Sport.pl

Malwina Smarzek najlepszą punktującą Ligi Narodów. A w sobotę... ślub

- Wszystko poszło w luźną stronę, bez stresu - mówi Malwina Smarzek, a właściwie od dziś Malwina Smarzek-Godek. W piątek atakująca reprezentacji Polski wróciła do kraju po kilku tygodniach gry w Lidze Narodów, w sobotę weźmie ślub, a za tydzień znów wyjedzie grać w reprezentacji, w jeszcze ważniejszych meczach. - Igrzyska? Na pewno żadna z nas nie pomyśli, że skoro gramy o nie z Serbią, to nie mamy szans. My już do każdego rywala podchodzimy bez kompleksów - zapewnia najlepsza punktująca Ligi Narodów. Zdecydowanie najlepsza, bo ona zdobyła w rozgrywkach 365 punktów, a druga w zestawieniu Brayelin Martinez aż o 107 pkt mniej.

Łukasz Jachimiak: Zacznę od gratulacji. Podwójnych. Pierwsze oczywiście za awans z kadrą do Final Six Ligi Narodów, a drugie za to, co wydarzy się w Twoim życiu w sobotę. To już chyba oficjalne, skoro Twój klub z Bergamo ogłasza, że w nowym sezonie na koszulce będziesz miała dwa nazwiska: Smarzek-Godek?

Malwina Smarzek: Wszystko się zgadza, będzie zmiana na koszulce. Podwójne gratulacje przyjmuję, dziękuję pięknie. I nie wiem, z których się bardziej cieszę.

Wiem, że w Lidze Narodów nie tylko awansowałaś z koleżankami do Final Six, ale też pobiłaś punktowy rekord rozgrywek, ale chyba jednak sukces w życiu prywatnym jest ważniejszy?

- Jasne, zdecydowanie ważniejszy. Zwłaszcza że ten rekord to przecież pobiłam swój, ha, ha. Rekord mam nadzieję jeszcze bić, poprawiać się mogę jeszcze przez wiele sezonów. A jeśli chodzi o małżeństwo, to więcej za mąż wychodzić nie chcę, raz mi wystarczy, ha, ha.

Jak się odnajdujesz w tym, że w piątek wróciłaś do siebie po miesiącu nieobecności, a już w sobotę bierzesz ślub?

- Jestem spokojna, bo chociaż wiedziałam, że nie mamy bezpośredniego lotu z Korei, tylko lecimy przez Helsinki i tracimy na tamtejszym lotnisku cztery godziny, to miałam pewność, że do soboty do domu dotrę. Wiedziałam, że wszystko jest zorganizowane. Nie będziemy mieli wielkiego wesela, tylko przyjęcie dla rodziny i wąskiego grona znajomych. Wszystko poszło w luźną stronę, bez stresu. Mam bardzo dobrego już prawie męża, on wszystko świetnie zorganizował, o nic się nie muszę martwić.

Macie zaplanowaną prawdziwą podróż poślubną na czas po sezonie reprezentacyjnym?

- Pewnie gdzieś sobie wtedy wyjedziemy, bo teraz to tylko uciekniemy trochę w Polskę, w takie jedno nasze, fajne, sprawdzone miejsce. Na zagraniczny wyjazd nie ma czasu, poza tym troszeczkę mam dosyć podróży. W Polsce jest ładna pogoda, nie ma sensu wyjeżdżać, polecimy sobie gdzieś na spokojnie po kadrze, kiedy będę miała trochę wolnego przed sezonem klubowym. Teraz się cieszę, że po sześciu tygodniach grania będę mogła chwilę pobyć u siebie. To bardzo fajna sprawa.

Ile wolnego dał Wam trener Jacek Nawrocki?

- Aż do 29 czerwca, wtedy wszyscy spotkamy się na lotnisku i polecimy na Final Six do Chin. Część dziewczyn spotyka się wcześniej, 27 czerwca na treningach. Trochę tego wolnego jest. Biorąc pod uwagę jak mało jest przerwy między pierwszą fazą Ligi Narodów a turniejem finałowym, naprawdę nie mamy prawa narzekać.

Ty chyba generalnie na nic nie narzekasz? To wniosek z Twoich występów przed kamerami.

- Oczywiście, że tak. Nie można inaczej. Jak się gra sześć tygodni bez przerwy i ciągle się zmienia miejsca grania, to nie da się przetrwać bez optymizmu. To bardzo trudny okres. Prywatnie, fizycznie, pod każdym względem. Na szczęście cały nasz zespół jest we w miarę dobrej dyspozycji. Momenty kryzysowe udawało się pokonać. Staramy się jedna drugiej nie przedstawiać takich gorszych myśli, bo jedna na drugą patrzy, a po co nam zarażanie tym, co negatywne i tworzenie reakcji łańcuchowej? My się staramy wspierać. Dlatego optymizm zawsze!

Skoro jesteś aż taką optymistką, to powiedz, co teraz, po awansie do Final Six, myślisz o kwalifikacjach do igrzysk w Tokio. Wiem, że marzy Ci się gra w Japonii, gra na igrzyskach na pewno również?

- Jasne, że tak.

Na turniej do Polski przyjadą Serbki, aktualne mistrzynie świata i Europy oraz wicemistrzynie olimpijskie. Rośnie w Was wiara, że można je pokonać?

- Zacznę od tego, że nie tylko z Serbkami zagramy, będzie trzeba wygrać trzy mecze. To pierwsza rzecz. Ważna, bo nie możemy się skupić tylko na Serbkach. A druga sprawa jest prosta: po to się przygotowujemy i po to na ten turniej pojedziemy, żeby wygrać. Na pewno żadna z nas nie pomyśli, że skoro gramy z Serbią, to nie mamy szans. To by było bez sensu. My już do każdego rywala podchodzimy bez kompleksów i pokazujemy, że z każdym możemy grać. Awansowałyśmy do Final Six, nikt nam nie dał dzikiej karty, my same sobie zasłużyłyśmy na turniej finałowy. Nieważne czy ktoś grał pierwszym składem, czy nie, my jesteśmy w pierwszej szóstce, bo wykorzystałyśmy szansę. Wiemy, że możemy walczyć dalej. Do grania wróci Asia Wołosz i nasza gra będzie wyglądała inaczej. Julka Nowicka grała dobrze, super wytrzymała presję ostatniego turnieju, gdy się ważyło czy zagramy w Final Six. Super, że dała radę, ale kiedy Asia wróci, to doda nam trochę jakości.

Wtedy 79 piłek w ataku w jednym meczu już chyba nie dostaniesz?

- Ha, ha, nigdy nie wiadomo. Nie no, mam nadzieję, że nie będzie takiej konieczności. Lubię dużo atakować, ale jak dostaję mniej piłek, a wygrywamy, to jestem szczególnie szczęśliwa, bo to znaczy, że cały zespół grał super. Ale jeśli muszę popracować więcej, to pracuję z zadowolenie, taka moja rola jako atakującej.

Po takich spotkaniach jak z Dominikaną, gdy atakujesz 79 razy albo jak z Bułgarią, gdy zdobywasz rekordowe w Lidze Narodów i w historii naszej reprezentacji 42 punkty w meczu Wasi fizjoterapeuci mają szczególnie dużo pracy nad Twoją ręką?

- Raczej nie. Na szczęście ten sezon bardzo mocno przepracowałam w klubie jeśli chodzi o prewencję i teraz jest o niebo lepiej ze zdrowiem niż w poprzednim sezonie. Przez wszystkie turnieje Ligi Narodów nie użyłam nawet pół kawałka tejpa, nie musiałam sobie niczego owijać, a to mówi samo za siebie. Nawet nie byłam częstym gościem u fizjoterapeutów. I mam nadzieję, że dalej tak będzie. To tak naprawdę warunek, żeby nam się wszystko udało. Grania jest bardzo dużo, po Final Six zaraz będą kwalifikacje do Tokio, później będą mistrzostwa Europy, nie ma czasu na urazy.

A propos meczu z Bułgarią widziałem na Twoim Instagramie, że masz ładną pamiątkę.

- Tak! Świetnie FIVB zrobiło przeróbkę mojego ataku. Panowie z marketingu się spisali, strasznie fajna sprawa.

Powiedz szczerze: mając 365 punktów przed ostatnim meczem, z Koreą Południową, myślałaś, że fajnie byłoby zagrać i spróbować dobić do 400 punktów, czy chciałaś, żeby trener zachował się tak, jak się zachował i dał Ci wolne?

- To było tak, że z Dominikaną zagrałyśmy pięć setów wyłącznie po to, żebym ja już wtedy mogła pobić swój rekord punktowy sprzed roku [361 pkt] i żebym z Koreą mogła mieć wolne, ha, ha. Serio, mogłyśmy wygrać 3:0, to wcale nie tak, że nagle zaczęłyśmy grać źle. Powiedziałam dziewczynom, że w trzech setach się z rekordem nie wyrobię, dlatego zagrałyśmy pięć. To oczywiście żarty. Ale jak trener mi powiedział, że z Koreą nie zagram, to mu odpowiedziałam, że tak czułam i dlatego z Dominikaną mecz miał taki przebieg. Z rekordami to jest tak, że one oczywiście są miłą sprawą, ale tak naprawdę mało ważną. To jest dodatek. Ja tego nie liczę, ale wiem, bo ludzie mi mówią, ile punktów kiedy miałam. Dla mnie liczy się, żeby drużyna się rozwijała, żeby była na coraz wyższym poziomie.

Na jakim jest według Ciebie teraz? Wiemy, że z 16 drużyn Ligi Narodów zajmujecie najniższe miejsce w rankingu FIVB, dopiero 26. Ale też wiemy, że to nie jest pozycja pokazująca Waszą siłę.

- Moim zdaniem jeżeli gramy swoją siatkówkę, jeśli każda z nas jest w dobrej dyspozycji, to wszystkim się gra z nami bardzo ciężko. My mamy naprawdę bardzo dobre środkowe, dobrze funkcjonujący blok, mamy bardzo fajną zagrywkę. Jeżeli zagramy na swoim poziomie, to nie będziemy musiały patrzeć czy mamy naprzeciwko siebie Serbki, Turczynki, czy Amerykanki. Oczywiście jeżeli nie zagramy na sto procent swoich możliwości, to z każdym z tych zespołów przegramy. Ale jeśli zagramy super, to z każdym powalczymy. A wtedy wynik będzie sprawą otwartą.

Skoro tak mówisz, to wróćmy do igrzysk i do Japonii. Z jakiego powodu jesteś fanką tego kraju, co byś tam chciała zobaczyć, dlaczego chciałabyś tam dłużej pobyć?

- Broń Boże nie chodzi o sushi czy o miłość z dzieciństwa do japońskich kreskówek. Chciałabym zobaczyć, jak siatkarki tam funkcjonują, jak pracują, jak się poruszają po boisku, jaką mają technikę, jak one podchodzą do życia, jak to robią, że są na maksa oddane siatkówce. Kiedy one wychodzą na boisko, to widać, że są maksymalnie skupione na meczu, że nie ma opcji, żeby ich uwaga chociaż na chwilę została rozproszona. To bym chciała podpatrzeć, bo to jest świetna sprawa. Japonia pociąga mnie też dlatego, że jest dla nas trochę niedostępnym krajem, innym od państw europejskich. Tamtejsza liga to musi być coś zupełnie innego. W Europie na pewno są różnice między ligą polską, włoską i turecką, ale różnica między Europą a Azją jest bardzo duża. We wszystkim.

Sushi nie, a dlaczego mentosy tak?

- Wszystko się zaczęło od Edyty Kowalczyk, dziennikarki "Przeglądu Sportowego". Dawno temu po jakimś moim dobrym meczu dała mi mentosy. Nie wiem czy miała je przez przypadek, czy z góry tak to sobie wymyśliła, ale później jak grałam kolejne dobre mecze, to mentosy znowu miała. Zaczęli to podłapywać inni dziennikarze, a że ja mentosy rzeczywiście lubię, to w końcu powstał nawet hashtag na Twitterze temu poświęcony. Do tej pory jak zdobędę dużo punktów, to pojawiają się żarty, że do miejsca, w którym jestem wyrusza już tir pełen mentosów.

Ciekawe czy nie dostaniesz mentosów po ślubie, zamiast kwiatów.

- Ha, ha, ha, zobaczymy.

Spodziewasz się, że składając życzenia Tobie i Twojemu mężowi goście będą cytować "Małego Księcia"?

- "Mały Książę" to książką, którą najpierw czytała mi mama, kiedy byłam bardzo mała. Później słuchałam tej książki z kasety. Takiej zapomnianej kasety magnetofonowej, z taśmą, ze stronami A i B. Słuchałam tak często, że "Małego Księcia" znałam na pamięć. Po paru latach do niego wróciłam, przeczytałam jak już się stałam dorosłą osobą. I wtedy odebrałam tę książkę zupełnie inaczej. Utożsamiam się z bohaterami, bliskie mi się ich przemyślenia, dlatego postanowiłam mieć "Małego Księcia" wytatuowanego na ramieniu.

Który cytat z "Małego Księcia" jest dla Ciebie najważniejszy?

- Musiałabym ci podać chociaż Top 10, nie umiem wybrać jednego najważniejszego. Ale powiem ci, że na dole, pod tatuażem z Małym Księciem mam wytuowaną różę. On jest na górze, ona na dole, przy dłoni. Dla mnie oni są połączeni. Jak w książce, gdzie przecież róża odgrywała ważną rolę w życiu Małego Księcia.

A co powiesz na te słowa z Twojej ulubionej książki: "Idąc prosto przed siebie nie można zajść daleko"?

- Prawda. W tym momencie jest o mnie głośno, mówi się o rzeczach, które mi się udają, mam wielu przyjaciół, jest fajnie, miło. Ale wiem, ile ciężkich momentów miałam, wiem, że nie doszłam prostą drogą tu gdzie jestem. Nie dostałam nic za darmo, nie jestem typowym talenciakiem, który może sobie miesiąc odpuścić i w trzy dni wróci na wysoki poziom. Na wszystko musiałam ciężko zapracować i ciągle muszę. I bardzo dobrze, bo jestem typem pracusia. Lubię to.

Więcej o: