie mogą na siebie patrzeć, bo przebywanie w jednej grupie przez miesiąc jest męczące. A wy niemal w tym samym składzie funkcjonujecie już od kilku lat i to prawie przez cały rok.

- To jest troszkę inny rytm, bo my mamy krótsze obozy, ale częstsze. Wiadomo jednak, że teraz po sezonie każdy od siebie chętnie odpocznie, bo ile można. Po prostu każdy chętnie posiedzi w domu i zatęskni za kolegami z zespołu. Ale faktycznie od właściwie trzech lat mamy ten sam zespół. Rzadko zdarzało się, że ktoś do nas dołączał. Czasem był to Olek Zniszczoł, Klimek Murańka czy w poprzednim sezonie Tomek Pilch, ale to byli skoczkowie dobrze nam znani, z którymi wiele razy byliśmy już na zawodach. Z drugiej strony zawsze ciepło przyjmujemy kogoś nowego. Raczej nikt nie czuł się wyobcowany, a wiadomo, że coraz więcej tych młodych zawodników będzie doskakiwać.

A ty się nie boisz o przyszłość polskich skoków? Wierzysz, że będzie miał kto doskakiwać do tej grupy?

- Szczerze mówiąc, troszkę się obawiam. Patrząc na te roczniki, które za 5-8 lat powinni tworzyć trzon reprezentacji, to nie mamy nadmiernego bogactwa. Skoki są jednak taką dyscypliną, że z roku na rok można zrobić ogromny postęp, jak Gregor Schlierenzauer czy Ryoyu Kobayashi. Wiadomo, że jak masz 20 zawodników, to może pięciu będzie w przyszłości osiągać wyniki na poziomie piętnastki Pucharu Świata, a trzech będzie mogło wygrywać. Martwi jednak taka sytuacja, że w ostatnich czterech latach siedmiu zawodników w kwiecie wieku kończy karierę. To mnie trochę boli, że tak łatwo daje się odchodzić takim zawodnikom po tylu latach pracy i inwestycji. Wiem, że to nie jest łatwe dla związku, by im pomóc. Jednak gdy patrzę na młodszych zawodników, to widać potencjał, ale na razie czegoś brakuje.

Ich rówieśnicy z innych krajów są na wyższym poziomie.

- Kadra juniorów wykonuje dobrą pracę, ale jak popatrzymy na Niemców, Norwegów czy Słoweńców, to troszkę im brakuje. Markeng wygrywa złoto mistrzostw juniorów, przyjeżdża na Pucharu Świata i robi punkty. W sobotę Constantin Schmid skakał świetnie w drużynówce. Mam jednak nadzieję, ze to wszystko pójdzie w dobrą stronę, bo musi być ciągłość. Jak będzie przestój, to wszystko może się zapaść. Będzie mniej pieniędzy, sponsorów i po prostu będzie trudniej.

Tak było z Adamem i Kamilem.

- Otóż to, od razu był ktoś, kto był w stanie pociągnąć za sobą innych zawodników, media i przyciągnąć pieniądze.

A ty wyznaczasz sobie jakiś horyzont? Jakąś konkretną datę, do kiedy chciałbyś być skoczkiem narciarskim?

- Szczerze mówiąc, nie mam konkretnej daty, choć czasami pojawią się takie myśli. Zastanawiam się do kiedy będę mógł skakać na dobrym poziomie. Nigdy bym nie chciał jeździć na zawody turystycznie i dla radości. Wiadomo, że wiele zależy od zdrowia, rodziny i wyników, bo to właśnie napędza i daje radość. Wiadomo, że w bliskiej perspektywie celem są igrzyska olimpijskie w Pekinie w 2022 roku, ale to nie jest moment, do którego chce skakać a potem na pewno kończę.

Będziesz miał wtedy 31 lat.

- Tyle co Kamil wygrywający w Pjongczangu, czyli dobry wiek! Potem jednak siądę i wszystko przemyślę. To nie jest wiek, który skreśla skoczka narciarskiego, bo jak patrzy się na 37-letniego Ammanna, który ostatnio zaczyna skakać lepiej, czy na Adama Małysza, który kończył karierę na podium Pucharu Świata, mając 34 lata, to widzi się, że w sporcie trudno jest coś planować.

Czyli nie jest tak, że jakby nie wyszedł ci trzeci sezon z rzędu, to za rok zdecydujesz się zakończyć karierę?

- Tak nie będzie. Na pewno do igrzysk nic się nie zmieni. Od tego planu może mnie odwieść tylko brak możliwości kontynuowania kariery, odpukać. Jestem tak zahartowany po tych wszystkich perturbacjach, że nic mnie nie łamie, tylko już teraz myślę co zrobić, żeby wrócić na szczyt.

Naturalną drogą dla ciebie jest zostanie trenerem?

- Wiele razy nad tym myślałem, bo człowiek zastanawia się przecież, co będzie po karierze. Czasami przychodzi mi do głowy ten temat. Szczególnie wtedy, gdy chodzę obserwować treningi prowadzone przez mojego brata. Czasem próbuje coś doradzić, a jeżeli przynosi jakiś rezultat, to jestem z tego zadowolony.

Znasz się na sprzęcie, a to ostatnio coraz ważniejsze.

- Wiadomo, że byłem na AWF-ie, więc są to studia nieco kierunkujące, ale jestem też zawodnikiem, który na swojej skórze przetestował wiele rzeczy, wielu rzeczy spróbował lub się na nich sparzył. Wydaje mi się, że to zrobiło znakomitego trenera ze Stefana Horngachera, bo wiele razy Stefan dawał mi rady płynące ze swojej kariery. Nigdy nie mówił mi o czymś wyimaginowanym, tylko zawsze odnosił to do swoich doświadczeń. Przykładowo mówił, że w 2003 roku miałem jakiś problem, ale zrobiłem jakąś konkretną rzecz i to przyniosło skutek. Na bazie tych doświadczeń trener może pomagać zawodnikowi. Moja przygoda ze skokami była bardzo ciekawa i obfitowała w takie spadki i wzloty formy.

Wiadomo jednak, że najważniejszą kwestią jest również umiejętność przekazania tego dalej. Michal Doleżal będzie to potrafił? Jak byś go opisał?

- Przez trzy ostatnie lata pracował w cieniu Stefana Horngachera, ale wykonywał bardzo dobrą robotę. Wiadomo, że był odpowiedzialny głównie za kombinezony, ale jako asystent w czasie treningów bywał na wieży sędziowskiej, pilnował warunków. Był odpowiedzialny również za lot i lądowanie, ale często dawał nam też wskazówki dotyczące fazy odbicia i tego przejścia do fazy lotu. Od początku miał duży autorytet nie tylko wśród zawodników, lecz także u trenerów. W sytuacji, gdy Stefan miał na przykład odprawę, to trening prowadził właśnie Michal Doleżal.

Samodzielna praca to jednak inna presja.

- Wiadomo, że przy byciu głównym trenerem liczy się także element presji i radzenia sobie z innymi sytuacjami. Jest to jednak dobrze znany nam trener, dlatego odpada nam etap poznawania się, zdobywania zaufania, wybadania pewnych rzeczy. Wiadomo jednak, że na to potrzeba czasu, a czas jest bardzo cenny i trzeba od razu wziąć się do pracy .

Więcej o:
  • Skoki - Puchar Świata

    lp. zawodnik punkty
    1 Ryoyu Kobayashi 2085
    2 Stefan Kraft 1349
    3 Kamil Stoch 1288
    4 Piotr Żyła 1131
    5 Dawid Kubacki 988
    6 Robert Johansson 974
    7 Markus Eisenbichler 937
    8 Johann Andre Forfang 892
    9 Timi Zajc 833
    10 Karl Geiger 765
    22 Jakub Wolny 328
    40 Stefan Hula 69
    47 Maciej Kot 25
    67 Paweł Wąsek 4

    • Lider PŚ
  • Skoki - Puchar Narodów

    lp. kraj punkty
    1 Polska 6083
    2 Niemcy 5650
    3 Japonia 4813
    4 Austria 4530
    5 Norwegia 3943
    6 Słowenia 3736
    7 Szwajcaria 1467
    8 Czechy 1056
    9 Rosja 867
    10 Finlandia 396
    11 Bułgaria 134
    12 USA 18
    12 Kanada 18
    14 Estonia 12
    15 Włochy 7
    16 Kazachstan 0
    16 Francja 0

    • Lider PŚ
  • Skoki - TCS

    lp. zawodnik punkty
    1 Ryoyu Kobayashi 1098
    2 Markus Eisenbichler 1035.9
    3 Stephan Leyhe 1014.1
    4 Dawid Kubacki 1010.8
    5 Roman Koudelka 1006.3
    6 Kamil Stoch 994
    7 Andreas Stjernen 988
    8 Robert Johansson 983.2
    9 Daniel Huber 970.4
    10 Kilian Peier 959.3
    19 Piotr Żyła 842.1
    29 Jakub Wolny 654.5
    36 Stefan Hula 479.1
    51 Aleksander Zniszczoł 194.5
    61 Maciej Kot 95

    • Lider turnieju
Komentarze (14)
Maciej Kot: sezon był moją porażką. Kamera w kadrze? Można stworzyć coś fajnego
Zaloguj się
  • bodzislawiaks

    Oceniono 11 razy 3

    Mimo że Kot był najsłabszym zawodnikiem to TVP wpychała Kotów jako ekspertów - brata ( który nic nie osiągnął ) oraz Ojca .

  • 2greg

    Oceniono 2 razy 0

    To jest biernik, a więc "obawiam się o przyszłość" a nie "obawiam się o przyszłości". Wiedza na poziomie 3 klasy szkoły podstawowej. Cenisz dobre dziennikarstwo????

  • gej_prowincjonalny

    Oceniono 2 razy 0

    ohhhh tenn kociak.... mniammm

  • wiktor.janowycz

    Oceniono 10 razy -6

    Ktoś powie głośno, że eksperyment Horngachera przeprowadzony na reprezentacji Polski okazał się kompletną porażką? Po kilku latach sukcesów i stabilnego wzrostu formy, nagle trener postanowił wprowadzić (co znaczące reklamowaną publicznie) eksperymentalną metodę "praca przez cały rok". Efekty: 1) Kot zupełnie bez formy, 2) Hula bez formy (i proszę nie pisać o wieku, bo Kamil tylko rok młodszy), 3) Kamil Stoch wyraźnie przemęczony na końcu sezonu, 4) Dawid Kubacki - od lat najciężej pracujący, najbardziej stabilnie, ale bez przełomu i szans utrzymania wysokiej formy na dłuższą metę, 4) Żyła, po wyprowadzeniu z wcześniejszych nawyków zawiódł oczekiwania po niezłym początku sezonu. Jedyną pociechą jest perspektywiczna forma Jakuba Wolnego i Aleksandra Zniszczoła. Liczę na to, że sprawią nam trochę radości w następnym sezonie. Na starszych też liczę, a co do nowego trenera to liczę, że zarzuci ten nieszczęsny eksperyment.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX