Sport.pl

Siatkówka. Polska potęgą jest i basta

Po brązie mistrzostw Europy. Przybywa powodów, by sądzić, że w siatkówce Polska stała się kontynentalną potęgą. Ale przybywa też powodów, by żałować, że nie wykorzystujemy całego jej potencjału i nie czynimy jej potęgą globalną
Już po raz drugi w bieżącym sezonie nasi wskoczyli na podium, już po raz drugi poczuliśmy, jak cieniutka granica oddziela w sporcie zwycięstwo od porażki.

Gdyby w lipcowym meczu Ligi Światowej z rezerwami Argentyny jedna-dwie akcje potoczyły się inaczej i gdyby Polacy minimalnie przegrali minimalnie wygranego tie-breaka, nie awansowaliby do półfinału, lecz zajęliby ostatnie miejsce w grupie. I przedostatnie w całym turnieju. Byłby to wynik dla gospodarzy zawstydzający pomimo wsparcia działaczy PZPS, którzy zadbali, by reprezentacja w drodze po medal nie zderzyła się z kwartetem drużyn najwyżej sklasyfikowanych w światowym rankingu.

Teraz o naszych wspomnieniach z ME przesądził wart brązowego medalu triumf nad Rosją. Gdyby Polakom się w niedzielę nie powiodło, turniejowy bilans wypracowaliby mimo wszystko przeciętny - wygraliby ledwie trzy z siedmiu meczów, ulegając wszystkim przeciwnikom umieszczanym w ścisłej czołówce (Bułgarii, Włochom oraz Rosji). I znów zostawiliby wrażenie grupy solidnej, niezależnie od kłopotów kadrowych rozprawiającej się z siatkarską klasą średnią, lecz niezdolnej poważnie zagrozić elicie.

Milion dolarów nie wystarczy

Wrażenie znacznie lepsze zostawili ostatecznie m.in. dzięki jednej z największych tajemnic zakończonych ME, czyli nagłej, szokującej metamorfozie Jakuba Jarosza. On też uchodził za gracza rzetelnego, gotowego poobijać każdego średniaka, ale lękliwie kulącego się w sobie na widok gigantów. Aż sam wyrósł - na razie incydentalnie - na giganta. Z klasą zbijał już w półfinale z Włochami, Rosję wręcz demolował, choć mecz w swoim zwyczaju rozpoczął onieśmielony nadnaturalnymi gabarytami rywali. Tamtego trzeciego seta nie zapomni pewnie nigdy, tamten set był najwspanialszym w jego karierze, tak nieprawdopodobnego seta - ze stuprocentową wydajnością w ataku przy aż siedmiu próbach oraz dwoma serwisowymi asami - nie przeżyli na ME nawet bezlitośni kanonierzy formatu Miljkovicia czy Michajłowa.

Jarosz wystrzelił wraz z nadejściem kulminacji całego sezonu, jakby oświeciło go odkrycie, że bez atakującego rosyjskiego muru skruszyć się nie da. Zareagował odwrotnie niż jego zdolniejszy konkurent na pozycji atakującego, lansowany na najjaśniejszą polską gwiazdę Mariusz Wlazły. Ten przypomina o swoim niezmierzonym talencie w gierkach krajowych, ewentualnie wieczorach Ligi Mistrzów. Dla kraju nie odrywa się od ziemi. W roku 2011 nie ma go wcale, w roku 2010 zasłużył na miano najsłabszego atakującego mundialu, w roku 2009 się leczył. Do reprezentacji zagląda tak rzadko, że szczególnego sensu nabierają słowa Michała Ruciaka, który na ME rzucił, najwyraźniej zirytowany notorycznym przypominaniem nazwisk nieobecnych kadrowiczów: "W tej drużynie nie brakuje nikogo".

A przecież wystarczy wyobrazić sobie, jaką szóstkę złożylibyśmy z nieobecnych w Czechach i Austrii - z Zagumnym na rozegraniu, Wlazłym w ataku, Winiarskim i Bartmanem lub Świderskim na przyjęciu, Plińskim oraz ewentualnie Czarnowskim na środku siatki. Czy wymienieni nie byliby w starciu z brązowymi medalistami ME wręcz faworytami?

Skoro wykrwawiona do omdlenia reprezentacja dosięga podium LŚ i ME, to mamy prawo podejrzewać, że przy maksymalnym wykorzystaniu potencjału mogłaby starać się o medal niemal na każdej imprezie. Nasi siatkarze stale się rozwijają. Rosną także dzięki wszechstronnemu rozwojowi całej dyscypliny, widzianemu np. w polskiej lidze - importującej klasowych obcokrajowców, coraz bogatszej w silnie obsadzone drużyny, zmuszającej do gry intensywniejszej niż kiedykolwiek wcześniej, przyzwyczajającej do presji rozhisteryzowanych trybun i mediów. Presji, której przeciwnicy na co dzień nie doświadczają.

Niestety, męska reprezentacja staje się tworem coraz bardziej niestabilnym, co sezon rzeźbionym od zera - i przez to upodobniającym się do kobiecej, która w najsilniejszym składzie nie zbiera się właściwie nigdy. Na trzy główne turnieje ostatnich trzech sezonów (ME, MŚ, ME) pojechało aż pięciu rozgrywających (Zagumny, Woicki, Łomacz, Żygadło, Drzyzga), na innych pozycjach też się kotłuje, bo czołowi gracze coraz częściej selekcjonerowi odmawiają. Andrea Anastasi zbaraniał, gdy od jednego z nich na powitanie, jeszcze przed podjęciem tematu, usłyszał: "Na razie dla kadry nie zagram, nawet gdyby zapłacili mi milion dolarów".

Ustępujemy Brazylii i Rosji. Ale nikomu innemu

Oczywiście powody rezygnacji bywają różne, chyba nikt w środowisku nie wątpi, że Michał Winiarski musiał się podleczyć, jeśli chcemy, by jego kariera trochę potrwała. Właśnie dlatego jednak trzeba zadbać, żeby tych powodów nie przybywało.

Skoro siatkarze uprawiają sport wyjątkowo nieprzyjemny dla kolan, barków czy kręgosłupa, nie wolno przygniatać ich eksperymentalnymi, nic niewnoszącymi dodatkowymi rundami ligowych zmagań, które wydłużają sezon. Warto się zastanowić nad sensem wysyłania pełnej kadrowiczów Skry Bełchatów na tzw. klubowe mistrzostwa świata, których prestiż jest, eufemizując, wątpliwy. A przede wszystkim warto się zastanowić, czy w ogóle zabiegać o ludzi, którzy z poświęcaniem się dla kraju się ociągają. Czy nie będzie zbyt demoralizujące honorowanie występem na igrzyskach siatkarza, którzy poza sezonami olimpijskimi reprezentację ignoruje lub gra dla niej byle jak?

I nie chodzi tu o prymitywny rewanż za niesubordynację kadrowicza na ćwierć etatu pod hasłem: "Nie chciałeś grać wczoraj, nie chcemy twojej łaski dziś". Dobro reprezentacji musi być celem nadrzędnym, nawet szczytne zamiary wychowawcze niekoniecznie uzasadniają odrzucanie klasowych graczy. (Znów zastrzeżenie: w żadnym razie nie mamy pewności, czy nieobecni na ME są lepsi niż obecni. Idealnie byłoby jednak, gdyby selekcjoner miał na zgrupowaniu wszystkich i sam spośród nich wybierał). Dlatego odpowiedź Anastasiego na pytanie, czy Wlazły ma szansę wrócić do kadry, brzmi obiecująco: "Ma szansę, ale na moich warunkach".

Wiadomo, że zasobami ludzkimi ustępujemy i Brazylii, i Rosji. Ale nikomu innemu. I mimo permanentnych rewolucji personalnych do podium zbliżamy się coraz regularniej. Jeśli wyłącznie Polacy umieli zdobyć medale w obu ostatnich dwóch edycjach ME (rosyjskie wielkoludy musiały znosić tak przykre czwarte miejsca!), to nie tylko dlatego, że przed dwoma laty sprzyjał im układ gier. Po prostu w tej dyscyplinie wschodzącą kontynentalną potęgą jesteśmy i basta.

Potęgą jesteśmy także w perspektywie historycznej. Osiem uzbieranych medali ME daje nam trzecie miejsce w opartej na ich liczbie klasyfikacji wszech czasów (więcej wyskakały tylko ZSRR/Rosja oraz Włochy) i zachęca, by ponownie przypominać stawianą już na łamach "Gazety" tezę, że siatkówka to naturalna kandydatka na nasz sport narodowy. W przeciwieństwie do wpędzającej kibiców głównie we frustrację piłki nożnej, konkurencję w świecie wciąż mamy tutaj stosunkowo mizerną, pozycję startową wymarzoną, a ludzie fruwaniem nad siatką pasjonują się do zatracenia.

Gdyby Wlazły też fruwał dla nich do zatracenia...

Reprezentacja Rosji » nie chciała takiego medalu


Więcej o: