Sport.pl

Siatkówka. Mierzył się z porównaniami, ale w sporcie zdobył prawie wszystko. Łukasz Żygadło: Paweł był trudnym konkurentem. Ferdinando de Giorgi? Chciałem być fair

- Dodałem, że jeśli zajdzie potrzeba, to Daniel może do mnie zadzwonić, a ja chętnie przyjadę, by pomóc. On wtedy odparł, że przecież jest jeszcze Fabian Drzyzga, który również jest brany pod uwagę. Czy byłem wtedy w ukrytej kamerze? Niestety nie - mówi w rozmowie ze Sport.pl Łukasz Żygadło.

Łukasz Żygadło w polskiej siatkówce zapisał się między innymi jako srebrny medalista mistrzostwa świata z Japonii, zwycięzca Ligi Światowej z 2012 roku, a także zdobywca 3. miejsca mistrzostw Europy w 2011 roku. 3 razy wygrywał Klubowe Mistrzostwa Świata i tyle samo Ligę Mistrzów, jednak w swojej reprezentacyjnej karierze nie mógł się cieszyć medalem igrzysk olimpijskich.

Teraz ma 38 lat i gra w irańskim Sarmajeh Banku. W rozmowie ze Sport.pl powiedział między innymi o swoich początkach, znaczeniu gry w kadrze, wyjeździe do Włoch, problemach w relacji z Danielem Castellanim, zwycięstwach za Andrei Anastasiego i kontuzji w Zenicie Kazań.

Zawsze wydawał mi się pan poukładanym perfekcjonistą, który wszystko miał zaplanowane. Jak duży dystans do siebie i własnych niedoskonałości pan ma?

Łukasz Żygadło: - Nie wydaje mi się, bym był wielkim perfekcjonistą. Miałem wiele sytuacji, które wymykały się schematom i raczej zostawiałem je instynktowi. Staram się żyć w zgodzie z samym sobą i otoczeniem. Będąc profesjonalistą robię to wszystko jednak naturalnie, wsłuchuję się w swój organizm, by wiedzieć, czego będzie potrzebował. To samo jest z przygotowaniem fizycznym lub taktycznym do meczu. Mam duszę ścisłowca, więc szukam w życiu logicznych odpowiedzi.

Słyszałam, że po drodze było panu z fizyką.

- To prawda, bo ogromnie interesowały mnie elektrotechnika i komputery. Wiązałem z nimi przyszłość, zdając do szkoły technicznej w Zielonej Górze, która miała przygotować mnie do zawodu. Naiwnie wydawało mi się, że zajęcie się profesjonalną siatkówką dopiero po ukończeniu technikum jest pomysłem do zrealizowania, jednak wkrótce przekonałem się, że taki scenariusz nie wchodził w grę. Decydując się na wyjazd do Częstochowy po dwóch tygodniach od rozpoczęcia szkoły, zauważyłem, że jeśli chce się być w czymś najlepszym, to trzeba się temu poświęcić całkowicie. To był moment, kiedy postawiłem na grę w siatkówkę.

Czyli miał pan tablicę, na której rozpisał wieloetapowy plan, który miał prowadzić najbezpieczniejszą i najpewniejszą drogą do celu.

- Problem polegał na tym, że kiedy jest się młodym siatkarzem, nie mającym rodziców, którzy wcześniej byli zawodowymi sportowcami, nie wiadomo co na tej “tablicy” napisać. W wieku 14 lat pierwszy raz w życiu widziałem na żywo mecz polskiej pierwszej ligi. Spotkania w telewizji transmitowane były sporadycznie, nie było internetu... To, co mnie inspirowało, to materiał zapisany na kasecie VHS z igrzysk olimpijskich z Seulu z 1988 roku, pokazujący poszczególne elementy siatkarskie.

Nie było możliwości i perspektyw, które obecnie ma młodzież szukająca inspiracji. Kiedy byłem młodszy, nie widziałem tylu wzorów do naśladowania czy dróg, które moglibyśmy w jakimś stopniu powielać. Dlatego właśnie rozpisanie metaforycznej tablicy z planem na życie było trudne, wręcz niemożliwe.

Kiedykolwiek miał pan wzór?

- Nieustannie poszukiwałem wzorów. Młody człowiek sam z siebie nie wie, w którym kierunku ma podążać i jak dotrzeć do celu. Wyjeżdżając do Częstochowy miałem to szczęście, że w tamtym okresie był to jeden z najlepszych klubów w Polsce. Jako junior trenowałem i przyglądałem się znanym w kraju zawodnikom, więc pojedyncze wzorce stopniowo zaczęły się pojawiać.

Był rok 1994, a polska siatkówka reprezentacyjna w tamtym okresie zatrzymała się niestety 11 lat wcześniej, kiedy po raz ostatni zdobyliśmy medal na imprezie międzynarodowej. Mimo dużego respektu do ówczesnych kadrowiczów, mnie ciągnęło do tego, co widziałem na kasecie VHS z igrzysk w Seulu.

Dobrze, że mówi pan o wzorcach, ponieważ pana obecność w mediach w jakimś sensie odrysowana jest od szablonu, który sam pan tworzy. Sprawdza pan artykuły na swój temat, autoryzuje każdą wypowiedź i interweniuje, kiedy coś jest nie tak, a tego przykładem jest choćby ostatnia sytuacja z World of Volley. Czego się pan boi?

- Wydaje mi się, że moja obecność w mediach jest wynikiem tego, co robię na boisku, a nie jakiegoś szablonu, który tworzę. Jestem sportowcem, a nie blogerem czy influencerem z mediów społecznościowych, który kreuje wizerunek i go sprzedaje. Sprawdzam informacje na swój temat, dlatego że zależy mi na tym, aby były prawdziwe.

Jeśli chodzi o nieszczęsny artykuł z World of Volley, to uważam, że każdy zareagowałby w podobny sposób, gdyby włożyło mu się w usta słowa, których nigdy nie wypowiedział i które kompletnie zaprzeczają jego wartościom! Czy miałem to zostawić? Czy ktoś inny zareagował, żeby to wyjaśnić? Nie! Więc sam musiałem to zrobić.

Niestety, podobne sytuacje zdarzają się często, szczególnie gdy teksty tłumaczone są przez translatory internetowe, a robiący wywiad, nie znając dobrze języka angielskiego, dopisują stwierdzenia, które całkowicie zmieniają sens wypowiedzi. W przykładzie, który pani podaje, nie udzielałem żadnego wywiadu  korespondentowi, który mam nadzieję w dobrej wierze chciał napisać artykuł. Połączył w nim kilka wypowiedzi, tworząc mijający się z prawdą cytat - coś, co nie mieściło się w moim sposobie podejścia do reprezentacji Polski. Mój klub sprawdził wywiady, które udzielałem podczas Azjatyckich Mistrzostw Klubowych i potwierdził, że w żadnym z nich nie padło takie stwierdzenie. Irański dziennikarz przeprosił mnie za swój błąd, a World of Volley umieścił na stronie sprostowanie.

Dziwi mnie jednak fakt, że niektóre poważne polskie media przedrukowały tę kontrowersyjną informację, nie próbując uzyskać mojego komentarza. Wpadły w pułapkę szukania taniej sensacji, która na pewnym poziomie robi się delikatnie mówiąc „niesmaczna”. Rozmawiałem później z Ivanem [Milijkovicem – założycielem portalu World of Volley – przyp. red.]. Do prowadzenia strony internetowej podchodzi bardzo serio. Wie, że zdarzają się sytuacje, w których dany zawodnik coś powie i z tego się wycofuje, kiedy zobaczy, że odbiór jego słów nie jest pozytywny. W takich momentach nie usuwa wywiadów ani artykułów, jednak moja sprawa była inna. Nie było problemów, by ją zamknąć umieszczając sprostowanie i rozejść się w zgodzie.

Jest pan mistrzem kontroli?

- Wszystkiego nie da się skontrolować i sprawdzić – brakłoby na to czasu. Prawdziwi kibice po jakimś czasie widzą lub powinni widzieć, co w przypadku danego zawodnika jest informacją prawdziwą, a co mijającą się ze stanem faktycznym. Tych drugich jest bardzo dużo.

Dla przykładu do - zabawnej sytuacji doszło, kiedy przekazałem koszulkę meczową, dołączając się do akcji gdańskiego zespołu “DoLEWamy do pełna”. W irańskich mediach została podana informacja, że wsparłem finansowo tę drużynę, a prezes mojego aktualnego klubu chciał zwołać konferencję i wyróżnić mnie za taką postawę. Z artykułu wywnioskował, że sam “dolałem do pełna”. Przez chwilę w tutejszych mediach stałem się sponsorem drużyny z Gdańska! Było o tym dość głośno, bo nawet po ostatnim meczu jeden z dziennikarzy zapytał się mnie skąd u nie taka hojność. Kolejny raz musiałem wyjaśniać całą sytuację.

W ogóle zależy panu na wykreowaniu swojego wizerunku?

- Skąd to pytanie? Czy miałem wykreować się na hojnego filantropa, który przekazał 100.000 euro na konto klubu z Gdańska? Jeżeli coś się kreuje, a nie jest się w tym prawdziwym, to ludzie prędzej czy później to wyczują. Sztuczne podbijanie swojego ego powoduje, że wpada się w kompleksy i będąc skonfrontowanym z trudnym realem życia można sobie nie poradzić, uciekając się do kłamstw, aby bronić swojego wizerunku.

Zawsze byłem naturalny i nie mam problemu, by w lustrze spojrzeć sobie w oczy. Ludzie, którzy mnie znają, potwierdzą, że niczego nie kreuję. Nawet jeśli coś nie było po mojej myśli, przyjmowałem to z pokorą, a to co przeżyłem i zdobyłem w swojej karierze zawdzięczam ciężkiej pracy. Jestem prawdziwy i tym, co robiłem, nigdy nikomu nie zaszkodziłem. To cenna świadomość, która pozwala mi spać spokojnie.

Uważa pan, że miał szczęście w karierze? Urodził się pan dwa lata po siatkarzu, którego przez kolejne dziesięciolecia będzie się nazywać najwybitniejszym rozgrywającym w kraju, Pawle Zagumnym. Czuł się pan wiecznie drugi?

- Karierę uważam za przygodę. Czy mogę powiedzieć, że jestem szczęściarzem? Tak, bo wybór, którego dokonałem mając 14 lat okazał się fantastyczny. Do tej pory moje życie było wielką wyprawą, którą w dużej mierze umożliwiła mi siatkówka – podróżowałem, poznawałem świat, ludzi i języki. Miałem szansę reprezentować Polskę i grać dla najlepszych zespołów świata, zdobywając z reprezentacją i klubami trofea, o których nawet mi się nie śniło, kiedy rozpoczynałem przygodę z siatkówką.

Miałem szczęście, że poznałem i współpracowałem z wieloma fantastycznymi ludźmi, od których czerpałem wiedzę, i dzięki którym spełniłem swoje marzenia. Nadal się realizuję. Stanąłem na każdym podium poza igrzyskami olimpijskimi; zdobywałem medale największych imprez siatkarskich klubowych i reprezentacyjnych. Czy mogę czuć się spełniony? Raczej tak!

Ucieka pan od odpowiedzi na pytanie. Czuł się pan „tym drugim”?

- Tym pytaniem każe mi się pani skonfrontować z Pawłem Zagumnym, a nasze historie znacznie się od siebie różnią. Paweł jako zawodnik rocznika 1977 to przedstawiciel generacji Ireneusza Mazura, która wymieniła personalnie kadrę seniorską po 1997 roku i stanowiła jej trzon przez długie lata, uczestnictwem w Lidze Światowej rozpoczynając nowy rozdział w polskiej siatkówce. Ja poza krótkim epizodem na tej imprezie w 2001 roku do kadry seniorskiej wróciłem cztery lata później, a w roli zmiennika Pawła występowałem praktycznie tylko 2006 i 2007 roku. Później za Anastasiego grałem w reprezentacji w latach 2011-2013.

Paweł był bardzo trudnym konkurentem - mimo młodego wieku miał możliwość zdobywania doświadczenia i oswajania się z atmosferą choćby igrzysk olimpijskich. Mając 18 lat pojechał do Atlanty jako trzeci rozgrywający, wchodząc na boisko w roli przyjmującego, co w obecnych czasach jest raczej nie do pomyślenia.

Wszystkie długoletnie doświadczenia z kadry seniorskiej, jak i wyjazd w młodym wieku do włoskiego klubu z Padovy, w tamtych czasach dawały bezcenną wiedzę i możliwość rozwoju, na którą w Polsce jeszcze nie mogliśmy liczyć. Jego doświadczenie, tak ważne dla rozgrywającego, zaczęło procentować w 2006 roku, kiedy zdobyliśmy wicemistrzostwo świata po praktycznie 10 latach ciągłego grania w kadrze.

Pojawiła się zazdrość?

- Bez zdrowej zazdrości nie pójdzie się do przodu. Każdy zawodnik, który ma ambicje, musi mieć wyznaczony cel, a ten był u mnie bardzo jasno postawiony. Marzyły mi się igrzyska, a w mojej przygodzie z reprezentacją zawsze coś stawało mi na drodze. Nie potrafiłem wtedy tego zrozumieć.

Dla przykładu, w roku olimpijskim przed Atenami rozgrywaliśmy Puchar Polski. Z drużyną z Sosnowca występowaliśmy w nim w roli „Kopciuszka”, bo w półfinale graliśmy z naszpikowanym kadrowiczami AZS-em Olsztyn z Pawłem Zagumnym, a w finale spotkaliśmy się z gospodarzem turnieju, Skrą Bełchatów, z Andrzejem Stelmachem. Wygraliśmy puchar, ja otrzymałem nagrodę najlepszego rozgrywającego, lecz później przy powołaniach na Ligę Światową nie znalazłem się w osiemnastce.  Dostałem je do szerokiej kadry na igrzyska, jednak to nie miało logicznego sensu, ponieważ przez okres Ligi Światowej nie trenowałem z kadrą A, o graniu nawet nie wspominając.

W ostatnim sprawdzianie przed najważniejszą imprezą czterolecia w Atenach mogło dojść do nie lada sensacji, ponieważ podczas Memoriału Wagnera grając w kadrze B w piątym secie mieliśmy piłkę meczową w górze, a ona dawała nam wygraną nad kadrą A! Mimo tych wszystkich sytuacji, których nie rozumiałem, pozostawało mi tylko z pokorą trenować i czekać na kolejną szansę. Czułem, że ona przyjdzie.

Z Pawłem Zagumnym spotkaliście się już na początku. Trenował pan z juniorami, którzy pojechali na mistrzostwa świata do Bahrajnu, a sam nie uczestniczył w zmaganiach.

- Byłem w o 2 lata młodszej kategorii wiekowej, ale wraz z Michałem Jaszewskim zostałem przesunięty do starszej grupy. W tamtym okresie łączyłem grę na rozegraniu ze środkiem. Dopiero później wróciłem na rozgrywki juniorskie mojej kategorii i swoją nominalną pozycję. Zobaczenie chłopaków, z którymi trenowaliśmy bardzo ciężko, w momencie gdy zdobywali mistrzostwa Europy i świata, było czymś niesamowitym. Był to okres, kiedy tego typu wyniki dla polskiej kadry nie należały do codzienności. Stanowiło to istotny dla krajowego środowiska siatkarskiego impuls i znak, że idziemy w odpowiednim kierunku.

W 2004 roku wyjechał pan po raz pierwszy za granicę do Panathinaikosu Ateny. To był moment, w którym wiedział pan, że zacznie budować swoją siatkarską tożsamość bez porównań i z dużą dawką odpowiedzialności, która spoczywała na barkach każdego zagranicznego gracza?

- Po sezonie spędzonym w Sosnowcu okazało się, że klub ma spore problemy finansowe. Dostałem propozycję wyjazdu za granicę do Włoch do Serie A, ale ówczesny prezes mojej drużyny nie chciał się na niego zgodzić. Zespół się rozpadał, już prawie nie miałem z kim grać, a on postanowił mnie zatrzymać. Moja argumentacja dotycząca tego, że jestem młody, chciałbym spróbować wielkiego świata i wykorzystać swoją szansę w ogóle nie była brana pod uwagę.

W końcu, kiedy podjęliśmy negocjacje, niestety nie mogłem przystać na złożoną mi propozycję - byłbym zmuszony do odprowadzania znacznej części moich zarobków do Sosnowca i jeżeli wróciłbym do Polski, przez kilka lat musiałbym grać dla tego klubu. Tym samym straciłem szansę na realizację mojego marzenia. Znalazłem jednak plus – skończyłem studia, co było jednym z moich priorytetów [Łukasz Żygadło ma tytuł magistra zdobyty na Wydziale Zarządzania Politechniki Częstochowskiej – przyp. red.].

To był dla mnie ważny moment – mogłem poświęcić się wyłącznie siatkówce i w pełni skupić na tym, by realizować swoje cele sportowe. Miałem wielką ochotę, by wyjechać i spróbować czegoś innego. Po pół roku spełniło się to, co przewidziałem kilka miesięcy wcześniej – klub postawił nas pod ścianą i powiedział, że nie ma więcej pieniędzy. Wtedy pojawiła się propozycja wyjazdu do Grecji. Nie musiałem się dwa razy zastanawiać – przeniosłem się, stając się niejako „sponsorem” klubu z Sosnowca, bo pieniądze z mojego transferu posłużyły w jakimś stopniu do spłaty nie tylko zobowiązań względem mnie, ale również pozostałych zawodników.

Szansa dana od Panathinaikosu była bardzo duża. Był to czołowy klub ligi greckiej, w którym występował również Dawid Murek, a w lidze rywalizowały ze sobą między innymi takie drużyny, jak Iraklis z Lloyem Ballem, Stanleyem i jeszcze innymi gwiazdami - regularnie dochodziły do Final Four Ligi Mistrzów. Był też Olymipiakos, który w tamtym sezonie wygrał Puchar CEV. Musiałem szybko wkomponować się w zespół, czułem presję wyniku i odpowiedzialności, bo zrozumiałem, że reprezentowanie takiego klubu, jak Panathinaikos w Grecji nabiera innego wymiaru. Ustępowaliśmy tylko Iraklisowi, chociaż walki było co nie miara. Było ciekawie!

Za szansą od Panathinaikosu przyszła szansa w kadrze, choć w trudnych okolicznościach. Na krótko przed mistrzostwami Europy kontuzji nabawił się Paweł Zagumny. Pan pojechał na turniej jako pierwszy rozgrywający, a Paweł Woicki jako drugi. Mógł pan sobie powiedzieć: „W końcu”?

- Nie, bo okoliczności, które temu wszystkiemu towarzyszyły były szalone. Podczas Memoriału Wagnera po aferze w Olsztynie z kadry usunięto Łukasza Kadziewicza, Krzysztofa Ignaczaka i Andrzeja Stelmacha, który do tej pory miał pewne miejsce w zespole. W ciągu jednej nocy z siatkarza, który niewiele trenował z reprezentacją, trafiłem do wyjazdowej dwunastki na mistrzostwa. To było dla mnie coś wielkiego, bo do tej pory nie grałem na żadnej wielkiej imprezie siatkarskiej poza kilkoma meczami w Lidze Światowej!

Chwilę później podczas sparingu kontuzji nabawił się Paweł Zagumny. W ciągu trzech dni przeszedłem drogę od gracza spoza zespołu do tego, który jest pierwszym rozgrywającym kadry. To było wariactwo. Ani ja nie byłem na to przygotowany, ani drużyna nie była gotowa, by grać ze mną.

Czułem dużą odpowiedzialność, co było widać nawet na zdjęciach z tamtego czasu. Byłem strasznie skupiony, nakładałem na siebie presję, czując, że muszę wykorzystać otrzymaną szansę. Choć działo się to „na wariata”, to robiłem wszystko, by zespół z nowym rozgrywającym na mistrzostwach Europy zaprezentował się jak najlepiej.

Nie było chyba źle, zajęliście 5. miejsce.

- Nie było źle, choć żałuję spotkania z Rosjanami. Mieliśmy szanse, by ich pokonać i do dziś w głowie mam akcje, które mogliśmy wykonać lepiej. Wygrywając pierwszego seta, w drugim prowadziliśmy już 16:12 ale na zagrywkę wszedł Siergiej Baranow, który niestety skończył serwować przy stanie 18:16 dla Sbornej. Turniej zamknęliśmy na 5. miejscu. Z perspektywy czasu żałuję jednak, że po tamtym okresie nie trafiłem do klubu, w którym grałem od 2008 roku, czyli Itas Diatec Trentino.

Zanim przejdziemy do tego etapu, chciałam poruszyć kwestię chyba największego sukcesu w pana karierze reprezentacyjnej – wicemistrzostwa świata z 2006 roku. Łukasz Kadziewicz w swojej książce napisał, że był to moment, w którym poczuł, że jako srebrny medalista może zacząć rozdawać karty w klubie. Balonik ego trochę się napompował. Czym ten sukces był dla pana?

- Z perspektywy czasu patrzę na niego inaczej. Nie chodziło wyłącznie o to, że udało się zdobyć medal, ale o to, że przez polską siatkówkę był on tak długo wyczekiwany. Zrobił niezwykłą aurę wokół siebie.

Trochę czuliśmy się panami świata, bo to, jak przywitali nas kibice po powrocie z Japonii, było czymś niesamowitym - kompletnie się tego nie spodziewaliśmy. Wszyscy zachłysnęliśmy się tym medalem i chyba nawet mieliśmy do tego prawo. Zrobiliśmy coś fantastycznego, drugie miejsce okupując bardzo ciężką pracą. Potrzebowaliśmy czasu, by przetrawić sukces. Po wszystkim okrzepliśmy i zawodnicy, którzy zostali w kadrze, mogli inaczej poukładać sobie priorytety.

Miał pan moment, w którym uznał, że przesadził z „odlotem”?

- Nie, aż tak bardzo nie odleciałem, bo po mistrzostwach wyjechałem na kontrakt do Rosji, a tam nowa rzeczywistość i moi koledzy, którym w głowach długo siedziała przegrana z Polakami, robili wszystko, by utrzymać mnie przy ziemi.

Na samych mistrzostwach miałem kilka epizodów, z których do dziś jestem zadowolony. Ten z Rosjanami był szczególnie ciekawy, bo takie mecze, w takim stylu, o taką stawkę i z tak ogromną presją gra się może raz w życiu. Uśmiecham się teraz do siebie, dlatego że w tamtym momencie zrozumiałem, czemu nasi mistrzowie olimpijscy z Montrealu tak żywiołowo biegali w kółko po boisku, zbliżając się do upragnionego złota. Proszę zobaczyć jeszcze raz tego piątego seta z Rosjanami z Japonii! To były niesamowite emocje i niezwykły mecz, który chcieliśmy skończyć jak najszybciej.

Srebrny medal oddał pan na licytację charytatywną, a on do pana wrócił.

- To była ciekawa historia! Sukces, który osiągnęliśmy, był dla nas wyjątkowy, więc uznałem, że fajnie byłoby zrobić z nim coś więcej. Znalazłem projekt, który warto było sfinansować i przedstawiłem moje plany osobie za niego odpowiedzialnej. Chciałem zebrać pieniądze na dom dla rodziców, którzy spędzali czas ze swoimi chorymi dziećmi znajdującymi się na Oddziale Onkologicznym Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

W tamtych czasach nie było Facebooka i mediów społecznościowych, więc wszystko należało zrobić samemu. Nie ukrywam, że postawienie strony internetowej z licytacją było sporym wyzwaniem – cel był jednak ważniejszy. Przekonałem się o tym, kiedy odwiedziłem oddział i zobaczyłem codzienne zmagania dzieci i ich rodziców. Takie spotkania powodują, że człowiek dostrzega, że nie ma żadnych problemów i jest szczęściarzem. To, czego doświadczyłem nie było łatwe, ale jeszcze bardziej zmobilizowało mnie do tego, by zaangażować się w tę akcję.

Medal wylicytował Polak, który mieszkał w Houston. Na początku wszystko było bardzo enigmatyczne, ponieważ nieznana osoba ze Stanów zapłaciła bardzo duże pieniądze za srebrny krążek. Do tego wszystkiego dołączył się sponsor kadry, Plus GSM, który podwoił tę kwotę. Po Lidze Światowej byłem w Nowym Jorku, więc skontaktowałem się ze zwycięzcą licytacji, wysłałem medal z podziękowaniami i kadrową koszulką. On również mi podziękował, zaznaczając, że wie, jak cenna była to dla mnie rzecz. Dość często to podkreślał, co mnie trochę zastanawiało.

Po jakimś czasie napisał do mnie, że dałem mu coś srebrnego, co jest dla mnie istotne i tak się składa, że on też ma coś w tym kolorze, co chciałby mi przekazać. Wysłał mi zdjęcie srebrnego Harley'a Davidsona, co kompletnie mnie zszokowało. Na początku wydawało mi się, że to żart, ale przesłał go ze Stanów do Polski i go zlicytowaliśmy.

Na tym jednak nie koniec historii. Właściciel motocyklu przyjechał do kraju, by przekazać kluczyki nowemu nabywcy Harley'a. Kiedy to robił odwrócił się do mnie, trzymając coś w ręce. Powiedział, że jest to mój medal. Nie wiedziałem co powiedzieć, bo dzień wcześniej jedząc kolację utwierdzał mnie w przekonaniu, że krążek znajduje się w szafce w ważnym dla niego miejscu. Nie ukrywam, że to wszystko bardzo mnie wzruszyło tym bardziej, że to co wtedy robiliśmy, miało tak ważny cel.

Nie zawsze było tak słodko. Sytuacja z Daniellem Castellanim w kadrze w 2010 roku była najtrudniejszą w pana karierze?

- Nie, był nią brak powołania na igrzyska olimpijskie w 2008 roku. Przez cały wcześniejszy okres byłem kadrowiczem Raula Lozano. W dwuetapowych kwalifikacjach do igrzysk w Pekinie, które rozpoczęliśmy w okresie zimowym, widziałem, że Raul darzy mnie większym zaufaniem, a ja potwierdzałem to pozytywną grą czy wejściami na boisko.

Od nowego sezonu reprezentacyjnego zauważyłem jednak, że nie będzie łatwo, ponieważ Raul zmienił swoją koncepcję, której nie chciał korygować nawet po porażce w kwalifikacjach do mistrzostw Europy w Estonii. Wiedziałem, jak istotny jest to moment dla losów drużyny narodowej i zdawałem sobie sprawę z tego, jak ważny jest on dla mnie. Nasz skład i umiejętności poszczególnych zawodników powodowały, że mimo wcześniejszych porażek po sukcesie w Japonii, wierzyliśmy, że jesteśmy bliżej niż dalej od medalu na igrzyskach. Pamiętam, że podczas jednego weekendu Ligi Światowej Paweł Woicki pojechał na swoje wesele, więc dostałem szansę w meczach z Japończykami. Myślałem, że jest to mój sprawdzian, od którego zależy to czy trafię do składu na igrzyska, czy nie. Spotkania wygraliśmy, ale...

Już pan wiedział.

- Tak, już wiedziałem. Każdy zawodnik zawsze czuje to wcześniej. Brak powołania był dla mnie bardzo dużym ciosem. Sprowokowało mnie to do podjęcia decyzji, która nie była łatwa, ale na pewno słuszna, choć ludzie mówili, że zwariowałem. Przeszedłem do Trento, gdzie rozgrywającym był Nikola Grbić. Czułem, że muszę wyjechać. Uważam, że ta decyzja była zarówno najważniejszą, jak i najlepszą w moim życiu.

Mówili, że nie dostanie pan szansy, a ona przyszła.

- Szansa zawsze przyjdzie tylko trzeba jej trochę poszukać i być na nią gotowym.

We Włoszech łatwo można się poczuć gwiazdą?

- We Włoszech zauważyłem, że lepszy zawodnik to nie ten wykreowany przez media, ale siatkarz, który zna swoją siłę i ma w sobie dużo pokory. Im więcej trenowaliśmy i wygrywaliśmy, tym więcej szacunku nabieraliśmy do tego, co się działo dookoła nas, zdając sobie sprawę, ile wyrzeczeń kosztowało nie samo wygrywanie, ale potwierdzenie zdobywanych tytułów przez kolejne lata. Treningi były bardzo wymagające nie tylko fizycznie, ale i mentalnie.

Radostin Stojczew wyciskał z nas wszystko, śmiałem się, że zakrzywiał rzeczywistość, dlatego że często wydawało nam się, że czegoś się nie da zrobić, a on doprowadzał do tego, że po jakimś czasie nam się to udawało. We Włoszech zwracano uwagę na istotne detale - nie tylko co do treningu, ale i w przygotowaniu fizycznym, diecie, rehabilitacji, odpoczynku. Podczas całego sezonu naliczyłem 150 godzin video analizy gry swojej i przeciwnika. To musiało mnie zmienić.

Widziałem na co dzień, jak zachowują się mistrzowie olimpijscy. Trenowałem i grałem przeciwko zawodnikom, których obserwowałem przez krótki okres na meczach reprezentacji. Nie było łatwo, bo Nikola Grbić był pierwszym rozgrywającym, ale miałem swoje szanse - wygrane mecze i kilka nagród MVP potwierdzało, że idę w dobrym kierunku. Trenowałem bardzo ciężko i nabierałem świadomości, co tak naprawdę było istotne – nie tylko w treningu, ale generalnie w kompleksowym podejściu.

We Włoszech zaczyna się zdobywanie medali. W 2010 roku ma pan już narzędzia, które pozwalają na weryfikację pewnych aspektów siatkówki. Daniel Castellani zaprosił na obozy przygotowawcze, ale ponoć w kadrze pana nie chciał. Ego zabolało?

- Ego jest złym doradcą i wcale mnie nie zabolało. Od początku uważałem, że powołał mnie tylko dlatego, że w Łodzi z Trentino Volley wygraliśmy Ligę Mistrzów, a mnie wybrano najlepszym rozgrywającym. Wiedziałem, że nie pasuję do jego koncepcji. Nie miałem problemu z tym, żeby podejść do niego i powiedzieć, że rozstajemy się w zgodzie, bo rozumiem, że ma inną wizję zespołu, której nie ukrywał i jako trener miał do niej pewne prawo.

Dochodziło nawet do takich sytuacji, jak w Łodzi, kiedy po rozgrzewce z desperacji siadałem na krześle obok boiska, bo zespół zaczynał trenować, a ja nie miałem co robić. U Daniela nie wywoływało to żadnej reakcji. Kiedy ktoś nie mógł ćwiczyć, przesuwał mnie na przyjęcie, gdzie również atakowałem, czyli robiłem rzeczy, które generalnie nie wynikały z kompetencji rozgrywającego. Było to dla mnie niepoważne, bo takie sytuacje nie były najlepsze dla nikogo, a w szczególności dla drużyny.

Rozmawialiście?

- Były dwie rozmowy, w których uczestniczył drugi trener reprezentacji, Krzysztof Stelmach. Powiedziałem Danielowi, że nie dostrzegam dalszego sensu współpracy, życzę powodzenia i wolę odejść. Zaznaczyłem, że nie widzę siebie w roli trzeciego rozgrywającego, który praktycznie nic nie robił - w takiej sytuacji wolałem nie tracić czasu i przygotowywać się do nowego sezonu klubowego.

Dodałem, że jeśli zajdzie potrzeba, to może do mnie zadzwonić, a ja chętnie przyjadę, by pomóc. On wtedy odparł, że przecież jest jeszcze Fabian Drzyzga, który również jest brany pod uwagę.

Czy byłem wtedy w ukrytej kamerze? Niestety nie.

To była złośliwość, pogubienie się trenera, strach przed ryzykiem wynikającym z innej koncepcji, niż z jednym z bardziej oczywistych wyborów personalnych? Jak pan na to dziś patrzy?

- Nie wiem. Nie było to dla mnie jasne zachowanie, ponieważ do dziś nie rozumiem jego celu. Jeżeli jako młody 28-letni facet podszedłem do bardziej doświadczonego człowieka i przedstawiłem mu, jak wygląda sytuacja, to oczekiwałem, że zachowamy się jak mężczyźni i on podejmie jakąś decyzję. Do końca tego nie zrobił.

W desperacji, w studio, które prowadził Jerzy Mielewski w Polsacie, powiedziałem, że noszę się z zamiarem odejścia z kadry. Możliwe, że niepotrzebnie dodałem, że odpuszczanie Ligi Światowej nie jest dla mnie dobrym pomysłem, bo tak stały i dobry zespół, jak Brazylia nigdy tego nie robił. Z drugiej strony uważam do dziś, że w każdej imprezie gra się na 100 procent. Jeżeli ktoś nie czuje się na siłach, to jego miejsce zajmuje inny zawodnik, a zespół gra dalej bez taryfy ulgowej.

Zawsze jest szansa, że uda się zdobyć medal, co najlepiej pokazaliśmy z Andreą Anastasim. Może nikt na nas wtedy na to nie liczył, a udało się wygrać pierwszy krążek w Lidze Światowej po 15 latach! W 2010 roku takiego nastawienia nie było. Ligę Światową traktowaliśmy po macoszemu. Co więcej, w Łodzi uznaliśmy, że dwa razy pokonamy Kubę i awansujemy do finałów, grając zespołem, który wcześniej praktycznie razem nie trenował. Jaki był tego wynik? Rywale pokazali nam, że tak się nie da.

Dziś zrobiłby pan to samo wiedząc, że reszta kadrowiczów za panem nie stanie?

- Możliwe, że nie ruszałbym kwestii Ligi Światowej, ponieważ nie byłem ani trenerem kadry, ani prezesem Związku. Powinno to wyjść od nich, a nie od zawodnika, bo to oni są odpowiedzialni za stawianie celów.

Przed moim definitywnym wyjazdem z kadry doszło do wspólnego spotkania trenerów z zawodnikami.  Stwierdzono, że jeżeli w telewizji powiedziałem, że chcę odejść z kadry, to zawodnicy nie będą prosić trenera, aby mnie w niej zatrzymał, co było raczej logiczne. Pożegnałem się ze wszystkimi, życzyłem powodzenia, nawet umawialiśmy się na grilla w wolnym czasie.

Wydawałoby się, że sprawa już się zakończyła, ale cały problem wynikał z tego, co miało być napisane w oświadczeniu odnoszącym się do powodów naszego rozstania. Wspomniano w nim, że byłem słabszy sportowo. Nie mogłem się na to zgodzić i wyjechałem.

Bo Daniel Castellani tego nie zweryfikował?

- To, że nie pasowałem do jego koncepcji nie oznaczało, że jestem słabszy, bo tego nawet nie sprawdził.

Oświadczenie zawodników bardzo zabolało?

- Zdziwiło i zabolało, bo po wszystkim rozstawaliśmy się w zgodzie.

Nie chce pan o tym rozmawiać.

- Wtedy bardzo zabolało i dużo nerwów kosztowało moich najbliższych.

To byli pana najbliżsi koledzy.

- Tak.

Łatwo było panu wrócić do zespołu za Anastasiego i skonfrontować się z częścią z nich?

- Nie.

Spora lekcja.

- Dla kogo?

Chyba dla was wszystkich.

- Uważałem wtedy, że powiedziałem rzecz oczywistą dla ludzi, którzy chcą osiągnąć sukces. Wszyscy to widzieli, a najlepiej pokazywały to rankingi oglądalności, które spadły do najniższych w historii.

Oni się bali? Chcieli zyskać u trenera?

- Część z nich była młodymi zawodnikami, którzy chcieli grać w kadrze. Zgodzili się podpisać coś, co moim zdaniem zostało im podsunięte. O ile mniej doświadczonych graczy jestem jeszcze w stanie zrozumieć, o tyle tych starszych już nie.

Pierwszym wyborem w kadrze stał się pan u trenera Andrei Anastasiego. Był to szkoleniowiec pana przełomu w reprezentacji?

- Z włoskim trenerem spotkałem się przed powołaniami, porozmawialiśmy, powiedział, jakie ma cele i to, co zapowiedział, po prostu zrobił. Dzięki takiemu postawieniu sprawy było łatwiej, bo człowiek wiedział, czego może się spodziewać. Nie oznacza to, że wszystko przychodziło bez wysiłku. Chodzi mi wyłącznie o to, że kiedy energia i czas skumulowane są wyłącznie na tym, by być w jak najlepszej formie, to pracuje się zupełnie inaczej.

To był okres, w którym pierwszy raz mogłem w pełni przygotować się z drużyną do imprezy kadrowej. W ciągu roku wygraliśmy 3 medale i awansowaliśmy do igrzysk olimpijskich w Londynie. W kolejnym sezonie wygraliśmy Ligę Światową. To, w co wierzyłem - że poziom sportowy i pewność siebie rośnie wraz kolejnymi wygranymi rozgrywkami - potwierdzała cała drużyna. Czuliśmy się mocni.

Włoch dał panu jedną z najważniejszych rzeczy w karierze – Londyn 2012. W jednym z wywiadów stwierdził pan, że igrzyska to śmierć albo życie. Czym były one dla was?

- Jako wynik to była śmierć - mieliśmy ogromną szansę, aby zdobyć medal, a skończyło się na 5. miejscu.

Nawet z dzisiejszej perspektywy można tak powiedzieć? Ta impreza to nadal nasza trauma, ciągle daleko do sukcesu.

- Tak, nawet z dzisiejszej perspektywy mogę tak powiedzieć. Uważam, że stanęliśmy wtedy przed wielką szansą i trudno jednoznacznie stwierdzić, co było przyczyną takiego wyniku. Wielu widziało nas w roli zwycięzców, z Bernardo Rezende na czele, który po mistrzowsku przerzucił presję na nasz zespół. Przed igrzyskami w Londynie pokonywaliśmy Brazylię, wygraliśmy 3:0 z Amerykanami w finale Ligi Światowej, w meczu otwarcia zwyciężyliśmy Włochów, którzy ostatecznie zajęli 3. miejsce i tylko Rosjanie byli dla wszystkich zagadką. Może zjadła nas presja? Może po prostu brakło doświadczenia olimpijskiego, bo dla wielu, jak i dla mnie były to pierwsze igrzyska?

Nie do końca byliśmy też zorganizowani, jak inne czołowe ekipy, które zrezygnowały z oficjalnych hal treningowych oddalonych od wioski olimpijskiej, wynajmując blisko położone obiekty. Dzięki temu oszczędzali dużo czasu marnowanego w autobusie, bo na sam mecz jechało się nie raz około dwóch godzin.

Każdy z nas przekonał się, że jest to zupełnie inna impreza od pozostałych. Nie chcę, by to zabrzmiało jak wytłumaczenie, ale wstawanie o 05.30 na mecz z Australią, kiedy grało się o 11.30, było dużym odstępstwem od normy. Tego na normalnych turniejach nie ma.

Do dziś uważam, że najważniejszy mecz podczas tych zmagań, to właśnie spotkanie z Australią. Musieliśmy je wygrać 3:0 i trafić na Niemców w półfinale, a tego nie zrobiliśmy. Skład, który uważałem za doskonale się uzupełniający, w Londynie zaczął lekko szwankować. Już bój z Bułgarią w drugim meczu pokazał, że to co funkcjonowało bez zarzutu, nie sprawdza się tak, jak wcześniej. Wielu mówiło, że to była kwestia przetrenowania - przegraliśmy i to zabolało.

 To zawsze będzie wyrwa w pana karierze, której nie da się zapełnić niczym innym?

- Jeśli chodzi o sport, to nie traktuję tego jako wyrwy, bo moja kariera jest dla mnie przygodą. Wyjazd na igrzyska był dla mnie czymś wyjątkowym i miałem wielką ochotę sprawdzić się na nich jeszcze raz, ponieważ zrozumiałem, co to znaczy reprezentować swój kraj na tego rodzaju imprezie.

Kolejny rok przyniósł panu wielki kontrakt i wielki zawód – kontuzję w Zenicie Kazań. Ponoć jak spadać, to z wysokiego konia.

- Rok po Igrzyskach przeniosłem się z zespołu Novego Urengoju do Zenita Kazań. Podpisałem dwuletni kontrakt w jednym z najlepszych klubów świata. Na którymś z treningów graliśmy szóstki. Czułem, że drużyna gra dobrze, wszystko “kleiło się” tak jak tego chciałem. Wystawiałem szybką piłkę do Maksima Michajłowa, a on skończył atak. Powiedziałem do siebie po cichu “to będzie dobry sezon”.

Skoczyłem do bloku, zawodnik atakujący przeleciał na moją stronę boiska, ja wylądowałem na jego nodze i pomyślałem, że chyba podkręciłem kostkę. Popatrzyłem na dół, a stopa był prostopadle ustawiona do podłoża. Upadłem na boisko i zacząłem przeklinać. Aleksiej Werbow podbiegł do mnie i zapytał czy tak mnie boli, czy jestem zdenerwowany. W tym momencie nie wiedziałem czy jest to koniec sezonu, czy koniec kariery.

Pamiętałem, że jedna z wielkich gwiazd miała w Kazaniu robiony zabieg na bark i zaraz po nim zakończyła karierę. Po szybkiej analizie leżąc na parkiecie powiedziałem do Władymira Alekny, by wstawili mi nogę, a ja znajdę lekarza i pojadę do Włoch, Niemiec czy Polski, by poddać się operacji. W tym czasie doktor wbijał mi zastrzyki znieczulające, Aleksiej Wołkow chciał, jak to w przy skręceniach, zatamować dopływ krwi łapiąc mnie za nogę, ale nie mógł tego zrobić, bo stopa była przytwierdzona do piszczeli. Widziałem po twarzach zawodników i lekarza, że jest źle. Rozcięli mi but i próbowali nastawić mi nogę na miejscu, ale się to nie udało. Lekarz powiedział mi, że musimy szybko jechać do szpitala. Zapytałem go o powód pośpiechu, a on odparł, że prawdopodobnie krew nie dopływa mi do stopy, dlatego musimy szybko udrożnić cyrkulację.

Pogotowie przyjechało, trafiłem do szpitala, położono mnie na kozetce i zawołano czterech facetów. Powiedzieli mi, że teraz mogę krzyczeć, a oni będą nastawiać mi nogę. Dano mi jeszcze kilka zastrzyków przeciwbólowych, więc musiałem być dobrze znieczulony. Dwóch chwyciło mnie za nogi i dwóch ciągnęło stopę, a ja się darłem. Sprawdzili czy wszystko wróciło do normy. Nic z tego – cały proceder trzeba było powtórzyć. W końcu poczułem jak coś przeskoczyło i moja stopa zaczęła robić się ciepła. Myślałem, że wszystko będzie już ok, lecz nadal była przekrzywiona.

Przyszedł czas na badanie i przygotowania do operacji. Martwiłem się, czy wszystko będzie dobrze, ale zapewniono mnie, że mam sobie nie zaprzątać tym głowy. Przed zabiegiem powiedziałem anestezjologowi, by tylko ustawili prosto nogę, a ten zapytał, kim ja w ogóle jestem i czy skończyłem medycynę. Uświadomiłem mu, że po prostu chcę dalej grać. Położono mnie na metalowej kozetce, anestezjolog zrobił mi znieczulenie od pasa w dół, czyli w kręgosłup, i zapytał czy skończyłem studia. Zapytałem, co ma na myśli i po co mu ta wiedza. On odparł, że od tego momentu z tego się będę utrzymywał.

Obudziłem się, kiedy maszyna, do której byłem podpięty, zaczęła wydawać ciągły sygnał...

Zapytał pan siebie, czy już umiera.

- Ha ha, dokładnie! To była jak scena z filmu. Pielęgniarka powiedziała “spakojna” trzepnęła maszynę i odzyskałem puls! Na swojej nodze zobaczyłem coś w stylu zbroi - był to aparat Ilizarowa. Ciekła z tego krew – wyglądało to naprawdę przerażająco.

Z rany ciekła krew, prześcieradło zakrwawione - scena jak z horroru. Miał pan 34 lata. W tym wieku jeszcze warto tak się szarpać i walczyć nie tylko o powrót do zdrowia, ale i do sportu?

- Z jednej strony chciałem udowodnić coś anestezjologowi, który skazał mnie na koniec kariery. Z drugiej, powiedziałem, trenerowi i prezesom, że wrócę na Ligę Mistrzów.

A że jest pan słowny, to uznał, że nie odpuści.

- Już w szpitalu usłyszałem, że klub zapłaci za moje leczenie i rehabilitację, ale mało kto wierzył, że mogę wrócić do grania, więc chciano, abym podpisał dokument rozwiązujący kontrakt, wykorzystujący klauzulę 6 miesięcy braku treningu. Powiedziałem, że się na to nie zgodzę, bo wrócę do treningów wcześniej. W rozmowie telefonicznej lekarz kadrowy z góry zasugerował, żebym spróbował zrobić zabieg w Niemczech lub we Włoszech. Dostałem informację, że jeden z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie, 70-letni profesor z Bolonii Sandro Giannini może mnie zoperować.

Niestety w rosyjskim szpitalu musiałem zostać jeszcze przez około 6 dni, dlatego że moja wiza pracownicza nie była gotowa i nie mogłem wyjechać z kraju. Zadzwonił do mnie Nikola Grbić i powiedzieć, że klub z Kazania zatrudnił go w moim zastępstwie. Wiedziałem o tym już wcześniej i życzyliśmy sobie powodzenia.

Tak naprawdę czekałem na wyjazd i czułem się bezsilny. Nie wiedziałem czy mam szansę wrócić do grania, noga nie wyglądała dobrze, na tyłku nie miałem miejsca już na kolejne zastrzyki - musiałem coś z sobą zrobić. Już tam w Kazaniu zacząłem trenować. Chodziłem o kulach, robiłem brzuszki, pompki wszystko, żeby tylko nie zwariować. Po tych kilku dniach oczekiwania, które trwały wieczność, doleciałem do Bolonii. 

Profesor pokazał mi na prześwietleniu co, gdzie i jak poustawia. Zapewnił mnie, że po pięciu miesiącach bardzo dobrej rehabilitacji wrócę do trenowania. Powiedziałem do siebie, że jest październik, więc wrócę na marzec na finał Ligi Mistrzów. Kamień spadł mi z serca i chyba nie tylko mi, bo wtedy do mnie dotarło, że moi najbliżsi stresują się bardziej niż ja.

To był tylko początek, ponieważ po zabiegu czekała mnie żmudna rehabilitacja. W lutym przyjechałem na kontrolę do profesora Gianniniego, który dał mi zielone światło do treningu siatkarskiego. Po wszystkim powiedział mi, że z moją stopą nie była taka prosta sprawa. Pogratulował powrotu do sprawności. W Ankarze na finale LM po meczu zbiegłem z trybun przywitać się z chłopakami, Nikola popatrzył na mnie ze zdziwieniem mówiąc “Ty chodzisz”?

Przyznał pan, że przeżył tę rehabilitację wielkim kosztem. Jakim?

- Takim, że nic innego się nie liczyło. Okres od października do lutego był dla mnie wyjęty z życia. Najbliżsi mnie wspierali, ale widziałem ile ich to stresu kosztowało. Nie było to łatwe, ale takie jest życie sportowca.

Kiedy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu i pytałam o chęć dołączenia do reprezentacji, mówił pan, że nie może patrzeć już tylko na siatkówkę, bo jest pan na etapie, gdy liczą się też inne czynniki. Finalnie okazało się, że miał pan być podstawą planu Ferdinando De Giorgiego w kadrze. Zadecydowały składowe nadszarpnięte wcześniej przez kontuzję?

- Było to pokłosie tego, o czym powiedziałem. Okres rehabilitacji miał wpływ nie tylko na mnie, ale również na moich bliskich.

Mistrzostwa świata 2014?

- To, że nie mogłem kontynuować przygotowań na tę imprezę też się do tego odnosiło. Kiedy przyjechałem na kadrę byłem zadowolony, że w ogóle jestem w stanie trenować i kontynuować proces powrotu do formy. Był wtedy maj, 7 miesięcy od chwili, w której powiedziano mi, że mogę skończyć karierę. W tamtym momencie w mojej ocenie gra na tak rozbudowanej imprezie, jak mistrzostwa świata nie była w ogóle możliwa, bo każdy tydzień treningu był niewiadomą. Nie wiedziałem, jak noga będzie reagowała na zwiększone obciążenia.

Pojawiałem się się Lidze Światowej. Pamiętam, że zagrałem w Spodku przeciwko Włochom, wygraliśmy ten mecz, a ja poczułem, że wracam do żywych. Nawet teraz, gdy oglądam video z meczów, to po sposobie poruszania widzę, jak dużo brakowało mi do powrotu do pełnej sprawności. Byłem bardzo zadowolony, że mogłem przyjechać na obóz przygotowawczy, ale nie nazwałbym tego walką o miejsce na mistrzostwa świata, lecz pomocą drużynie w przygotowaniach.

Pamiętam, że po fazie grupowej, dostaliśmy kilka dni wolnego, w których czekaliśmy na wynik spotkania Brazylia – Włochy, od którego zależało to, czy awansujemy do finału Ligi Światowej. Wiedziałem wtedy, że muszę zrezygnować z reprezentacji, wyboru dokonało życie, stawiając na szali dobro moich najbliższych. Uważam, że znając okoliczności każdy postąpiłby tak samo.

A sprawa z Fefe?

- Jeśli chodzi o sytuację z Ferdinando De Giorgim, to nie byłem w stanie dać mu jednoznacznej odpowiedzi. Według mnie najbardziej „fair” podejściem było to, by nie podejmować rękawicy, ponieważ nie mogłem razem ze wszystkimi rozpocząć przygotowań i nie miałem pewności czy w ogóle będę mógł dołączyć później do kadry. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, kiedy trener i zespół mi zaufają, a ja nagle powiem, że muszę odejść. Jak dla mnie Włoch postąpił słusznie, powołując ostatecznie rozgrywających, którzy kontynuowali swoją przygodę z kadrą po Rio.

 Teraz jest pan w innej sytuacji. Nie nudzi pana gra dla samych facetów?

- W Iranie nie ma aż takiej przyjemności z grania, bo zawsze jest lepiej, kiedy w hali znajduje się piękna część publiczności. Z drugiej strony widzę, że faceci-kibice inaczej zachowują się w obecności kobiet, więc zezwolenie na oglądanie meczów przez panie wpłynęłoby pozytywnie nie tylko na frekwencję, ale również zachowanie na trybunach.

Zakaz jest jednak powoli znoszony, ponieważ FIVB jako jeden z wymogów organizacji imprezy w Iranie podaje umożliwienie kobietom oglądania meczu.

W hali bucha testosteron, ale w Iranie nie zawsze tak jest. W trybie prywatnym Persowie są ponoć bardzo przyjacielscy. W jednym z wywiadów przyznał pan nawet, że za bardzo i stara się od tego dystansować.

- Generalnie moi koledzy z drużyny są bardzo przyjacielscy i pomocni. Tacy są nawet kibice! Choć mogłoby się wydawać, że może być z nimi nieciekawie, to po spotkaniu zawsze wszyscy podchodzą robić zdjęcia i zakopują topór wojenny. Przejście z hali do autobusu jest bardzo kłopotliwe, ponieważ nie ma tam czegoś takiego, jak odseparowanie tłumu od zawodników - to jest kocioł, w którym trzeba się przepychać, by się z niego wydostać.

Przez pewne ograniczenie wspólnej egzystencji kobiet i mężczyzn w przestrzeni publicznej relacje facetów z facetami są bardziej zażyłe i dystans jest zmniejszony, co nie do końca mi odpowiada.

Czyli Łukasz Żygadło jest często całowany w policzki przez obcych mężczyzn.

- Przez obcych nie, a znajomym staram się też odmawiać.

Kiedy przyjeżdża się do obcej kultury, trzeba uszanować to, co ze sobą niesie. Czy był jakiś kompromis, na który nie mógł pan pójść?

- To, o czym pani powiedziała, jest bardzo ważne. Niezależnie od tego, gdzie jadę w pełni respektuję odmienną kulturę, ale oczekuję tego samego od człowieka, który przyjeżdża do mojego kraju. W tym momencie nie ma odstępstw od reguły.

Jeżeli coś się nie podoba, to zawsze można wyjechać. Poza tym w Iranie nie ma rzeczy, z którymi mogę się nie zgodzić. Ja po prostu muszę respektować panujące reguły.

Grał już pan w siatkówkę na perskim weselu?

- Nie, bo irańskie wesela, na których gra się w piłkę, są na północnym wschodzie. Niemniej jednak jeden z zawodników, Farhad Ghaemi, jest z tamtego regionu i potwierdzał, że sport jest tam tak popularny, że jest obecny również na weselach. Widziałem, jakim zainteresowaniem cieszy się tam siatkówka, więc wcale mnie to nie dziwi.

Wyobraża sobie pan skończyć karierę poza Polską?

- To jest dobre pytanie. Przed tym sezonem byłem bliski podpisania kontraktu z polskim klubem.

Skra, Resovia czy ZAKSA?

- Chciałem wrócić do klubu, który będzie się bił o Europę. Były okoliczności i szanse, by coś takiego zrobić, ale widocznie muszę jeszcze poczekać.

Kto był najlepszym rozgrywającym, którego spotkał pan w życiu?

- Nie jest to łatwe pytanie, bo w wielu byłem zapatrzony ale myślę, że Lloy Ball. Był wyjątkowy, ponieważ sukcesy święcił zarówno z klubem, jak i z reprezentacją. Moim zdaniem miał najlepsze walory techniczne i mentalne.

Jako jaki zawodnik chciałby być pan zapamiętany?

- Jak już powiedziałem nie kreuję rzeczywistości, a to jak zostanę zapamiętany pozostawiam kibicom. Mam dzieję, że kiedyś podzielę się z nimi swoimi, przeżyciami i historiami, dzięki którym będą mnie mogli jeszcze lepiej poznać.

Więcej o:
Komentarze (13)
Siatkówka. Mierzył się z porównaniami, ale w sporcie zdobył prawie wszystko. Łukasz Żygadło: Paweł był trudnym konkurentem. Ferdinando de Giorgi? Chciałem być fair
Zaloguj się
  • billyg976

    Oceniono 2 razy 2

    Na drugą taką parę rozgrywających, jakimi byli Zagumny i Żygadło, przyjdzie nam czekać 40 lat albo jeszcze dłużej.

  • nowepokolenie

    Oceniono 1 raz 1

    Wredna dziennikarka.

    Ł.Ż. mądrze mówi, ale ona była zbyt przykra, nieprofesjonalna, więc wytrzymałem tylko do połowy. (Większość dziennikarzy jest nieprofesjonalna, aż zmieniają znaczenia słowa).

  • kuku666

    Oceniono 1 raz 1

    Clickbaitowy tytuł.

  • Janusz Szczepaniak

    0

    Interesujący wywiad. Można się dowidzieć u źródła jak niektóre sprawy jego kariery wyglądały naprawdę. A co było tylko prawdą objawioną stworzoną przez dziennikarzy!

  • oskarw85

    0

    Żygadło na jednej nodze jest i tak lepszy niż wiecznie naburmuszony Drzyzga, któremu przeszkadza wszystko, tylko nie własny brak formy.

  • asitek123

    0

    Miło przeczytać taki wywiad. Sportowiec , który wiele osiągnął jest facetem na poziomie , którego
    wypowiedzi z przyjemnością się czyta. Najlepsze życzenia - w każdym aspekcie - dla p. Łukasza

  • amuzc

    0

    Poukładany, logiczny facet i dobry siatkarz.
    Na pewno, jeżeli chodzi o "nowożytnych" polskich rozgrywających nr 2 po Gumie.
    Reszta daleko za nimi.

  • Jacek Bartman

    0

    Czy Zagumny byłe najwybitniejszym polskim rozgrywającym? Pamiętajmy o Gościniaku i Bosku, z tej trójki najwybitniejszy jednak był Gościniak, co nie znaczy, że Zagumny nie był rozgrywającym światoewej klasy

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX