Spotkanie z mistrzem Słowenii Skra zaczęła bardzo niemrawo. W ekipie Jacka Nawrockiego mnożyły się własne błędy, czego efektem był przegrany do 23 pierwszy set. Bardzo słabo grał przede wszystkim Mariusz Wlazły, który miał niespełna 30-procentową skuteczność w ataku.
Drugą partię mistrzowie Polski zaczęli równie ospale. - Panowie, nawet nie dajemy im szans, by robili błędy! Nie ma walki! - krzyczał podczas wziętego przez siebie czasu Nawrocki. W pewnym momencie Słoweńcy głównie za sprawą skutecznych Kovacevicia i Sketa prowadzili pięcioma punktami. Mocne słowa szkoleniowca musiały jednak podziałać, bo w końcówce siatkarze Skry grali już znacznie lepiej i mieli nawet piłkę setową. Znów górą byli jednak Słoweńcy, którzy wygrali drugą odsłonę 30:28.
Ta końcówka była jednak sygnałem, że Skra wzięła się do roboty. I faktycznie - kolejne sety szły już pod jej dyktando. Szczególnie wyróżniali się Karol Kłos i Michał Winiarski. Lepiej atakować zaczął też Wlazły. Duża w tym też zasługa Miguela Falaski, który zaczął rozgrywać bardziej kombinacyjnie.
Po wygranych do 21 i do 18 setach przyszedł czas na tie-breaka. W nim mistrzowie Polski ponownie nie dali szans Słoweńcom, grając już siatkówkę do jakiej nas przyzwyczaili. Wygrali tę partię 15:12, a jej ozdobą był piekielnie mocny as Wlazłego.
Z jednej strony szkoda, że Skra nie zgarnęła kompletu trzech punktów, ale dwa też cieszą, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę okoliczności w jakich zostały wywalczone. Dzięki tej wygranej wciąż niepokonana Skra utrzymuje prowadzenie w Grupie F i może ze spokojem oczekiwać kolejnych meczów fazy grupowej.
Tak relacjonowaliśmy mecz Skra Bełchatów - ACH Volley Lubljana: