Sport.pl

Siatkówka. Stéphane Antiga: Nie byłem wykwalifikowanym trenerem. Myślałem o tym, czy nie zrujnuję kariery na starcie

- Miałem 38 lat i przed sobą możliwość zagrania jeszcze jednego sezonu w Skrze. Kochałem trenować, więc podstawowym problemem była dla mnie niepewność, czy równie mocno polubię bycie szkoleniowcem - mówi w rozmowie ze Sport.pl były selekcjoner polskiej kadry, Stéphane Antiga.
Onico Warszawa - Jastrzębski Węgiel Onico Warszawa - Jastrzębski Węgiel FOT. KUBA ATYS

Stéphane Antiga to były siatkarz reprezentacji Francji, z którą zdobył brązowy medal mistrzostw świata 2002 w Argentynie oraz srebrne krążki mistrzostw Europy 2003, 2009 oraz Ligi Światowej 2006. Grał nad Wisłą, będąc jedną z pierwszych zagranicznych gwiazd siatkówki, która zawitała do Polski. Ze Skrą zdobywał mistrzostwa kraju, stawał na podium Ligi Mistrzów, wygrywał Puchar Polski oraz srebro Klubowych Mistrzostw Świata.

Zaraz po zakończeniu kariery zawodniczej przyjął posadę selekcjonera biało-czerwonych, a jego asystentem został doświadczony Philippe Blain. W 2014 roku doprowadził polską kadrę do historycznego sukcesu - złotego medalu mistrzostw świata. Po igrzyskach olimpijskich w Rio Polski Związek Piłki Siatkowej nie zdecydował się na kontynuowanie współpracy ze szkoleniowcem.

Francuz prowadzi obecnie kadrę Kanady oraz ONICO Warszawę, z którą znajduje się w czołówce PlusLigi.

Zdaje pan sobie sprawę, że w Polsce jest jednym z najbardziej lubianych trenerów od ostatnich 4 lat? Mówię o kibicach.

Stéphane Antiga: - Ludzie w Polsce są dla mnie bardzo mili. Przyznam jednak, że nie czytam zbyt wielu artykułów, które są komentowane przez kibiców. Jeśli już to robię, to tylko po to, by lepiej przyswoić sobie wasz język. Jakiś czas temu miałem do tego jeszcze bardziej restrykcyjny stosunek - nigdy nie sięgałem po teksty, które dotyczyły reprezentacji narodowej, ponieważ nie chciałem, żeby w jakikolwiek sposób wpływały na moje pomysły.

Jest to o tyle znaczące, że bardzo często można natknąć się na komentarze: "gdyby PZPS zostawił Antigę, to polska kadra byłaby w zupełnie innym miejscu". W czasie robienie researchu natknęłam się nawet artykuły porównujące pana do Vincenta Cassela i Huberta Jerzego Wagnera. Ciężkie to brzemię.

- Nie wiedziałem o tym, choć dobrze jest być porównywanym do Vincenta Cassela - nie sądziłem, że w Polsce również jest popularny. Tak poważnie mówiąc, to wszystko jest miłe, ale nie najważniejsze. Zawsze dobrze jest mieć pozytywny wizerunek, ale nie pracuję nad tym, by go osiągnąć. Nie zmienia to faktu, że staram się znaleźć czas dla mediów i fanów, ponieważ wiem, że to istotna część budowania siatkówki.

Onico Warszawa - Czarni Radom 3:1 Onico Warszawa - Czarni Radom 3:1 FOT. KUBA ATYS

Rozmawiamy teraz o pewnych ramach statusu gwiazdy, a w czasach, kiedy zaczynał pan przygodę z siatkówką w pana kraju był to sport, który do tego miana nie nobilitował. Wspomniał pan kiedyś, że omawiana przez nas dyscyplina była dwudziestą w kontekście popularności. Więcej fanów miało nawet taekwondo.

- Dokładnie tak było. Przez ostatnie złote medale podopiecznych Laurenta Tillie we Francji wiele się zmieniło, ale siatkówka nadal nie jest dostrzegana przez media mainstreamowe.

Przed wywiadem przeszukiwałam francuskie media, by znaleźć wywiady z panem, a nie było w nich prawie nic.

- Tak to wygląda. Wydaje mi się, że tylko raz do roku udzielam regularnego wywiadu we francuskich mediach. Nawet szukając w dwóch głównych portalach dotyczących sportu - Eurosporcie i L'Equipe - siatkówka znajdzie się w nich za piłką nożną, rugby, tenisem, sportami zimowymi i kilkoma innymi.

Można by na to narzekać, ale z drugiej strony ta tendencja powoduje, że kraje takie jak Polska są niezwykle popularne w kontekście siatkówki. Tu sportem się żyje i dla reprezentantów innych nacji czystą przyjemnością jest patrzenie na to, jaką radość daje wam uprawiana przez nas dyscyplina.

Pana kariera to łut szczęścia. Chciał pan wygrać Roland Garros, a w wieku 18 lat zdecydował o obraniu zawodu nauczyciela wychowania fizycznego, siatkówkę dobierając z przypadku.

- Kocham siatkówkę, ale uwielbiam też tenis, w szczególności Rogera Federera. Potrafię zarywać noce, by oglądać jego mecze i nie zliczę, ile razy na żywo widziałem turnieje z jego udziałem. Miałem nawet okazję poznać go osobiście.

Zajmowałem się tenisem przez 10 lat, ale w pewnym momencie zobaczyłem, że moje umiejętności nie rosną tak szybko, jak powinny. Widząc, że nie wszystko idzie po mojej myśli, zdecydowałem się dokonać zmiany i była ona zdecydowanie największą roszadą w mojej karierze. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak będę się przez to czuł. Rezygnacja z czegoś, co tak bardzo się kocha, by spróbować nieznanego, otwiera oczy na własną słabość.

Mimo 18 lat na karku postępy w siatkówce robiłem dość szybko, podobało mi się to, że osiągane przeze mnie wyniki są coraz lepsze i zająłem się tą dyscypliną profesjonalnie. Kiedy zakończyłem karierę doszedłem do wniosku, że nie zostawię czynnego uprawiania sportu. Obecnie gram w piłkę nożną, squasha, jeżdżę na longboardzie, snowboardzie i nurkuję. Odkryłem, że sprawia mi to ogromną przyjemność i do tego samego przekonuję moich graczy. Chcę, by każdy z nich wykorzystywał czas na to, by uczyć się od podstaw czegoś nowego, i by czerpał inspirację z różnych źródeł.

Rozwój jest dla mnie niezwykle ważny - szczególnie w dziedzinach, na których się nie znam. Jakiś czas temu włączyłem się w inicjatywę "French Touch", która miała na celu organizację eventów promujących francuską kulturę w Polsce. Było to dla mnie kompletnie nowe przeżycie, ponieważ nigdy czymś takim się nie zajmowałem. Musiałem nauczyć się wielu nowych rzeczy choćby w kontaktach biznesowych, ale cieszyła mnie możliwość poznawania tych mechanizmów od podstaw.  Wiem, że dla wielu osób zmiany są trudne do wprowadzenia, bo każdy ma swoje granice, jednak czasami warto poznać coś nowego i nie należy się tego obawiać.

A miał pan swoje granice, które wydaje mi się, że trudno było przekroczyć. W Paryżu spędził pan aż 9 lat, wygrywając wiele - nawet złoty medal Ligi Mistrzów.

- To był bardzo ważny okres w mojej karierze, ponieważ właśnie wtedy dorosłem jako zawodnik. Przeszedłem tam wszystko - grałem jako środkowy, atakujący i przyjmujący, poznałem trenerów, dzięki którym bardzo się zmieniłem, a wszystko to działo się w niezwykłej scenerii Paryża. Żyłem  razem z moją rodziną, przyjaciółmi - wszystko tam było "moje".

Najważniejszym okresem były dla mnie lata spędzone z Glennem Hoagiem [pracował w Paris Volley od 1999 roku - przyp.red.]. To jest niezwykły, choć może nie tak popularny szkoleniowiec. W Paryżu wykonał niesamowitą pracę i dzięki niemu staliśmy się solidnymi zawodnikami. To było imponujące zważywszy na warunki, w których graliśmy. Nie mieliśmy szkoleniowca od przygotowania fizycznego, zespoły liczyły 10-11 graczy, a bywało i tak, że przez sezon dysponowaliśmy tylko jednym rozgrywającym.

Liga francuska była wtedy profesjonalna, ale zarobki pozwalały nam jedynie na zaspokojenie bieżących potrzeb - nie było mowy o oszczędzaniu. Mimo wszystko byłem bardzo wdzięczny za otrzymaną szansę i nie miałem wielkich oczekiwań finansowych - po prostu chciałem grać i wygrywać.

Niewiele wiadomo o tym czasie pana kariery, jednak znalazłam coś, co mnie zaciekawiło. Ponoć raz do roku zabierał pan Glenna Hoaga do galerii win, gdzie próbował go pan nauczyć rozróżniania gatunków alkoholu przy tradycyjnym foie gras. To prawda?

- Tak! Wszystko zaczęło się od tego, że w naszej drużynie było dwóch kanadyjskich szkoleniowców, 2-3 zawodników z Kraju Klonowego Liścia, a także reprezentanci Czech. Wszyscy razem starali się zarazić nas swoją pasją do hokeja, który jest jednym z najważniejszych sportów dla ich nacji. Jako rodowity Francuz poczułem się w obowiązku pokazać im naszą kulturę.

Na spacerach po Paryżu się nie skończyło. Zabrałem ich do salonu win, w którym znajdowało się prawie 1000 tradycyjnych rodzajów tego alkoholu. Dla osób, które nie mają doświadczenia w tych sprawach, każdy z nich smakował tak samo - dopiero po kilku butelkach czuć było różnicę. Pamiętam, że w czasie degustacji jeden z czeskich zawodników dolał Sprite'a do trunku...

To musiało złamać panu serce.

- Francuska część naszej drużyny patrzyła i nie mogła w to uwierzyć. Toż to był prawie grzech! W końcu jednak wszyscy nauczyli się rozróżniać smaki i taka forma spędzania czasu przypadła każdemu do gustu. Co zabawne, któregoś razu w moim ostatnim roku trenowania z Glennem Hoagiem otrzymałem tygodniowy plan pracy drużyny. Wszystko było ładnie rozpisane - poniedziałek rano trening, później siłownia, wtorek - odwiedzenie wystawy win... Stało się to już naszym oficjalnym i obowiązkowym punktem współpracy!

Ponoć wychodziliście z każdej z wystaw z trzema skrzynkami win.

- Tak, później zanosiliśmy je do domu, bo dostawa na życzenie nie była w tych czasach tak popularna. Mieliśmy specjalne wózki, którymi łatwiej było nam to wszystko przewieźć. Któregoś razu światło na przejściu dla pieszych zrobiło się zielone i kiedy ruszyliśmy, wszystkie skrzynki jakimś cudem upadły na ziemię.

Mimo to byłem szczęśliwy, że obcokrajowcy polubili naszą kulturę i zaczęli się nią cieszyć. To było dobre lata - staliśmy się praktycznie jedną rodziną, a zwycięstwa jeszcze bardziej nas scalały. Pokazałem moim kolegom Saint Germain i Saint Michel. Lubiliśmy również odwiedzać Montmartre, które mimo oblężenia turystów, było dobrym miejscem do zjedzenia kolacji.

Pamiętam, że po Paryżu bardzo rzadko poruszałem się samochodem, ponieważ korki były ogromne - bardziej preferowałem kickboard. Było to rozwiązanie tańsze, szybsze i nieco bardziej ryzykowne.

W pana karierze szybko pojawiła się kadra. Mimo że największe jej sukcesy przypadły na pana siatkarską emeryturę, to dwa srebra mistrzostw Europy czy brąz mistrzostw świata wystarczyły, by zaspokoić głód medali? Brak złotych krążków szybko pan sobie odbił jako trener.

- Dla każdego sportowca brak medali igrzysk olimpijskich pozostaje na liście niespełnionych nadziei, ale mimo wszystko nie mogłem narzekać. Jestem bardzo zadowolony ze swojej kariery.

Nie zmienia to faktu, że złoto zdobyte z polską kadrą było dla mnie niezwykłym przeżyciem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że emocje, które czuje trener mogą być porównywalne do tych, które ma się jako zawodnik. Wydawało mi się, że jako gracz wszystko odczuwa się dwa razy bardziej, a okazało się to nieprawdą. Co ciekawe, miałem obawy czy jako Francuz zajmujący się Polakami będę w stanie przeżywać to wszystko podobnie do czasu, w którym sam byłem siatkarzem. Teraz nie mam już takich wątpliwości.

Może to przez fakt, że francuska reprezentacja nie była tak złota jak teraz, ale bardzo często jedyną rzeczą, którą wspomina się w kontekście tamtego czasu w pana karierze jest napięta sytuacja z Earvinem N'Gapethem [młodszy z przyjmujących miał problem z tym, że Stephane Antiga zastąpił go w kadrze i oskarżał ówczesnego trenera Francuzów, Philippe'a Blain, o faworyzowanie starych gwiazd. Został wyrzucony z zespołu - przyp. red.]. Nie chcę pytać znów o to samo, ale bardziej o to, jak irytuje to, że ludzie pamiętają głównie o tamtym konflikcie?

- Problem został rozwiązany wiele lat temu, a media po prostu szukają sensacji. Kiedy los sprawia, że można zacząć mówić o konflikcie pomiędzy dwoma znanymi sportowcami, to dla dziennikarzy często jest to gratka. W moim przypadku nie jest to jedyna personalna "afera", która ciekawiła. Odpowiedź zawsze jest jedna - "nie skomentuję tego". Niezależnie od tego, ile razy by padła,  zawsze znajdzie się ktoś, kto ponownie o to zapyta.

Mariusz Wlazły ma tak z pytaniem o powrót do polskiej kadry.

- Można to do siebie porównać.

Żeby nieco zmienić ten trend zapytam o coś innego. W Polsce mówiło się, że jednym z największych żartownisiów w kadrze był Michał Winiarski. Słyszałam, że momentami pan był jego odpowiednikiem w reprezentacji Francji. Ponoć razem z Oliverem Kiefferem wysmarowaliście kiedyś całą windę czekoladą. To prawda?

- Wow, nie wiem skąd pani o tym wie, ale ja chyba właśnie straciłem pamięć! To był bardzo głupi żart, o którym nie wypada mi wspominać w momencie, kiedy jestem trenerem, z którego zawodnicy powinni brać przykład. Naprawdę nie jestem dumny, że razem z Oliverem wysmarowaliśmy czekoladą windę hotelu.

To jednak ma podłoże dydaktyczne - spotkała was za to kara.

- Tak. Rzucanie w kogoś czekoladą wydawało nam się zabawne, lecz później musieliśmy zablokować windę, by móc ją wyczyścić, ha ha.

Miał pan 27 lat, kiedy po raz pierwszy znalazł się w zagranicznym klubie. Były to Włochy, a konkretnie ówczesne Bre Banca Lannutti Cuneo. Nie miał pan poczucia, że to zbyt późno, by "europejska" kariera rozkwitła?

- Nie patrzyłem na to w ten sposób. W końcu byłem gotowy na wyjazd i zdawałem sobie sprawę z tego, że to, co mieliśmy w Paryżu powoli się kończyło - zawodnicy, z którymi grałem byli coraz starsi, trenerzy się zmieniali, a europejska siatkówka jeszcze bardziej otwierała się na nowych zawodników. Opuszczenie Francji był moim celem. Nie wiedziałem, dokąd się udam i jedynie z opowieści kilku kolegów z kadry znałem rynek w Italii. Podobało im się, więc podpisałem kontrakt w Cuneo.

Co ciekawe, by trenować pod opieką Ferdinando De Giorgiego.

- Dokładnie. Paradoksem było to, że miałem uczyć się od Fefe, który de facto mnie zatrudniał, ale klub się z nim rozstał. Na jego miejsce zatrudniono... Andreę Anastasiego.

Kolejnym paradoksem było to, że pana następny krok to cztery lata w CV Portol - klubie z hiszpańskiej Majorki. I musiał pan kibicować Rafaelowi Nadalowi.

- Tak, tak, to był jedyny taki moment w karierze, ha ha!

Zanim znalazł się pan w Skrze miał pan ponoć ofertę z Rosji. Dlaczego wybrał pan Polskę, która wtedy dla większości siatkarzy czy trenerów była wyborem ryzykownym? W Rosji pieniądze były wysokie i pewne.

- Cieszę się, że podpisałem kontrakt w Skrze, jednak finansowa propozycja z Rosji była bardzo atrakcyjna. Mimo to poziom drużyny, trenera, ligi, zespołu, a także życia w kraju i widoki na aklimatyzację mojej rodziny były lepsze w Polsce. Miałem już wtedy syna, moja żona była w drugiej ciąży, a po czterech latach spędzonych w Hiszpanii potrzebowałem mądrej zmiany.

To był jednak dla mnie olbrzymi kontrast. Przyjechałem do waszego kraju na przełomie września i października. Nie sprawdziłem pogody, ale byłem przekonany, że w tym czasie w Polsce jest bardzo zimno. Dodatkowo opatuliłem się w grube, ciężkie rzeczy, ponieważ obowiązywał mnie limit bagażu, który wynosił 2 razy 32 kg, a chciałem oszczędzić miejsce. Współpasażerowie w krótkich spodenkach patrzyli na mnie jak na wariata. Po lądowaniu zorientowałem się dlaczego - na zewnątrz było 30 stopni.

Nadal ma pan problem z powiedzeniem słowa "surówka"?

- Surówka [trener powiedział to perfekcyjną polszczyzną - przyp. red.]. Wiem, o co pani chodzi. Było to słowo-klucz, przez które w dużej mierze przez pierwsze lata byłem zniechęcony do nauki języka polskiego. Kupiłem kursy, książki, słowniki, ale nawet kiedy nauczyłem się danego słowa, to nie potrafiłem go wymówić i nikt mnie nie rozumiał. Byłem sfrustrowany, moje ucho nie było gotowe na przyswojenie polskiej wymowy, więc dałem sobie spokój.

Gdy bycie nauczycielem zmieniło się na stanie się trenerem, wyobrażał pan sobie choć przez chwilę, że pierwsze wyzwanie będzie tak ogromne - przejęcie jednego z najlepszych zespołów Europy w kluczowym momencie? Jak szalenie brzmiał dla pana ten pomysł?

- Paradoksalnie przez długi czas kariery zawodniczej nie chciałem być trenerem.

Dlaczego?

- Sam nie wiem. Bardziej logiczna wydawała mi się roszada dyscyplin. Zbudowałem jednak bardzo silną wieź z Glennem Hoagiem i Philippe'm Blain i to oni tłumaczyli mi wiele rzeczy, na które do tej pory nie zwracałem uwagi. To tak naprawdę moi szkoleniowcy już podczas kariery zawodniczej budowali we mnie przyszłego trenera. Poza nimi uczyli mnie inni bardzo dobrzy w swoim fachu - Anastasi, Mendez, Castellani. Przekazali mi swoje warsztaty, z których zacząłem tworzyć własny.

Dużo dał mi również Miguel Falasca, który rozpoczynał przygodę trenerską, kiedy ja byłem u schyłku kariery zawodniczej. Obserwowałem przejście, którego dokonał, wiedząc, że wielu widzi we mnie przyszłego szkoleniowca.

Pojawił się moment przed mistrzostwami, kiedy pomyślał pan, że to było szaleństwo i zdecydowanie za wiele jak na etap, w którym się pan znajdował?

- Kiedy PZPS wyraził zainteresowanie moją osobą zacząłem się zastanawiać, czemu ma to służyć. Podczas rozmowy zauważyłem, że moje pomysły przekonują władze federacji, jednak kontraktu nie podpisałem od razu. Byłem bardzo niepewny i myślałem o tym, czy w pierwszym roku pracy jako trener nie zrujnuję swojej kariery.

Gdyby nie wyszło, bardzo łatwo znaleziono by winnego.

- Właśnie. Poza tym zdawałem sobie sprawę, że w Polsce dobry wynik znaczy wiele. Wiedziałem, że kibice uwielbiają siatkówkę, że kochają przychodzić na mecze i zwyczajnie nie chciałem ich zawieść. Poza tym miałem 38 lat i przed sobą możliwość zagrania jeszcze jednego sezonu w Skrze - dobrym zespole, który mógł wygrać ligę i nieźle zaprezentować się w europejskich pucharach. Kochałem trenować, to była moja pasja, więc podstawowym problemem była dla mnie niepewność, czy równie mocno polubię bycie szkoleniowcem. W dodatku każdy z kolegów-trenerów mówił mi, że gdyby mieli możliwość grania jeszcze rok, dwa, to wykorzystaliby ten czas do maksimum.

Co w końcu przekonało?

- To, że znałem większość graczy - zaczynając od początku jednocześnie nie zaczynałem od zera. Uznałem, że skoro mogę wygrać medal na mistrzostwach świata, to spróbuję.

Zastanawiało pana, dlaczego na stanowisku pierwszego trenera nie zatrudniono Philippe'a Blain?

- Było to dla mnie bardzo dziwne. Nie wiem, dlaczego tak zrobiono - nie byłem wykwalifikowanym trenerem. Mimo wszystko to ja decydowałem o powołaniach i ja brałem za to całkowitą odpowiedzialność. Philippe bardzo mnie wspierał i wiele się od niego uczyłem, ale sam musiałem zmierzyć się z kontrowersyjnymi wyborami. Wydaje mi się, że nie postawiono wtedy na niego, ponieważ po pięknej przygodzie z kadrą Francji, w której zdobył wyjątkowe 4 medale, przez ostatnie dwa lata wiodło mu się nieco gorzej. Jest to całkowicie normalne w karierze trenerskiej - każdy ma wzloty i upadki. Chyba tylko Bernardo Rezende miał za sobą złoto-srebrną passę przez 16 lat, nikt więcej.

Pierwsze "Panie Trenerze" od Karola Kłosa w wiadomości SMS bawiło czy było niewielkim szokiem?

- Na początku myślałem, że to żart. Po ogłoszeniu nominacji ciągle grałem w klubie, więc nie zakładałem, że cokolwiek się zmieni. Było jednak troszeczkę inaczej. Kiedy któryś z polskich kolegów tak do mnie powiedział, groziłem, że go nie powołam, ha ha!

O samej sytuacji z Bartoszem Kurkiem rozmawiać nie będziemy [Stephane Antiga zrezygnował z jego usług tuż przed MŚ 2014 z powodu jego słabszej formy - przyp. red.]. Interesuje mnie bardziej to, jak czuł się pan z dwiema bardzo trudnymi decyzjami w krótkim czasie. Pierwszą z nich było zajęcie się polską kadrą w momencie, gdy rozgrywała mistrzostwa w swoim kraju, a drugim - odsunięcie zawodnika, który był traktowany jako "złote dziecko" siatkówki.

- To była jedna z najtrudniejszych decyzji, ale w tamtym czasie była słuszna. To, co powiedziałem w kontekście trenerów o wzlotach i upadkach dotyczy również zawodników. Na graczy wpływa wiele czynników, szczególnie gdy zmieniają ligi, w których grają. Niewiele osób o tym myśli, ale za każdym razem muszą adaptować się do nowych warunków - drużyny, trenera, rozgrywającego, leków, środowiska, miejsca, hali... Sam najlepiej się o tym przekonałem, kiedy przeniosłem się z Paryża do Włoch. To była rewolucja!

W tamtym roku Bartek nie był aż tak skuteczny, jak wcześniej. Mimo wszystko znajdował się w moim planie, a jego obecność w kadrze była dla mnie ważna. Myślałem, że mam do dyspozycji Kurka, Kubiaka, Winiarskiego. Skończyło się na tym, że Michał miał problem z ręką, Winiar był w średniej dyspozycji, a z Bartkiem było to samo. Mateusz Mika i Rafał Buszek radzili sobie coraz lepiej, więc musiałem zmienić moje założenia.

Gdy zaczynałem pracę z Polakami zastanawiałem się, jakim stanę się trenerem. Uznałem, że będę sobą i się nie zmienię. Rozstanie z Bartkiem było bardzo trudne, ponieważ lubiliśmy się prywatnie. Bardzo cieszyłem się, kiedy wyraził gotowość na powrót do kadry, zmieniając pozycję. Ludzie o tym zapomnieli, skupiając się wyłącznie na sytuacji z 2014 roku.

Wspominam o tej sytuacji, ponieważ argument, że był pan trenerem-kolegą, który nie potrafił zapanować nad zespołem pojawiał się jednocześnie jako uzasadnienie zatrudnienia Ferdinando De Giorgiego znanego z wprowadzania twardych zasad. Przypadek Bartosza Kurka udowodnił, że stawiał pan granice.

- Wierzę, że tworzenie wielkiego dystansu pomiędzy trenerem i zawodnikami nie zawsze jest konieczne. Należy pokazać system, przedstawić zasady, taktykę i egzekwować ich szanowanie. Zważywszy na to, w jakich warunkach graliśmy turniej w Japonii i jaki był termin zakończenia ligi, w mojej opinii nie wydarzyła się tragedia. Brak sukcesu nie wynikał z mojej złośliwości - chciałem medalu w Rio tak samo jak zawodnicy, kibice i PZPS.

Po rozstaniu z polską kadrą bardzo dużo myślałem o tym, czy powinienem się zmienić, i czy popełniłem błąd w nastawieniu. Patrzyłem na innych trenerów, myśląc o tym, jakim szkoleniowcem być dla Kanadyjczyków. Uznałem, że się nie zmienię, bo nie ma jednej słusznej metody prowadzenia zespołu. Jeśli by istniała, każdy wygrywałby medal.

Pana niezmienność było widać również w nastawieniu. Bałaganu w windzie pan nie robił, ale  ponoć w czasie MŚ 2014 ustawił pan dla żartu krzesła przed pokojem, w którym pracowaliście. Kto pierwszy chciał do niego wejść, na tego wieża miała się przewrócić. Drzwi otworzyła pani sprzątająca.

- W tamtym czasie pracowaliśmy bardzo ciężko. Spędzaliśmy całe dnie na oglądaniu video, ustalaniu taktyki, więc uznałem, że odrobina humoru nie zaszkodzi. Ustawiłem "katedrę" z krzeseł i w sumie miało to być zabawne, ale mogło się skończyć dramatycznie. Całe szczęście tak się nie stało.

Chyba się panu zrewanżowano. Ponoć przy śniadaniu ktoś z drużyny posolił panu kawę, kiedy poszedł pan po croissanta. Napiwszy się jej powiedział pan, że rogalik był tego dnia niesmaczny.

- To był żart jednego z członków sztabu szkoleniowego, ale nie jedyny w tym stylu. Powtarzam to zawsze - nie można mieć dobrej atmosfery w zespole, jeśli nie ma się choć odrobiny czasu na humor. To cementuje zespół. Dlatego właśnie pozwalam moim zawodnikom na odrobinę fantazji w grze, jeśli tylko radzą sobie dobrze i są skuteczni.

Złoty medal w mistrzostwach świata był wielką zmianą. Słyszałam, że po jego zdobyciu musiał pan zakładać czapkę, by móc w spokoju robić zakupy.

- Wiedziałem, że zrobiliśmy coś wielkiego, ale nie spodziewałem się, że ludzie aż tak na to zareagują. Byłem bardzo wdzięczny i niezwykle cieszyło mnie to, że wszyscy byli dla mnie tacy mili, ale czasami każdy ma ochotę gdzieś pójść i skoncentrować się wyłącznie na rodzinie. Moje dzieci podpowiadały mi, że powinienem nosić czapki, kapelusze, by być troszeczkę bardziej anonimowym.

Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co się dzieje w takich przypadkach, kiedy się przegrywa. Nie zmienia to faktu, że to nie był tylko sukces polskich zawodników, ale całej nacji i dlatego wszyscy tak bardzo się z tego cieszyli.

Było łatwo uwierzyć, że skoro sukces przytrafił się przy pierwszej możliwości, to jest się wyjątkowym trenerem?

- Każdy sukces kryje ryzyko. Jest nim to, że po medalu można stracić motywację do dalszej pracy, mając w pamięci tytuł, który się zdobyło. To odnosi się jednak do każdej dziedziny życia. Sukces daje komfort, a to jego największe zagrożenie - po co mam pracować tak ciężko? Przecież i tak już jestem najlepszy!

Zdawałem sobie sprawę z tego, że to nie ja wygrałem medal, ale moi podopieczni. Poza tym siatkówka jest o tyle bezpieczna, że liczy się w niej drużyna, a nie tylko indywidua. Co uzależnia? Smak sukcesu. To on jest wystarczającym bodźcem do dalszej pracy. Uzależnia.

Kolejną sprawą, która do dziś wzbudza w mediach kontrowersje, to słowa Fabiana Drzyzgi na pana temat ["Wielu siatkarzy chciało odejścia Antigi" - powiedział w jednym z wywiadów - przyp. red.]. Jak trudne dla trenera jest to, że w Polsce media pytają zawodników o opinię na temat szkoleniowców? W "starej szkole" gracze mieli po prostu pracować i się podporządkować. Wydaje się, że dziś jest inaczej.

- Nie wiem, czy jest to kwestia tego, że media o coś pytają. Może chodzi o to, że federacje nie wydają komunikatu pełnego wsparcia i pozytywnego myślenia odnośnie do pracy reprezentacji? A może takie wrażenie pozostawiają same opinie siatkarzy? Wystarczy spojrzeć na zawodników, którzy nie pojechali na igrzyska - choćby Murilo, Muserski. Który z nich powiedział coś złego na temat kadry i trenera? Żaden. Rzecz jasna byli zawiedzeni, ale publicznie okazywali wsparcie dla drużyny.

Same media też oddziaływały. Tak było w przypadku Ferdinando de Giorgiego - szybko znaleziono winnego niepowodzeń i domagano się reakcji.

- Patrząc na jego wcześniejszą karierę, nie można powiedzieć, że jest złym trenerem. Wręcz przeciwnie - po prostu jeden sezon mu nie wyszedł. Miał pewne metody, które dobrze skutkowały choćby w jego przeszłości z ZAKSĄ, ale w przełożeniu na polską kadrę nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Musiał radzić sobie z presją czasu, oczekiwań i potencjału, więc już na starcie wyzwanie było spore.

Cechą ludzką jest ocenianie po ostatnim wyniku. Ktoś może pracować pół roku, ale kiedy zbliża się turniej, to ewaluacji podlegają wyłącznie osiągnięte na nim rezultaty. Na nic innego się nie patrzy. To prowokuje wysnucie prostego i krzywdzącego wniosku - jeśli drużyna nie wygrywa, to trener musi wykonywać beznadziejną pracę - do zwolnienia! Miejsca medalowe są trzy. Zgodnie z tą logiką po każdym sezonie musielibyśmy żegnać się z 7 selekcjonerami ze światowego "topu", bo z grupy 10 najlepszych drużyn tylko 3 mają medale.

Trudno jest z tym walczyć, kiedy pierwszą rzeczą, którą słyszy się po porażce jest "żółta kartka". Nie będzie wsparcia w środowisku, jeśli nie będzie przykładu.

- Wiem, o jaką wypowiedź pani chodzi, ale nie moją rolą jest ją oceniać. Mogę tylko powiedzieć, że dobrze jest być trenerem, który nie musi czekać na koniec sezonu reprezentacyjnego, by móc cieszyć się sukcesami, które osiągają jego podopieczni. To nie muszą być medale, ale na przykład lepsza skuteczność ataku, większa pewność siebie na boisku, przytomność w obronie etc. Niekiedy patrzenie zero-jedynkowe pod kątem medalu nie jest właściwe. Prawdziwą satysfakcją jest poprawa, nie zawsze to, co zawiesza się na szyi.

Pamiętam, jak ogromnie cieszyło mnie to, że Polacy lepiej przyjmowali, radzili sobie z urazami i odzyskiwali radość grania, bronili piłki w sytuacjach, w których nigdy tego nie robili, a także poprawili zagrywkę float na agresywniejszą. Pięknie było obserwować progres u Miki, Bieńka, Drzyzgi czy u Karola Kłosa. Nie mogę też powiedzieć, że którykolwiek z meczów w ciągu trzech lat zagraliśmy na katastrofalnym poziomie. Nawet jeśli przegrywaliśmy 0:3, to były to piękne i pasjonujące spotkania. Rzecz jasna wynik był dla mnie rozczarowaniem, ale nie mogłem odmówić zawodnikom waleczności i chęci do gry.

Zajęcie się kadrą Kanady i ONICO Warszawą, które na początku sezonu nie były stawiane w gronie absolutnych faworytów do medali, jak wcześniej polska reprezentacja, jest pewnego rodzaju komfortem i mniejszą presją?

- Kiedy pojawia się presja nie należy się jej bać, ale nią zarządzać. Jeśli dobrze się nią pokieruje, to zamieni się w motywację, a to najlepsze możliwe rozwiązanie. W innym przypadku zablokuje i nigdy nie osiągnie się rezultatu, który chciałoby się mieć na koncie. Ludzka psychika jest złożona. Jeden zrobi coś szybciej, jeżeli mu się to nakaże, a drugi zamknie się w sobie i ucieknie, bo nie udźwignie ciężaru oczekiwań. Ja staram się wykorzystywać presję jak najlepiej tylko się da.

Jeśli pokonujesz ZAKSĘ, to bijesz się o złoto?

- Nie. Celem mojej drużyny wciąż jest pozostanie w pierwszej szóstce i jest to zamierzenie ustalone z władzami klubu oraz sponsorami. Musimy też trzeźwo patrzeć na sytuację - mierzymy się z kontuzjami i trudno jest nam utrzymać wyjściową jakość treningu. Wszyscy nam mówią, że radzimy sobie świetnie, bo jesteśmy w samej czołówce tabeli, ale tak naprawdę przeżywamy teraz kryzys.

Jeśli w kryzysie wygrywacie z ZAKSĄ, to strach pomyśleć, co będzie dalej.

- Nikt nie pomyśli o tym, że jeśli zdarzy nam się kolejny uraz, to nie będziemy mieli jak trenować [wywiad robiony dzień przed meczem z BBTS-em - w sobotę Damian Wojtaszek mierzył się z urazem i nie dokończył spotkania - przyp. red.]. Kto wtedy zagra?

Pan?

- Nie, niestety nie ma takiej możliwości, ha ha! Patrzmy realnie na sytuację. Samica ma już 36 lat, a Kwolek dochodzi do siebie po urazie! Dlatego właśnie do naszej wysokiej pozycji podchodzę z dystansem. Pierwsza szóstka jest ok, ale nie zmienia to faktu, że będzie szkoda, jeśli nie zdobędziemy medalu.

To pana 10 rok w Polsce. Jest już pan polskim Francuzem, czy jeszcze nie?

- Kiedyś miałem wątpliwości i zmieniałem się wraz z każdą lokalizacją, w której żyłem. Teraz wiem, że nic nie usunie ze mnie mojej "francuskości". Jestem obywatelem Europy, zachowującym w sercu Francję, Włochy, Hiszpanię, Kanadę, a także Polskę, która ze względu na te wszystkie lata zajmuje u mnie szczególne miejsce.

Komentarze (18)
Siatkówka. Stéphane Antiga: Nie byłem wykwalifikowanym trenerem. Myślałem o tym, czy nie zrujnuję kariery na starcie
Zaloguj się
  • natenczas_wojski

    Oceniono 10 razy 10

    Świetna rozmowa,
    Szacunek głęboki Panie Antiga.
    Poza postawą zawodnika i trenera ujął mnie Pan tym że jako jedyny trener zagraniczny podjął Pan wyzwanie językowe i komunikował się pan po Polsku.
    Wszystkiego najlepszego!

  • isiah.thomas

    Oceniono 8 razy 8

    Stefan dzięki za wszystko! Równy z Ciebie gość!

  • fajny ptak

    Oceniono 8 razy 8

    Stefan to fajny facet. Realista w pełni, zaangażowany i profesjonalista w tym co robi, lubi i potrafi się uczyć. Cieszę się z jego obecności w Polsce. Jak mawiał pewien polityczny klasyk - jego praca u nas to plus dodatni.
    Przyjemnie mi się czytało. Jeden z najlepszych wywiadów zrobionych przez dziennikarzy zajmujących się siatkówką.

  • mer-llink

    Oceniono 7 razy 5

    Pani Sara Kalisz ubiega się energicznie o ostrogi Żurnalisty Sportowego?
    Ma "w tym kontekście" wszelkie dane.
    Po pierwsze: kiepsko włada językiem polskim. Najczęściej uzywa frazy "w kontekscie". No i prosiłabym o wyjaśnienie, co chciała zwrzeć w zdaniu: ""Rozmawiamy teraz o pewnych ramach statusu gwiazdy, a w czasach, kiedy zaczynał pan przygodę z siatkówką w pana kraju był to sport, który do tego miana nie nobilitował." ? Co Pani zdaniem znaczy słowo "nobilitować"? A "ramy statusu gwiazdy" to doprawdy cukiereczek.
    Po drugie: Stawia pytania jak rasowy Żurnalista Sportowy. To znaczy melduje coś w trybie oznajmującym i oczekuje, że pytany odpowie.... A na co ma pytany odpowiedzieć, jak nie padło pytanie? Nie wiadomo. Ot, taki nadwiślański sznyt prowadzenia wywiadów sportowych. Pan Antiga jako człek inteligentny stara sie jakoś tę niezborną papke "pytań" zracjonalizować i jako tako sensownie cos powiedzieć.
    Po trzecie: innych głupstewek pani Sary Kalisz wyliczać mi się nie chce, a byłoby i po czwarte, i po piąte.....
    Ale jedno jest jasne: bez zwłoki my Panią teraz "nobilitujemy w ramach statusu".
    Bą wułajaż.

  • kostek966

    Oceniono 4 razy 4

    PZPS to zgromadzenie idiotów. Antiga oczywiście już wie, z kim miał do czynienia. Najgorsze jest to, że ci debile "spalili" nam trenera, który za chwilę będzie zdobywał medale na olimpiadzie albo MŚ, ale niestety nie dla polskiej siatkówki.

  • Oceniono 4 razy 4

    Niezwykle sympatyczny człowiek i świetny trener. Dobrze, że i "wywiadowczyni" się do tego poziomu dostosowała i była przygotowana. Gratulacje :-)

  • drvx

    Oceniono 2 razy 2

    Antiga - najlepszy trener kadry od czasów Wagnera

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX