Sport.pl

Turniej Czterech Skoczni. W XXI wieku mieliśmy już cztery wielkie edycje

Adam Małysz latał, gdy inni ledwie podskakiwali, Sven Hannawald wskoczył w buty Polaka, wyścig jak z Formuły 1 urządzili sobie Janne Ahonen i Jakub Janda, a Thomas Diethart okazał się najlepszy, gdy więcej szans dawano nawet Janowi Ziobrze. Przed startem 64. Turnieju Czterech Skoczni przypominamy jego cztery najlepsze odsłony z ostatnich lat. Relacja na żywo z konkursu w Oberstdorfie w Sport.pl we wtorek o godz. 17.15.
Wybuch polskiej bomby

Dla polskich kibiców najbardziej niezwykły w całej historii imprezy był 49. Turniej Czterech Skoczni. Adam Małysz wygrał go w najwspanialszym stylu w historii. Polak jako pierwszy zawodnik wywalczył w czterech konkursach ponad 1000 punktów, a drugiego skoczka klasyfikacji generalnej (był nim Janne Ahonen) wyprzedził o 104,4 punktu. To oczywiście najwyższa różnica między zwycięzcą i drugim zawodnikiem w dziejach TCS. Małysz w Oberstdorfie startował jako dopiero 26. zawodnik Pucharu Świata po trzech konkursach indywidualnych, które zdołano przeprowadzić w Kuopio. W innych częściach Europy zima była tak kapryśna, że szefowie Pucharu Świata musieli odwołać aż pięć imprez. Od 3 do 28 grudnia zawodnicy tylko trenowali.

Przerwa przydała się Małyszowi, który wspomina, że potrzebował czasu, by dojść do siebie po niesprawiedliwej dyskwalifikacji. Polak wygrał w Kuopio kwalifikacje do konkursu inaugurującego sezon, ale nie został dopuszczony do zawodów, ponieważ uznano, że jego narty były za długie o centymetr. Kto wie, czy tamto niepowodzenie nie zahartowało Małysza. W niemieckiej części TCS sędziowie oceniali go bardzo surowo. W Oberstdorfie sumę odległości (116,5 m i 132,5 m) miał 1,5 metra wyższą niż Masahiko Harada i o cztery metry lepszą niż Noriaki Kasai, a przegrał z Japończykami, zajmując dopiero czwarte miejsce. - Martin Schmitt, który wygrał, odległości miał najlepsze, ale kontrowersje wzbudzał pomiar jego drugiego skoku. Nie wyglądało na to, żeby wylądował dalej od Adama, który pobił rekord skoczni. A jednak jury uznało, że zawodnik gospodarzy po chwili był jeszcze lepszy i doleciał do 133. metra - wspomina Jan Szturc. Wujek i odkrywca talentu Małysza przypomina, że jeszcze niżej sędziowie ocenili polską rewelację w Garmisch-Paretnkirchen. W Nowy Rok Małysz wskoczył bijąc rekord olimpijskiej skoczni. Jego 117 i 129,5 m dla sędziów znaczyło mniej niż 120 i 122 m, jakie osiągnął Kasai oraz od 122,5 i 122 m Dmitrija Wasiljewa. - Tam powinien wygrać, a był trzeci. Sędziowie go krzywdzili. Ale to go nie zatrzymało, w Austrii udowodnił, jak bardzo przewyższa całą resztę świata. On tam zdeklasował wszystkich - mówi Szturc.

Małysz, który z turniejowych skoczni najbardziej lubił starą Bergisel, wiele razy opowiadał, że w Innsbrucku poczuł, że może wygrać całą imprezę. Jego trenerzy nie byli tego pewni. - Niby przed startem imprezy z Apoloniuszem mówiliśmy sobie nawzajem, że mamy zawodnika na jej wygranie, ale też wiedzieliśmy, że w momentach dużego stresu poza formą bardzo ważna jest umiejętność wygrywania. Adam jeszcze jej nie miał, a w austriackiej części turnieju zainteresowanie nim było ogromne - wspomina Piotr Fijas, który prowadził wówczas kadrę razem z Apoloniuszem Tajnerem. - W Polsce mówiono już, że Małysz jest faworytem, żałowano, że nie wygrał ani w Oberstdorfie, ani w Ga-Pa, a my staraliśmy się niczym nie dekoncentrować. Noty sędziowskie nie były dla nas żadnym problemem. Adam lądował źle, to oni musieli odejmować punkty. Może nie powinni nic zabierać za fazę lotu, bo raczej błędów w niej nie było, skoro zawodnik osiągał najlepsze odległości, ale trudno, Adam robił swoje. I to wielkim stylu - dodaje trener.

Faktycznie, w Innsbrucku Małysz błysnął w arcytrudnych warunkach. W kwalifikacjach pobił rekord obiektu, osiągając 120,5 m, a w konkursie skoczył 118,5 podczas gdy inni mieli problem z przekroczeniem 100. metra (będący na najniższym stopniu podium Kasai w pierwszej serii skoczył 94 m, drugi Ahonen uzyskał 104 i 103 m). Ahonena Małysz pokonał różnicą 44,9 pkt, w Bischofshofen był od drugiego zawodnika - ponownie Ahonena - lepszy o 31,9 pkt. - Na ostatni akt tamtego turnieju pojechałem, z bliska przyglądałem się, jak Austriacy podziwiają Adama - mówi Szturc.

Nowemu mistrzowi kłaniał się m.in. Walter Hofer. Dyrektor Pucharu Świata przekonywał, że sukces Polaka go cieszy, bo Małysz dodał rywalizacji kolorytu. Racja, ale wówczas nie brakowało takich, którzy narzekali, że wybuch polskiej bomby (tak o Małyszu mawiali niemieccy komentatorzy) oznaczał początek końca najlepszego jeszcze chwilę wcześniej skoczka świata, Martina Schmitta z ogromnie ważnych dla dyscypliny Niemiec.

Łatwiej uwierzyć w radość innego Austriaka, Ediego Federera. Menedżer za namową Andreasa Goldbergera tuż przed rozpoczęciem turnieju namówił firmę Red Bull na podpisanie kontraktu z Małyszem. "Goldi" typował, że Polak będzie gwiazdą, widząc, jak lata na treningach. - Czas od Kuopio do turnieju Adam spędził na treningach w Austrii. W światku skoków zrobiło się o nim bardzo głośno, bo na normalnej skoczni w Ramsau ruszał z dwóch-trzech belek niżej niż najlepsi Austriacy, a i tak odskakiwał im za każdym razem o kilka dobrych metrów - opowiada Szturc. - Ruszał nawet z rozbiegu niższego o cztery pozycje, a osiągał odległości o 10 metrów lepsze. Aż się z Piotrkiem Fijasem baliśmy, że tej formy nie utrzyma, że to za piękne. Ale jeszcze się poprawił, był wspaniały - dodaje Tajner.

Hannawald w roli Małysza

Rok później swoją bajkę przeżył Sven Hannawald. Niemiec wszedł w rolę wydawałoby się napisaną dla Polaka. Z dziewięciu konkursów Pucharu Świata przed 50. Turniejem Czterech Skoczni Małysz wygrał sześć. Eksperci z całego świata typowali, że Polak, który w 49. edycji wygrał kwalifikacje do każdego konkursu tym razem przeniesie ten wynik na zawody. Jednak ostatnie dni grudnia 2001 roku i pierwsze dni stycznia 2002 roku były popisem człowieka, który zaczął samego siebie przedstawiać jako gladiatora widzącego we własnych nartach miecze. Hannawald denerwował Polaków spokojem robota pokazywanym przed każdym skokiem i euforyczną radością demonstrowaną po każdym z lądowań. Niby nie zawsze miażdżył rywali - w Ga-Pa drugiego Andreasa Widhoelzla wyprzedził tylko o 1,7 pkt, w Bischofshofen od drugiego Mattiego Hautamaekiego był lepszy o 2,5 pkt - ale bezsprzecznie dokonał wielkiej rzeczy. - Nie ma co ukrywać, marzyło mi się, że to Adam wystąpi w roli takiego zwycięzcy. Niestety, nie utrzymał formy, a ja nie umiem wytłumaczyć dlaczego - mówi Szturc. Fijas próbuje to zrobić. - Po świetnych startach Adama w grudniu zrobiło się kilka dni przerwy, nie było możliwości, żeby potrenować. Jeden zawodnik bardzo dobrze to znosi, odpręża się, przyjeżdża na TCS odświeżony. A inny przeżywa, w święta myśli o tym, co będzie, nie może się doczekać rywalizacji. I wtedy przychodzi za duże napięcie. Już w pierwszym konkursie w Oberstdorfie widzieliśmy po Adamie, że za bardzo chce, że liczy na coś wielkiego, bo przed świętami skakał tak dobrze. No i w efekcie nie umiał wyskoczyć z cienia Hannawalda, z którym powinien stoczyć wielki pojedynek - mówi Fijas.

Radość dzielona = radość mnożona

Kiedy triumfował Hannawald, Małysz kończył turniej na czwartej pozycji (był trzeci w Garmisch i drugi w Innsbrucku), a gdy tworzyła się następna niesamowita historia imprezy, nasz mistrz wycofał się po 13. miejscu w Oberstdorfie i 21. w Ga-Pa. Kiedy pod wodzą Heinza Kuttina Małysz szykował formę na PŚ w Zakopanem i na igrzyska w Turynie, niesamowity pojedynek toczyli Janne Ahonen i Jakub Janda. W Oberstdorfie Fin wygrał, a Czech był trzeci. Po tym konkursie dzieliło ich 8,3 pkt. W Nowy Rok Janda wygrał, wyprzedzając Ahonena i odrabiając 2,5 punktu ze straty do niego. W Innsbrucku drugi Janda uzyskał o 7,8 pkt wyższą od szóstego Ahonena. W ten sposób przed zawodami w Bischofshofen liderem był Czech, ale Fina wyprzedzał o zaledwie dwa punkty. - Możecie nie wierzyć, ale wspólna radość to podwójna radość - mówił Janda po konkursie kończącym TCS, dodając jednak, że tamte zawody kosztowały go 10 lat życia. Ahonen wygrał, zdobywając 293 punkty. Janda był drugi, z notą 291 pkt. 54. Turniej Czterech Skoczni obaj skończyli zdobywając po 1081,5 pkt. - Przyjemnie było oglądać tak niesamowitą rywalizację - stwierdził trzeci w "generalce" Norweg Roar Ljoekelsoey.

Wyskok człowieka znikąd

Czwartą niesamowitą historię Turnieju Czterech Skoczni w XXI wieku wyskakał Austriak spod Wiednia, czyli miejsca, w którym tej dyscypliny sportu nie uprawia nikt. Sezon przed swoim sensacyjnym triumfem Thomas Diethart w Innsbrucku i Bischofshofen odpadał w kwalifikacjach. Wtedy zaliczył dopiero trzecie i czwarte podejście do Pucharu Świata w karierze. Jeszcze w grudniu 2013 roku, do Engelbergu, czyli na ostatnią próbę przed 62. Turniejem czterech Skoczni, jechał jako człowiek, który w PŚ startował zaledwie cztery razy w życiu i tylko raz zdobył punkty (28. miejsce w Innsbrucku, w 2011 roku). W Szwajcarii Diethart błysnął, plasując się na czwartej i szóstej pozycji, ale większe szanse na sukces w TCS dawano choćby Janowi Ziobrze, który zajął wówczas pierwsze i trzecie miejsce. Jak więc wyskoczył Diethart? Wiemy, że jego talent bardziej od austriackiego, uważanego przecież za świetny, systemu szkolenia szlifowali rodzice, inwestując tysiące euro w dojazdy na treningi (50 tys. kilometrów rocznie do Hinzenbach), w sprzęt, w budowę malutkiej skoczni w rodzinnym miasteczku. Diethart, który kojarzy nam się z nieodłączną, różową świnką-maskotką w rękach jego ojca, to najbardziej niezwykły zwycięzca TCS chyba w całej historii. Małysz wyskoczył niespodziewanie, ale kilka sezonów wstecz już dał zapowiedź swoich możliwości, wygrywając trzy konkursy i kończąc dwie zimy w czołowej "10" klasyfikacji generalnej PŚ. Chociaż pojedyncze miejsca na podium, a nawet zwycięstwa w tym cyklu przed triumfami w TCS mieli też inni młodzi-zdolni, będący objawieniami niemiecko-austriackiego turnieju - Anders Jacobsen, czy wcześniej Andreas Goldberger, Primoż Peterka albo Toni Nieminen.

Trzeba przyznać, że XXI wiek jest dla Turnieju Czterech Skoczni czasem wyjątkowo ciekawym. Wobec wielkiej formy Petera Prevca trudno przypuszczać, że kolejną niespodziewaną historię dostaniemy i tym razem. Najbardziej prawdopodobny scenariusz ze wszystkich nieprawdopodobnych? Końcowy triumf Domena Prevca. 16-letni Słoweniec debiutował w PŚ miesiąc temu i od razu stał się zawodnikiem czołowej "10" świata, a w Engelbergu po raz pierwszy wskoczył na podium, przegrywając tylko ze swoim bratem. Według bukmacherów Domen w gronie faworytów do wygrania TCS zajmuje siódme miejsce. Firma Fortuna na jego triumf wystawia kurs 22. Kurs na starszego brata? Zaledwie 1,5.



Wybierz Ikonę Sportu 2015 czytelników Sport.pl [GŁOSOWANIE]


Mobilna wersja plebiscytu na Ikonę Sportu 2015 czytelników Sport.pl [GŁOSOWANIE]


Więcej o:
  • Skoki - Puchar Świata

    lp. zawodnik punkty
    1 Ryoyu Kobayashi 2085
    2 Stefan Kraft 1349
    3 Kamil Stoch 1288
    4 Piotr Żyła 1131
    5 Dawid Kubacki 988
    6 Robert Johansson 974
    7 Markus Eisenbichler 937
    8 Johann Andre Forfang 892
    9 Timi Zajc 833
    10 Karl Geiger 765
    22 Jakub Wolny 328
    40 Stefan Hula 69
    47 Maciej Kot 25
    67 Paweł Wąsek 4

    • Lider PŚ
  • Skoki - Puchar Narodów

    lp. kraj punkty
    1 Polska 6083
    2 Niemcy 5650
    3 Japonia 4813
    4 Austria 4530
    5 Norwegia 3943
    6 Słowenia 3736
    7 Szwajcaria 1467
    8 Czechy 1056
    9 Rosja 867
    10 Finlandia 396
    11 Bułgaria 134
    12 USA 18
    12 Kanada 18
    14 Estonia 12
    15 Włochy 7
    16 Kazachstan 0
    16 Francja 0

    • Lider PŚ
  • Skoki - TCS

    lp. zawodnik punkty
    1 Ryoyu Kobayashi 1098
    2 Markus Eisenbichler 1035.9
    3 Stephan Leyhe 1014.1
    4 Dawid Kubacki 1010.8
    5 Roman Koudelka 1006.3
    6 Kamil Stoch 994
    7 Andreas Stjernen 988
    8 Robert Johansson 983.2
    9 Daniel Huber 970.4
    10 Kilian Peier 959.3
    19 Piotr Żyła 842.1
    29 Jakub Wolny 654.5
    36 Stefan Hula 479.1
    51 Aleksander Zniszczoł 194.5
    61 Maciej Kot 95

    • Lider turnieju