Sport.pl

Siatkówka. Świderski nie do zdarcia: Nie mogę zejść ze sceny

Zacząłem karierę od złota mistrzostw Europy i świata juniorów, chciałbym ją zakończyć złotem igrzysk w Londynie - opowiada Sebastian Świderski, symbol kadry siatkarzy, wracający do gry po kolejnej groźnej kontuzji.
Przygotowania do mistrzostw Europy, na których Polacy bronią złotego medalu, kadra rozpoczęła kilka dni temu. W sobotę trener Andrea Anastasi dokonał korekt na liście powołanych (patrz ramka niżej), na boiskach w Austrii i Czechach zabraknie m.in. Pawła Zagumnego, Michała Winiarskiego, Mariusza Wlazłego i Daniela Plińskiego, choć dwaj pierwsi mają dołączyć do reprezentacji na jesienny Puchar Świata, z którego można uzyskać kwalifikacje na igrzyska w Londynie. Pozostali trenują w Spale, wśród nich wracający po groźnych kontuzjach weterani - Sebastian Świderski i Piotr Gruszka.

Przemysław Iwańczyk: Ile trzeba mieć w sobie determinacji, by po tylu kontuzjach, w wieku 34 lat, jeszcze się chciało?

Sebastian Świderski: To nawet nie kwestia determinacji - wystarczy, że kocha się to, co się robi i chce się dalej to robić. Poza tym nie chcę w ten sposób kończyć kariery, pokonany przez urazy. Jestem ambasadorem Kinder+ Sport, muszę dać dobry przykład. Chcę pokazać dzieciakom, że można wrócić, będąc nawet w najtrudniejszej sytuacji, a miłość do sportu potrafi przełamać wszystkie bariery i nic nie powstrzyma zawodnika przed powrotem.

Niespotykana motywacja, bo większość tak po prawdzie robi to albo dla kasy, albo dlatego, że ma parcie na media.

- Już kiedyś powiedziałem, że są rzeczy ważniejsze od pieniędzy. Trzeba dobrze czuć się w środowisku, mieć dobrych znajomych, a nie tylko grać i męczyć się przy tym. Na razie mnie to bawi, sport jest moim hobby. Gram tam, gdzie jestem szczęśliwy. Sława się nie liczy, pieniądze też nie tak bardzo.

To dlaczego tobie się chce, a inni kręcą na kadrę nosem. Np. Mariusza Wlazłego nie ma z wami, bo to inne pokolenie, bo spotkał na swojej drodze innych trenerów, a może jeszcze coś innego...

- To decyzje Mariusza, każdy jest kowalem własnego losu. Nie chcę się porównywać z niego, nie chcę też, aby on porównywany był do mnie. Każdy odpowiada za siebie.

Lista urazów jest długa. Ostatnio zerwany mięsień czterogłowy uda i długa przerwa, wcześniej kłopoty z kolanem uniemożliwiające wyjazd na mistrzostwa świata, przed poprzednimi mistrzostwami Europy zerwane ścięgno Achillesa...

- To tylko te najpoważniejsze kontuzje, jakie mi się przytrafiły. Wcześniej były zwichnięcia i skręcenia, jednak nie eliminowały mnie ze sportu na kilka miesięcy. Urazy to nieodzowny element wyczynowego sportu, który jest niesamowitym obciążeniem dla organizmu. Zwłaszcza ostatnio, kiedy w lidze gramy co trzy dni, brakuje czasu na regenerację i odnowę biologiczną.

A może w twoim wieku warto już pomyśleć o zdrowiu.

- Mam swój rozum i wiem, kiedy powiedzieć dość. Na razie nie czuję takiej potrzeby. Rok temu udało mi się wrócić po zerwaniu Achillesa, wiem, jak smakuje powrót na boisko, rozegranie choćby jednego spotkania, zdobycie jednego punktu. Chciałbym jeszcze raz zasmakować tej chwili, wiem, że nie będzie łatwo, ale mogę jeszcze grać. Nie poddaję się i wrócę.

Jak się czujesz w kadrze przygotowującej się do mistrzostw Europy? Jest was paru "staruszków", reszta to młodzież.

- Na pewno nie czujemy się jak staruszkowie, wśród tak młodych ludzi sami młodniejemy. Rywalizacja z nimi i wspólne treningi dają kopa. Czasami chce się im udowodnić, że mimo różnicy wieku nadal jesteśmy w stanie z nimi rywalizować jak równy z równym. Zresztą nie odbieram tego jako rywalizację starzy - młodzi, bardziej chęć udowadniania sobie, że jest się coś wartym i że można jeszcze grać na wysokich obrotach.

Razem z Piotrem Gruszką uważacie się za mentorów, czy poważnie chcecie jeszcze walczyć o podstawowy skład?

- Będziemy walczyć, żeby grać i wygryźć młodych ze składu. Na razie mamy wiele woli walki, determinacji i samozaparcia, żeby rywalizować. Każdy sport przecież na tym polega - trzeba przekonać trenera. Rywalizacja to dobra rzecz, zwłaszcza że w naszym przypadku nie jest chorą zawiścią.

A nie myśleliście sobie, że gdyby grał Wlazły czy Winiarski, was by pewnie w kadrze nie było?

- Nie wiem, co by było gdyby. Nie ma sensu się nad tym zastanawiać, każdy chce albo nie chce przekonać do siebie trenera. Ja chcę.

Gdzie jest polska siatkówka? Koniunktura nieco opadła, ale finał Ligi Światowej w Gdańsku pokazał, że Polacy wciąż ją kochają.

- Siatkówka nie jest sportem narodowym, bo piłka nożna w dalszym ciągu nas przewyższa. Co roku musimy więc udowadniać wartość. Tyle że po roku sukcesów przychodzi słabszy sezon, taki jak przed rokiem. I żeby odbudować zaufanie Polaków, trzeba tę plamę zmazać. Znów nam się udaje, zaraz po zmianie trenera, czego dowiódł finał Ligi Światowej. Zobaczymy, jak wypadniemy na mistrzostwach Europy, turnieju dla nas niezwykle ważnym w kontekście kwalifikacji do igrzysk olimpijskich. Trzeba zdobyć jak najwięcej punktów do światowego rankingu, poza tym bronimy przecież złota. nie wypadałoby więc schodzić poniżej poziomu. Walka o medale to plan, który jesteśmy w stanie na Euro zrealizować. Ale trudno powiedzieć, gdzie w tej chwili jest polska siatkówka, bo sytuacja zmienia się co chwilę.

Wracając do finału Ligi Światowej, kibice oddani wam bezgranicznie biorą brązowy medal za wielki sukces, wytrawni fani czują, że to trochę ciasto z zakalcem. Pytając wprost, nie wolelibyście sięgać po zaszczyty bez pomocy działaczy - łatwych grup, dzikich kart etc.?

- Tak to już u nas jest, że przy okazji jakiegokolwiek sukcesu rozpala się polskie piekiełko. Zawsze trzeba znaleźć dziurę w całym, umniejszyć sukces. Włosi przecież w ubiegłym roku też mieli łatwą grupę na mistrzostwach świata, a medalu nie zdobyli. I nikt już o tym nie wspomina.

Nasi działacze grzmieli wówczas najgłośniej, a po roku w finale Ligi Światowej postąpili podobnie.

- To ja przypomnę, że w tym finale musieliśmy rozegrać bardzo trudne spotkanie z Argentyną, wcześniej - mimo wielu problemów - wygraliśmy z Bułgarią. Drużynę, która później łatwo rozprawiła się z Włochami, a ci z kolei przegrali z Argentyną mimo wielkich aspiracji. Tak więc twierdzenie, że mieliśmy wszystko podane na tacy, jest nieuprawnione i krzywdzące. O medale walczyliśmy na boisku, wygrywaliśmy kolejne spotkania.

Na co naprawdę stać naszą kadrę?

- Jesteśmy drużyną z dużym potencjałem i nie wszystko jeszcze pokazaliśmy. Treningi wyglądają obiecująco, jedyne, czego brakuje, to obycia i doświadczenia niektórym młodym graczom. Potrzeba im czasu, ale mamy przecież kilka tygodni. Zawodnicy, o których wcześniej mówiło się, że nie podołają, pod okiem Anastasiego udowadniają, że stać ich na wiele, a miejsce w reprezentacji im się należy. Jeśli jeszcze wrócą starsi, a niewykluczone, że tak się stanie np. na Puchar Świata, trener będzie miał bogactwo.

Anastasi jest zadowolony, że wziął naszą kadrę w tak trudnym momencie, czy może pluje sobie w brodę?

- To człowiek, który nie przejmuje się opiniami z zewnątrz i nie załamuje rąk. Podpisując kontrakt, myślał, że do dyspozycji będzie miał jeszcze innych zawodników. Nie poddał się jednak, w jednym z wywiadów stwierdził nawet, że jeśli kogoś brakuje, trzeba wykreować następcę. Świadczy to, że lubi pracować i podejmuje każde wyzwanie. Na razie sprostał wszystkim zadaniom.

Tak z ręką na sercu - liczysz na to, że pojedziesz na mistrzostwa Europy? W ubiegłym roku wybory Daniela Castellaniego na mundial były dla ciebie bolesne.

- Nie wiem, czy znajdę się w tej grupie, na razie cieszę się, że jestem wśród 22 kandydatów. Po trudnym sezonie, po ciężkiej kontuzji to duży kredyt zaufania ze strony trenera. Spłacę go, tym bardziej że nie mam zamiaru kończyć swojej przygody z siatkówką w ten sposób - będąc skreślonym z listy uczestników ME.

Jak chciałbyś ukoronować swoją wielką karierę?

- Zacząłem od złota mistrzostw Europy i świata juniorów, chciałbym zakończyć tym samym na igrzyskach w Londynie. Już teraz jednak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem zadowolony z tego, co zrobiłem.





Więcej o: