Sport.pl

Siatkówka. Laurent Tillie: Kiedyś miałem gwiazdy, teraz mam drużynę

Reprezentacja Francji to obrońca tytułu mistrza Europy sprzed dwóch lat. O progresie, budowaniu drużyny i zasadach, które powinny w niej panować, opowiada trener trójkolorowych, Laurent Tillie, który z zespołem współpracuje od 2012 roku. - Nie wiem, czy zdałoby to egzamin w przypadku każdego teamu, ale ja osobiście nakładam na moich podopiecznych coraz mniej zasad. Nie boję się powiedzieć: "Hej, miałeś dobry pomysł, na który ja nie wpadłem! Zrób to jeszcze raz!" - mówi w rozmowie ze Sport.pl.

Postęp, który w ciągu pięciu ostatnich lat poczyniła reprezentacja Francji jest spory – z nieliczącego się w czołówce zespołu, kadra awansowała do europejskiego i światowego topu. Potwierdzeniem tego było zwycięstwo podopiecznych Laurenta Tillie w mistrzostwach Europy w 2015 roku czy też tegoroczna wygrana w Lidze Światowej.

Przed francuskim zespołem jednak spore wyzwanie – pod koniec sierpnia będzie bronić zdobytego tytułu. Nie wiadomo, w jakim stopniu pomoże mu w tym jedna z największych gwiazd europejskiej siatkówki, Earvin N’Gapeth, wciąż zmagający się z urazem pleców, który wyeliminował go z gry w Memoriale Huberta Jerzego Wagnera.

Czym w tej chwili jest sukces dla reprezentacji Francji?

Laurent Tilie: - Prawda jest taka, że nie myślimy o sukcesie – staramy się lepiej grać, znaleźć ciekawszą technikę i taktykę. Rzeczą, dla której codziennie trenujemy jest nieustanny progres, a sukcesy przychodzą wtedy, kiedy gramy jak najlepiej potrafimy. Jeśli koncentrujemy i skupiamy się wyłącznie na tym, co przed nami, to wszystko się układa.

Trzeba mieć jednak cel, a naszym punktem odniesienia do jego postawienia są medale mistrzostw Europy czy Ligi Światowej, które zdobyliśmy w ciągu dwóch ostatnich lat. Chcemy przywozić jakiś krążek z każdej imprezy, niezależnie od tego, jakiego będzie koloru. Prawdziwym sukcesem będzie dla nas utrzymanie stabilizacji formy i nie spadanie poniżej wyznaczonego poziomu.

Zazwyczaj, kiedy do drużyny przychodzi nowy trener to od razu oczekuje się od niego zwycięstw. Pracę z Francuzami rozpoczął pan w 2012 roku i w pierwszych trzech latach medali nie było. Jak zareagowali na to kibice i federacja? W Polsce ostatni brak awansu do Finał Six spowodował medialną falę, którą trudno było uspokoić. Jak jest u was?

- U nas hołduje się myśli, że zawsze należy być fair, pamiętając o miejscu, w którym się zaczyna. Nie zamyka się oczu na progres i polepszenie sytuacji nawet wtedy, kiedy nie niosą one medali. Według mnie prawdziwy sukces osiąga się wtedy, kiedy poprawia się coraz więcej błędów z każdym rokiem, miesiącem i dniem.

W 2012 roku byliśmy chyba na 29. lub 24. miejscu światowych rankingów - nie mieliśmy zapewnionej kwalifikacji do żadnego turnieju. Sytuacja w drużynie również nie była łatwa – to była jedna wielka kłótnia pomiędzy młodszymi i starszymi zawodnikami. Było wiele goryczy, ponieważ kadra nie zakwalifikowała się na igrzyska olimpijskie w Londynie. Zacząłem więc pytać podopiecznych o ich długofalowy cel. Pierwsze spotkanie, które z nimi odbyłem, odnosiło się do Rio.

Mój kontrakt był ważny tylko przez dwa kolejne lata. Mimo to przyszłościowe myślenie było tym, co chciałem, by moi zawodnicy nauczyli się praktykować. Mówiłem im, że wiem, jak są zawiedzeni tym, że nie grają na igrzyskach olimpijskich, jednak uświadamiałem również, że do niczego to ich nie doprowadzi. Pomagała świadomość, że kiedy cel jest daleko, to łatwiej rozplanować kroki, które mają do niego doprowadzić oraz „mini-cele”, dzięki którym sprawdza się, czy jest się na właściwej drodze.

W tamtym czasie moi zawodnicy mieli zadziwiającą pewność siebie, która mówiła im, że są najlepsi nawet wtedy, kiedy wszystko przegrywali. Musiałem walczyć więc z wieloma rzeczami, jednocześnie uświadamiając im, że jedyną drogą do Rio jest praca.

Powiedział pan o budowaniu relacji w drużynie, ale jak na początkowy brak medali zareagowała federacja i fani?

- Było nam łatwiej, ponieważ nie mieliśmy wielu fanów. Nawet federacja od nas niczego nie wymagała…

Czyli miał być pan po prostu trenerem utrzymującym 29. lokatę w rankingu FIVB?

- Jedyne czego wymagali, to wywalczenie kwalifikacji do mistrzostw kontynentu i świata. W ogóle nie mówiono o medalu.

To bardzo wygodna pozycja do startu.

- Tak, była świetna, ale cały czas zachowywałem świadomość, że ostatecznie muszę coś w tej drużynie zbudować. Teraz fani i federacja wymagają kwalifikacji i podium.

Jak w ciągu trzech lat nie stracił pan wiary w sukces?

- Nie byliśmy przyzwyczajeni do wygrywania. Owszem, czasami zdarzało się, że zwyciężaliśmy, ale później bardzo długo nie następował żaden sukces. Moim celem było utrzymanie naszego poziomu i systematyzacja tego, jak gramy. Kiedy uzyska się stabilność można myśleć o postępie i o tym, by nie wracać już do przeszłości.

W poprzednim sezonie klubowym byłem również trenerem zespołu kobiecego, który znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Mimo to miałem satysfakcję z tego, co stało się z drużyną, ponieważ nie zapomniałem nigdy o poziomie, z którego zaczynaliśmy. Ważna jest świadomość, że zwycięstwo przez cały czas nie jest możliwe. Należy czerpać satysfakcję z samego grania, minimalnych postępów zespołu, atmosfery i tego, że dobrze spędzamy czas, który wspólnie darujemy na korzyść rozwoju całej grupy.

Nie zacietrzewiamy się na tym, by ciągle wygrywać medale – to nie jest nasza mantra.

Cierpliwość kluczem do sukcesu?

- Tak, to absolutna podstawa. Wszystko wymaga czasu – nawet te najbardziej prozaiczne rzeczy, jak sadzenie czegoś w ogródku. To samo dotyczy zawodników.

Ja wiele cierpliwości musiał pan mieć w stosunku do nich?

- Czasami za dużo. Kiedy jest się trenerem należy rozumieć, co oznacza być młodym, co niesie ze sobą wielka osobowość, oraz to, że życie nie zawsze jest fair - tą wiedzą dzielę się z siatkarzami. Każdy szkoleniowiec stara się podchodzić do swoich podopiecznych tak samo, ale życie to uniemożliwia.

Poza tym potrzeba czasu, by zrozumieć, na co stać zawodników, i by się poznać. Należy jasno powiedzieć, że nie ma czegoś takiego, jak perfekcja. Nie da się być idealnym. Życie takie nie jest i kiedy w końcu się to zaakceptuje, to nagle wszystkie emocje spływają, a z ramion ściągany jest olbrzymi ciężar.

Kiedy organizuję trening i grę to wiem, że nie musimy być idealni. Dlatego właśnie opieram moją procedurę szkolenia na tym, by krok po kroku się poprawiać. To nie muszą być olbrzymie skoki jakości, ale drobne korekty. Myślenie o tym, by być idealnym, to nakładanie samemu sobie olbrzymiej presji, która nigdy nie przynosi dobrych owoców. Przez nią gra się gorzej, a ja tego nie chcę.

Pana drużyna jest jednak zbudowana z wielkich osobowości i bądź co bądź gwiazd siatkówki – Rouzier, Toniutti, Grebennikov, N'Gapeth. Łatwo było usadzić jednego z drugim na ławie i wytłumaczyć, że chce pan dać szansę innym?

- To był zdecydowanie nasz największy problem. Współpracę zaczęliśmy od tego, że mieliśmy wiele gwiazd, a ja je uczyłem, że zmiany i rotacje w siatkówce są konieczne, by stworzyć drużynę. Postawiłem sprawę jasno – wszystko robię dla dobra grupy i żaden mój krok nie jest indywidualnie przeciwko któremukolwiek z zawodników. Mogę się mylić, ale takie zasady uważam za słuszne.

Dużą zaletą budowania francuskiej drużyny narodowej było to, że moi podopieczni grali ze sobą od czasu, kiedy mieli może z 15 lat. Już na początku naszej współpracy rozumieli, jakimi obdarzeni są osobowościami. Kiedyś miałem gwiazdy, teraz mam drużynę.

N'Gapeth to największa gwiazda, którą najtrudniej było ujarzmić?

- Tak. On ma przeogromną osobowość – taką, jak ma u was Michał Kubiak. Kiedy przychodzi czas gry, to zmienia się w dziwny sposób i wychodzi z niego boiskowe zwierzę. Mój syn na przykład jest o wiele bardziej cichy, do drużyny wnosi spokój. Toniutti jest podobny, ale przede wszystkim nigdy nie ma z niczym problemu. To, że każda osoba w drużynie jest inna, daje nam bardzo dużo.

By osiągnąć sukces trzeba mieć coś wyjątkowego. Czym jest ten czynnik u was?

- Pewnością siebie i zaufaniem do pozostałych graczy.

Wielu mówi, że to zwycięstwa budują drużynę. A może są to jednak porażki? To one najbardziej pokazują prawdziwy charakter człowieka, który musi zmierzyć się z własną niemocą. Która z przegranych z poprzednich lat najbardziej zbudowała przyszłe sukcesu francuskiej drużyny?

- Mistrzostwa świata zakończone na 4. miejscu. Najpierw w półfinale przegraliśmy 2:3 z Brazylią, by później w walce o brązowy medal w bolesny sposób zostać pokonanym 0:3 z największą niespodzianką imprezy – Niemcami. Użyliśmy tego jako „silnika napędowego”. Mimo to nawet teraz, kiedy to wspominam, wewnątrz czuję bardzo duży ból. To było okropne przeżycie, którego nie zapomnę do końca życia.

Pomogło nam to jednak w osiąganiu kolejnych sukcesów – mistrzostwa Europy, kwalifikacji do imprez... Nie wyszło z Rio – wyjdzie z Tokio.

Ciągle nie możecie zapomnieć o tamtych porażkach.

- Wszyscy o tym pamiętają i mogę nawet powiedzieć, że sumując porażki z Rio, one razem nie były tak bolesne, jak mecze z Brazylią i Niemcami na mistrzostwach świata.

Może przez trzy pierwsze lata wspólnej pracy nic nie wygraliśmy, ale wiem, że na pewno dorastaliśmy jako zespół. Nawet w Memoriale Wagnera staraliśmy się poprawiać, wygrywać mecz po meczu, by lepiej przygotować się do kolejnej walki o medale. Doszliśmy do momentu, w którym nawet jeśli wygrywamy, to mówimy, że jest jeszcze sporo rzeczy, które możemy zrobić lepiej.

Myślenie o waszej drużynie jest inne – teraz oczekuje się od was wyników. Jak to zmieniło pana zespół?

- Dla nas wiele się nie zmieniło, ponieważ ciągle najistotniejsza sama w sobie jest dla nas gra. Chcemy zwyczajnie się nią cieszyć niezależnie od sytuacji.

Jak to się udaje w tak wielkim jej natłoku?

- Poprzez wolność, którą daję moim graczom. Nie wiem, czy zdałoby to egzamin w przypadku każdego zespołu, ale ja osobiście nakładam na moich podopiecznych coraz mniej zasad. To, co istotne, dzieje się na boisku, dlatego też treningi, które wcześniej mamy, sprawiają nam przyjemność. Czasami rzecz jasna potrzebujemy nieco cięższej pracy, ale bardziej niż na szablonach skupiam się na umiejętnościach, pomysłach i intuicji. Nie boję się powiedzieć: „Hej, miałeś dobry pomysł, na który ja nie wpadłem! Zrób to jeszcze raz!”.

A jak bardzo pan się zmienił jako trener?

- Czuję na sobie coraz więcej presji, ponieważ nie znoszę tracić czegokolwiek. Wiem, że moja drużyna jest bardzo dobra, ale nie chcę marnować wcześniej wywalczonych rezultatów czy też czasu na trening. Wiem, że najmądrzejszym, co mogę zrobić w momencie, kiedy zawodnicy są w dobrej kondycji fizycznej, jest skupienie się na ich stronie mentalnej.

Czyli może pan powiedzieć, że pana drużyna jest lepsza niż dwa lata temu?

- W 2015 roku graliśmy świetnie, tak samo, jak w czasie poprzedniej edycji Ligi Światowej. Zobaczymy jednak, jak to będzie podczas mistrzostw Europy.

Łatwiej się zdobywa niż broni, ale co daje większą satysfakcję?

- Nie wiem, co finalnie da, ponieważ czujemy o wiele większą presję. Staram się ją jednak przenieść na nasz styl gry. Jeśli uda nam się zagrać o medal, to będę zadowolony. W Europie mamy Francję, Polskę, Bułgarię, Rosję, Serbię, co powoduje, że zawody na Starym Kontynencie są bardzo trudne do oceny w perspektywie siatkówki globalnej. Będzie ciężko, ale postaramy się o podium.