Sport.pl

Liga Mistrzów siatkarzy. Zaksa - Lube. Sebastian Świderski: Najlepsi przyjaciele stają się wrogami

- Teraz jesteśmy jak wszyscy w PlusLidze grający przeciwko nam przez cały sezon. My tylko możemy, nie musimy - mówi Sebastian Świderski przed Final Four Ligi Mistrzów. W sobotnim półfinale Zaksa Kędzierzyn-Koźle, której prezesem jest Świderski, zmierzy się z jego byłym klubem, Lube Civitanova. Relacja na żywo w Sport.pl o godz. 15
Ferdinando De Giorgi i Sebastian Świderski Ferdinando De Giorgi i Sebastian Świderski GRZEGORZ SKOWRONEK

Łukasz Jachimiak: Przez ponad 20 lat kariery grał Pan w czterech klubach. Dwa z nich spotkają się teraz w półfinale Ligi Mistrzów w Kazaniu. Dla Pana to chyba musi być sentymentalny turniej?

Sebastian Świderski: Wspomnienia wspomnieniami, znajomi znajomymi, ale sport nauczył mnie, że w momencie pierwszego gwizdka nawet najlepsi przyjaciele stają wrogami. Przyjaźnić się możemy przed meczem i po nim.

W Lube ma Pan jeszcze wielu przyjaciół?

- Jest tam jeszcze parę osób, z którymi miałem przyjemność współpracować. Oczywiście z grających nie ma już nikogo [Świderski występował w tym klubie w latach 2007-2010], ale jest ten sam kierownik drużyny, jest ten sam lekarz, jest fizjoterapeuta, który wtedy był na stażu i się na nas douczał zawodu. Będzie z kim fajnie powspominać.

Maceratę wspomina Pan w szczególny sposób?

- Najwięcej siatkarskiego życia spędziłem w Zaksie. I to licząc tylko karierę zawodniczą, nie uwzględniając bycia tu w roli trenera i teraz prezesa. Z tych czterech klubów, w których grałem, najkrócej byłem w Lube. Drugie miejsce zajmuje Stilon Gorzów Wielkopolski, trzecie - Perugia.

Kibicom kojarzy się Pan głównie z Zaksą i Lube. To dlatego, że tam odnosił Pan największe sukcesy?

- Na pewno dlatego. Lube zawsze walczy o najwyższe cele. Perugia była na dorobku, kiedy tam grałem, dopiero ostatnio cieszyła się z mistrzostwa Włoch, pokonując w finale Lube.

Jak będzie wyglądał półfinał przegranych? Bo przecież Wy też dopiero co przegraliście finał krajowych mistrzostw, ze Skrą Bełchatów.

- To musi być mecz sportowej złości. Zobaczymy, kto ma jej więcej. Jednym i drugim został ostatni cel w sezonie. My na pewno nie odpuścimy, będziemy się bić o finał Ligi Mistrzów, bo to by był dla nas duży sukces.

Sebastian Świderski Sebastian Świderski MICHAŁ GROCHOLSKI

Musi być w Was dużo złości, skoro w sezonie zasadniczym PlusLigi eksperci nie stawiali pytania czy ktokolwiek może Zaksę zatrzymać w drodze po złoto, ale czy znajdzie się ktoś, kto Was zmusi do dużego wysiłku, a Wy jednak nie wygraliście rozgrywek, w których mieliście passę 17 zwycięstw z rzędu. Jak to możliwe? Skra nagle stała się taka dobra, czy Was dopadła zadyszka?

- I jedno, i drugie. Na pewno mieliśmy problem z koncentracją. Na trzy kolejki przed końcem sezonu zasadniczego zapewniliśmy sobie pierwsze miejsce. I od tego momentu graliśmy o pietruszkę, przez miesiąc nie walczyliśmy o coś realnego, nie graliśmy pod presją. To miało na nas wpływ. Jeszcze w półfinałowych meczach z Olsztynem, które też były na styku, znajdował się ktoś, kto pociągnął zespół do zwycięstwa. Ale w meczach finałowych już nie mieliśmy lidera, nie było nikogo, kto kończyłby trudne piłki w newralgicznych momentach. Przecież w każdym secie prowadziliśmy do połowy, a w końcu przeciwnik nas dopadał. W Kędzierzynie wszedł na zagrywkę Ebadipour i zrobił różnicę, bo straciliśmy pięć punktów w jednym ustawieniu i z 12:8 zrobiło się 12:13. To nam podcięło skrzydła. W Bełchatowie było podobnie. U nas nie było nikogo, kto w takim trudnym momencie wziąłby na siebie odpowiedzialność, kto skończyłby jakąś piłkę na przełamanie. Zobaczymy czy ktoś taki znajdzie się w Kazaniu.

Grę w Kazaniu zapewniliście sobie rozbijając w decydującym meczu Friedrichshafen. Vital Heynen prowadzący Niemców mówił po tamtym meczu, że jeśli utrzymacie poziom, to będziecie w stanie sprawić wielką niespodziankę. Ale wtedy jeszcze mieliście lidera, bo Maurice Torres miał rewelacyjną, 74-procentową skuteczność w ataku. On jest w stanie znów zagrać na takim poziomie, czy jest już zmęczony, a do tego dobrze rozpisany przez rywali?

- Wszystko zależy od tego, jak mentalnie Maurice podejdzie do sprawy. To że umiejętności ma, wszyscy wiemy, już się o tym przekonaliśmy. Ale w meczach o dużą stawkę brakuje mu ogrania na najwyższym poziomie. Mecze finałowe PlusLigi to pokazały. Na szczęście w Kazaniu może być mu łatwiej, bo my tam nie wystąpimy w roli faworyta, dzięki czemu możemy grać dużo luźniej, spokojniej. My tylko możemy, nie musimy. Teraz jesteśmy jak wszyscy w PlusLidze grający przeciwko nam przez cały sezon. Mam nadzieję, że Maurice wyluzuje, że wyjdzie na parkiet bez negatywnych emocji i zagra najlepiej jak umie.

My wierzymy w Torresa, ale Lube ma Juantorenę. Czy to drugi najlepszy siatkarz świata, po Wilfredo Leonie?

- Możliwe. Od wielu lat gra na najwyższym poziomie, udowadnia to w każdej drużynie i na każdym podwórku. Na pewno przegrany ostatni mecz z Perugią o mistrzostwo Włoch on najmocniej przeżył, bo nie przywykł do przegrywania najważniejszych spotkań. W Opolu podczas klubowym MŚ w pewnym momencie wziął ciężar gry na siebie i praktycznie w pojedynkę rywalizował z nami [Zaksa przegrała 2:3].

Perugia wskazała Wam jakieś słabe strony Lube?

- Niestety, trzeba ich złamać. Niestety, bo to nie jest proste. Ale tak jak my, oni popełniają proste błędy. Tak jak my ze Skrą, walczyli z Perugią do pewnego momentu, ale w jednym ustawieniu też potrafili stracić kilka punktów z rzędu i nawet Juantorena mylił się i w przyjęciu, i w ataku. Żeby ich do czegoś takiego doprowadzić, to trzeba grać na bardzo wysokim, równym poziomie. Przez wszystkie sety, przez cały mecz. Bo chwila nieuwagi, rozluźnienia może spowodować, że rywal poczuje krew, dostanie drugie życie i będzie w stanie odwrócić mecz.

Na papierze Zaksa wygląda dużo gorzej od Lube? Macie jakąś pozycję mocniejszą od Włochów?

- Na pewno można porównać środki. "Wiśnia" i "Bieniu" jeżeli chodzi o atak, o zagrywkę, mogą spokojnie rywalizować, a może nawet są lepsi od przeciwników. Stanković to oczywiście bardzo doświadczony zawodnik, kapitan tego zespołu. Ale my tu mamy swoje atuty.

Idźmy dalej.

- Libero bym nie porównywał, bo Jenia Grebennikov to chyba najlepszy libero na świecie jeżeli chodzi i o obronę, i o przyjęcie. Rozgrywający [Benjamin Toniutti w Zaksie i Micah Christenson w Lube] na pewno są porównywalni, atakujący też, w zależności od dnia.

Na pewno?

- Cwetan Sokołow też miał słabe dni, też bardzo źle się w trakcie sezonu prezentował. Nie można powiedzieć, że jest duża przewaga po jego stronie.

A jak duża jest przewaga przyjęcia po stronie Włochów?

- Ono na pewno będzie najważniejsze. Wielkie zadanie mają do wykonania nasi przyjmujący, bo jeżeli piłka będzie w miarę blisko siatki, to Toniutti może zrobić różnicę w rozegraniu do środkowych albo dawać szybkie piłki do skrzydeł.

Gdybyście w Kazaniu zdobyli srebro, to o niedosycie pewnie nie byłoby mowy? Bo chyba nie bez powodu wszyscy rezerwują złoto dla Zenitu?

- Faktycznie z urzędu im się to złoto przyznaje. A należy pamiętać, że czasem bardzo ciężko się gra z takim obciążeniem przed własną publicznością. Zenitowi może nie być łatwo, ale oczywiście to jest najlepszy zespół na świecie. Udowodnili to podczas klubowych MŚ, udowodnili w trakcie ligi rosyjskiej, udowadniają od kilku lat. Tyle że kiedyś w końcu przegrają, a wszyscy wychodzący na Zenit nie mają nic do stracenia.