Sport.pl

Turniej Czterech Skoczni. Wojciech Fortuna wspomina: Stanisław Bobak, czyli Saszka Bobakow, zaskakujący Kasaya i z Napałkowem 'Moskowskaja'

- Jak w Nowy Rok w Ga-Pa wyczytali pierwszą 'dziesiątkę', to przeszedł koło mnie Rainer Schmidt i powiedział 'Uuu, Olympiasieger zehnte platz?'. On w Sapporo zdobył brąz, stracił do mnie 0,6 pkt. To go bolało - mówi Wojciech Fortuna. Mistrz olimpijski opowiada, jak wyglądał Turniej Czterech Skoczni w jego czasach. - Pierwsze skojarzenie to dworzec katowicki i kipisz, bo zawsze nas celnicy trzepali. A w Austrii ludzie pytali czy jesteśmy wędkarzami - opowiada. W środę początek austriackiej części 66. Turnieju Czterech Skoczni - od godziny 11.45 treningi, o 14 kwalifikacje w Innsbrucku. Relacje na żywo w Sport.pl
Wojciech Fortuna Wojciech Fortuna Fot. Tomasz Markowskui/AG

Łukasz Jachimiak: Startował Pan w czterech edycjach Turnieju Czterech Skoczni. Wielkich sukcesów Pan nie odniósł, ale był Pan świadkiem wielkich historii. Jaką pamięta Pan najlepiej?

Wojciech Fortuna: Ze wszystkich moich startów najważniejszy był pierwszy, w sezonie z igrzyskami w Sapporo. Trener Fortecki powiedział mi wtedy "kto wie czy ty naprawdę nie pojedziesz na olimpiadę".

Powiedział tak po tym, jak zajął Pan 18. miejsce w Bischofshofen?

- W Oberstdorfie tak powiedział, bo ja tam w jednym skoku miałem ponad 80 metrów, a ta skocznia nie była wtedy za duża. Jeszcze był w kadrze był Ryszard Witke, olimpijczyk, 10. skoczek Turnieju Czterech Skoczni kilka lat wstecz. I on się nie mógł nadziwić, że tak poleciałem. Zatrzymał mnie i pytał: "Jakżeś ty to zrobił, żeś ty tak poleciał?". Później miałem trochę moralnego kaca, że w konkursach nie byłem wyżej. Ale też nie miałem wtedy nazwiska, nic nigdy nie wygrałem i noty były słabe. To zresztą zawsze była moja niedobra strona, że lądowałem na proste nogi, a nie ładnie, klasycznie. Wszystko przez to, że jak miałem 17 lat, to miałem taki upadek, przez który sobie zerwałem przyczep w kolanie. W sumie w tamtym pierwszym turnieju w karierze zająłem 23. miejsce w klasyfikacji generalnej, a to żaden wynik przed igrzyskami. Ale z Polaków byłem najlepszy. Marzyłem o wyjeździe do Sapporo, więc to była dla mnie ważna klasyfikacja. Ale tak naprawdę już wtedy chciałem stać na podium.

Wojciech Fortuna Wojciech Fortuna Fot. Bartłomiej Kuraś / Agencja Gazeta

Czuł Pan, że forma rośnie?

- O takich rzeczach zacząłem myśleć po grudniowym konkursie w Strbskim Plesie. Startowała tam cała czołówka światowa. W tym Horst Queck. Niemca z NRD uważałem wówczas za najlepszego zawodnika świata. W 1970 roku wygrał Turniej Czterech Skoczni, był jednym z głównych kandydatów do medali na igrzyskach w Sapporo. Po pierwszej serii zajmowałem trzecie miejsce, byłem tuż za nim. Drugi skok troszeczkę spóźniłem na progu, więc chciałem wszystko ponaciągać w powietrzu i w efekcie wylądowałem jak kapitan Wrona na Okęciu, czyli na brzuchu. Na chwilę mnie przytkało, straciłem przytomność, nie wiedziałem gdzie jestem. Mój świętej pamięci ojciec zleciał do mnie z trybun i jak się ocknąłem, to słyszałem spikera mówiącego, że ten facet na zeskoku to ojciec Wojtka Fortuny. Ojciec mnie pyta: "Żyjesz?", a ja na to: "Tato, daj spokój, bo mi obciach robisz". Nie wygrałem tamtego konkursu, bo leżałem, ale trener Fortecki mi powiedział tak: "kolego druhu, na stałe wszedłeś do kadry, jedziemy do Sapporo". Później potwierdził to w trakcie Turnieju Czterech Skoczni i do końca walczył o mnie. Miałem nie jechać na igrzyska, przecież cztery razy robili kwalifikacje, ja je wygrywałem, a jeden z towarzyszy i tak mi powiedział: "Nie pojedziecie Fortuna, bo macie tylko 19 lat, czyli jesteście młodzi, nie macie rutyny i w związku z tym się pogubicie". A później ten sam pan przyjął nas, jak żeśmy wrócili i prosto z lotniska żeśmy poszli do towarzysza pierwszego sekretarza. Niestety, nie można było nie pójść. Ten człowiek bez żadnego zawstydzenia wziął mój medal i wniósł go do pokoju, z daleka wołając "Towarzyszu, przywiozłem wam złoty medal olimpijski". A ja szedłem za nim jak cielę za krową.

Wojciech Fortuna i wystawa 'Od Marusarza do Małysza i Kowalczyk' Wojciech Fortuna i wystawa 'Od Marusarza do Małysza i Kowalczyk' FOT. Magda Ciasnowska

Co się stało z Queckiem? Bo chyba nieprzypadkowo Pan o nim wspomniał?

- Aha, widzi pan, prawie mi to uciekło. On na tym konkursie złamał nogę w kolanie i to był koniec jego kariery. Nie wiem czy to nie było nawet otwarte złamanie. Do dziś pamiętam te jego niebieskie "elastiki". Leżał, Niemcy dolecieli do niego, a ja byłem bardzo blisko wszystkiego, bo dochodziłem do siebie po swoim upadku.

Queck wykruszył się z grona faworytów igrzysk, a typowany na ich największą gwiazdę Yukio Kasaya w pańskim debiutanckim Turnieju Czterech Skoczni zrobił coś, co dziś trudno zrozumieć. Wyobraża Pan sobie, że Kamil Stoch ma zwycięstwa w Oberstdorfie, Garmisch-Partenkirchen i Innsbrucku, pewnie prowadzi w całym turnieju, i przed Bischofshofen ogłasza, że wyjeżdża, żeby trenować do igrzysk olimpijskich w Pjongczangu? Sytuacja z Kasayą chyba dużo mówi o prestiżu, jaki wtedy miał TCS?

- Impreza już wtedy była prestiżowa, ale Japończycy wcześniej sobie zaplanowali, że wyjadą przed końcem, żeby się szykować do igrzysk u siebie. One były dla nich najważniejsze, a Yukio ogłaszał, że po to jedzie trenować do Sapporo, żeby tam wygrać oba olimpijskie konkursy. Był świetnym skoczkiem, aż przyjemnie było mi na niego patrzeć. Na tamtym turnieju myślałem sobie, że wie co mówi. Spodziewałem się, że rzeczywiście wygra u siebie dwa złote medale.

Nigdy nie żałował, że jednak nie został do końca Turnieju Czterech Skoczni i nie spróbował zostać pierwszym w historii zawodnikiem, który wygrał wszystkie cztery konkursy w jednej edycji?

- Może komuś to powiedział, ale ja od niego nigdy czegoś takiego nie usłyszałem. Oczywiście byłby wygrał tamten Turniej Czterech Skoczni [miał 50,6 pkt przewagi nad Ingolfem Morkiem, który ostatecznie został zwycięzcą] i konkurs w Bischofshofen pewnie też, bo skakał jak nakręcony. Na pewno współcześnie skoczek to bardziej zawodowy pracownik niż wolny ptak. Teraz każdy mistrz musi startować we wszystkich imprezach, żeby maksymalnie wykorzystać krótki czas swojej najlepszej formy. Turniej jest też o wiele większym wydarzeniem medialnym, telewizje płacą za niego wielkie pieniądze, a okres świąteczno-noworoczny sprzyja oglądaniu imprezy. Dla tej wielkiej, światowej widowni trzeba skakać zawsze do końca.

Panu w turnieju skakało się najlepiej za drugim razem, rok po Sapporo?

- Wtedy byłem 18. w klasyfikacji generalnej, tak?

Zgadza się

- Pamiętam, że byłem 10. w Nowy Rok w Garmisch-Partenkirchen. Wygrał tam Rainer Schmidt, który był też później najlepszy w całym turnieju. Jak nas wyczytali, całą pierwszą "dziesiątkę", to przeszedł koło mnie i powiedział "Uuu, Olympiasieger zehnte platz?". On w Sapporo zdobył brąz w konkursie, który ja wygrałem. Stracił do mnie 0,6 pkt. To go bolało, więc sobie pożartował. Ale już po chwili mi gratulował. A ja jemu. To nie był jakiś niemiły pstryczek, zwyczajnie się ucieszył, że jest przede mną. Znajomi mi mówili, że jak tylko bywał w Zakopanem, to zawsze pytał "Wo ist mein freund Fortuna?". A ja siedziałem w Ameryce. Myśmy się ze Schmidtem znali, bo do nich, do NRD, często jeździliśmy, spotykaliśmy się na igelitowych skoczniach. Jak ja startowałem w swoim ostatnim Turnieju Czterech Skoczni, to Schmidt jeszcze walczył o miejsce w czołówce ze Staszkiem Bobakiem [Niemiec skończył zawody na szóstej pozycji, Polak był piąty]. Albo z Szaszką Bobakowem, jak go nazywali zawodnicy ze Związku Radzieckiego. Bardzo mi się spodobało, w jaki sposób przerobili nam Staszka na swoje kopyto. To Garij Napałkow wymyślił. Lubiłem go, w Sapporo bardzo ładnie mi pogratulował. Pierwszy olimpijski konkurs skończył zaraz za mną, na siódmym miejscu, a po drugim konkursie, w którym był szósty, spotkaliśmy się, jak już miał nogę w gipsie i nylonowym worku, bo lało jak cholera, więc musiał osłonić ten gips, zanim wyruszył na stołówkę. Napałkow skakał w Sapporo ze złamaną nogą w stopie, na blokadzie. Wytrzymał ten ból, był blisko medalu w obu konkursach, a jak już było po wszystkim, to wrócił w gips. Kiedy mnie spotkał, idąc z tym gipsem, to się zatrzymał, skłonił i wyraźnie powiedział "Fortuna, olimpijski czempion". Dobry kolega, często się spotykaliśmy i jak tylko razem siedliśmy, to zaraz jakaś "Moskowskaja" trafiała na stół. Napałkow to charakterny człowiek, taki radziecki Kozakiewicz. Pokazał identyczny gest, jak Władek, tylko że Czechom. Wygrał u nich, w Wysokich Tatrach, oba konkursy mistrzostw świata w 1970 roku. Miejscowa publika wygwizdywała wtedy zawodników ze Związku Radzieckiego za to, że radzieccy żołnierze wjechali do Czechosłowacji. Ja tam jeszcze nie startowałem, bo byłem cienias, wtedy Staszek Gąsienica-Daniel wyskakał brązowy medal, a ja w transmisji telewizyjnej widziałem, jak Napałkow pokazał wszystkim wała. Na średniej skoczni wygrał w wielkim stylu, zaatakował z 10. miejsca po pierwszej serii.

Wróćmy do Turnieju Czterech Skoczni - mówi się, że to obecnie niesamowicie męcząca impreza. Myśli Pan, że bardziej niż 40 lat temu?

- Pod jednym względem dzisiaj to jest fraszka. Myśmy mieli katastrofę, jeśli chodzi o dojazd. Pierwsze skojarzenie z Turniejem Czterech Skoczni to dla mnie dworzec katowicki i kipisz, bo zawsze nas celnicy trzepali, szukali czy jakichś marek albo dolarów nie wieziemy. Czeski celnik już wiedział, że dupa strzepana, to tylko popatrzył i jechaliśmy dalej. Do Austrii to się wjeżdżało jak do raju, ale później ciężki pokrowiec z dwiema parami nart się tam nosiło, co wyglądało idiotycznie i wzbudzało zainteresowanie miejscowych. Od Südbahnhof do Westbanhof w Wiedniu trzeba było przejechać tramwajem, ludzie się na nas dziwnie patrzyli, pytali czy jesteśmy wędkarzami i wieziemy sprzęt. Za pierwszym razem to ja się strasznie bałem się, że tam zginę, wszyscy szliśmy za trenerem jak cielęta. A jak już nas tramwaj dowiózł na dworzec, to dwie godziny czekaliśmy na pociąg i dalej przez całą Austrię jechaliśmy do Bischofshofen. Tam ktoś po nas podjeżdżał i dopiero można było się przestać martwić. Zresztą, już siły na to nie było, bo przecież cały dzień się jechało, z przesiadkami po 15 godzin to trwało. Ale cieszył nas sport i to, że mogliśmy być za granicą, więc nie marudziliśmy. W Niemczech i w Austrii organizatorzy zapewniali nam hotele, przejazdy, dbali o nas. Oczywiście miejscowi skoczkowie mieli lepiej, jeździli swoimi autami, a nie jak my - dwoma autokarami dla wszystkich ekip. Ale to i tak był luksus w porównaniu z tą tułaczką, jaką mieliśmy z Polski do Austrii i z powrotem.

Mieliście chyba o tyle łatwiej, że nie startowaliście w kwalifikacjach, a teraz Turniej Czterech Skoczni to w każdej miejscowości najpierw ważna walka o awans do zawodów i rozstawienie w parze KO.

- Kwalifikacje to my znaliśmy z mistrzostw Polski. Teraz startuje w nich 30 skoczków, a wtedy bywało nawet 230. Raz i ja się nie zakwalifikowałem. Byłem juniorem i chociaż ponad setkę dopuszczali do startu, to raz musiałem siedzieć na trybunce ze zjazdowcami, jak nazywano słabych skoczków. A w Turnieju Czterech Skoczni było tak, że przed konkursami trenowaliśmy na skoczni, czasem i przez dwa dni, a trener się przyglądał i czasem skreślał kogoś, kto nie pokazywał formy. Pamiętam jak kiedyś w Garmisch-Partenkirchen śnieg ciągle zwozili na skocznię, bo deszcz lał, a my i tak skakaliśmy. Niemcy i Austriacy panowali nad sytuacją, nigdy nie panikowali, w razie czego ratowali sytuację salmiakiem [chlorkiem amonu], czyli chemią sypaną po rozbiegu, żeby zalodzić tory. Dziś wszystko się zmieniło. Są nowoczesne obiekty, mniejsze prędkości na progu, a dużo dalsze skoki, bo narty są o wiele lżejsze, a kombinezony to lotnie, a nie - jak w moich czasach - zwykłe ubrania. Myśmy skakali bez kasków. Wstrząs mózgu miałem trzykrotnie. W szpitalu budziłem się po dwóch-trzech dniach i odkrywałem, że to nie mój dom. Patrzyłem, gdzie jestem i widziałem, że mama siedzi na moim łóżku i płacze. Dopiero wtedy rozumiałem, co się znowu stało. Ale muszę powiedzieć, że i tak bym się ze współczesnymi zawodnikami nie chciał zamienić. Kiedyś skoki były prostym sportem - wygrywał ten, kto poleciał najdalej. A teraz ta austriacka matematyka człowieka męczy. Całe szczęście, że Kamil Stoch to taki kozak, że i z tym sobie radzi.

1Tuniej Czterech Skoczni -  Garmisch-Partenkirchen 1Tuniej Czterech Skoczni - Garmisch-Partenkirchen $Fot. Marek Podmokly / Agencja Gazeta

Spodziewał się Pan, że 66. edycja Turnieju Czterech Skoczni zacznie się dla nas tak dobrze?

- Byłem dobrej nadziei, bo nasi chłopcy to mistrzowie świata, oni potrafią walczyć. Może niedawne mistrzostwa Polski były na mizernym poziomie, ale nie widzieliśmy, jaki wiał wiatr, więc nie chciałem tego oceniać, krytykować. Zawsze wierzę w Kamila Stocha, w jego ogromne doświadczenie. Myślałem: "niech sobie skacze jak ostatnio w Engelbergu, niech cały czas będzie w trójce, tym sposobem może wygrać cały turniej". A on jeszcze dołożył do formy ze Szwajcarii. Dawid Kubacki pozbierał się do kupy, a może być jeszcze lepszy. Przecież na igelicie odskakiwał wszystkim po pięć metrów w każdej serii. Bardzo dobrze, że naciska Stefan Hula. Stefanek to jest chłopak w ogromnym doświadczeniem i to jego trzeci dobry sezon z rzędu. Jak odchodził Łukasz Kruczek, to on ratował sytuację przez całą tamtą zimę, a u Stefana Horngachera trzyma poziom, a nawet tej zimy się rozwija. On może zamieszać w naszej złotej drużynie, może kogoś zmienić. Nie będę mówił kogo. Teraz problemy mają Piotrek Żyła i Maciek Kot, ale ich stać na wielkie skakanie. Już przecież wygrywali. Teraz zwłaszcza Maciek nie może sobie skoczyć tak, żeby się przełamać, cały czas powtarza błędy. Ale ja go nie będę pouczał, bo to jest mistrz. A skoki to taka dyscyplina, która zaczyna się od jednej udanej próby. Coś wtedy przeskakuje i się lata. Naszych chłopaków stać na olimpijskie złoto. W Turnieju Czterech Skoczni już pokazują moc, a po nim pewnie jeszcze większą pokażą na mistrzostwach świata w lotach, które będą jednym z ostatnich sprawdzianów przed igrzyskami.

Uważa Pan, że Stoch myśli o tym, że jedyną rzeczą jakiej nie wygrał w karierze są właśnie MŚ w lotach?

- Kamil na pewno czuje, że stać go na medal w lotach. On może być mistrzem świata i w tej specjalności, bo jest świetnym lotnikiem. Wiosną w Planicy pofrunął 251,5 m, to jeden z najlepszych wyników w historii [trzeci - po 253,5 m Stefana Krafta i 252 m Roberta Johanssona]. W ogóle śmieję się z tych, którzy mówili, że nasi chłopcy to nie są lotniarze. Wszyscy w tym roku pokazali, jaką mają fantazję i jakie wspaniałe możliwości. Przecież Piotrek Żyła i Maciek Kot fruwali sobie na ponad 240 metrów [ich rekordy życiowe to 245,5 i 244,5 m]. Generalnie myślę, że po niezłych startach w pierwszej części sezonu teraz zaczęło się dla nas wszystko, co najlepsze.

Komentarze (7)
Turniej Czterech Skoczni. Wojciech Fortuna wspomina: Stanisław Bobak, czyli Saszka Bobakow, zaskakujący Kasaya i z Napałkowem 'Moskowskaja'
Zaloguj się
  • facio60

    Oceniono 4 razy 2

    To jest bardzo dobry artykuł dla wszystkich ciemniaków, którzy mają mleko pod nosem a "mundralują" się na temat Wojtka Fortuny przy każdej okazji, nazywając go mistrzem jednego skoku. Akurat pamiętam tamte czasy nie tylko ze statystyk ale i z przekazów telewizyjnych. Wystarczy jedno - IO w Sapporo i:
    - pierwsze miejsce na dużej skoczni
    - szóste miejsce na normalnej.
    Dopiero Małysz i Stoch przebili te wyniki.
    Powinniście się wstydzić, przede wszystkim swojej niewiedzy a nie klepać po klawiaturze - wiem, że to akurat wychodzi wam najlepiej, jeno że sensu z tej pisaniny nie ma żadnego.

  • dar61

    Oceniono 1 raz 1

    I tak się, Redakcjo, promuje sport.
    Brawo, więcej takich wspominków i wspominek.
    Kilka uncji opowieści o Marusarzu, Maruszarzównie i B.Czechu Czechom, Słowakom i Niemcom jesteśmy dłużni ;)
    Co nowego u sióstr Tlałkówien i Bachledów np.?

    ***
    A nie z „Saszką"?
    '...Albo z Szaszką...'

    '...Zresztą, już siły na to nie było...'
    >>> Zresztą już... [BEZ PRZECINKA]

  • Oceniono 4 razy -4

    Żeby odważny gest przedstawiciela kraju najechanego w kraju najeźdźcy, porównywać z buńczucznym gestem przedstawiciela najeźdźcy w kraju dopiero co najechanym to trzeba być naprawdę ograniczonym intelektualnie - dotyczy zarówno mówiącego jak i spisującego te wynurzenia.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX