W Knack Randstad Roeselare nie ma wielkich gwiazd światowej siatkówki, choć jest kilku solidnych zawodników. Jest to jednak silna, a przede wszystkim groźna w swojej hali drużyna. Wygrywała w niej z zespołami włoskimi, rosyjskimi czy greckimi, a więc europejską czołówką. Do środy nigdy nie wygrał tam żaden polski klub. Wśród pokonanych była też Skra, która przegrała w Belgii 1:3, a jednak bełchatowianie potrafili zrewanżować się za dwie porażki w sezonie 2006/2007.
Nie przyszło im to łatwo, jednak pokazali, że są drużyną z charakterem i - co najważniejsze - wracają do wysokiej formy. Ciekawe jest to, że PGE Skra zdołała odwrócić losy spotkania, które układało się dla niej bardzo niekorzystnie. Wcześniej miała z tym problemy, bowiem - jak mówi trener Jacek Nawrocki - jego zawodnicy rzadko mają do czynienia z taką sytuacją. W poprzedniej edycji Ligi Mistrzów nie potrafili odwrócić losów meczów z Iskrą Odincowo czy Friedrichshafen. Przecież Belgowie w ubiegłym roku wygrali z tym ostatnim zespołem w jego hali, więc prezentują porównywalny poziom.
Co sprawiło, że po niezbyt udanym początku środowego spotkania drużyna z Bełchatowa potrafiła się odrodzić? Michał Bąkiewicz, jeden z najlepszych zawodników na boisku: - Roeselare zaczęło grać trochę słabiej, a my dużo lepiej.
- W pierwszych dwóch setach graliśmy nieźle taktycznie, o czym świadczy statystyka bloków, którą wygraliśmy 8:3 - opowiada trener PGE Skry. - Niestety, robiliśmy za dużo błędów, zwłaszcza w ataku. Brakowało nam też efektywnej zagrywki.
Ten ostatni element był ostatnio największym problemem zespołu. Po powrocie z Kataru bełchatowianie dobrze serwowali tylko w pojedynkach z Delectą Bydgoszcz i Roeselare w Łodzi. W Belgii okazało się, że zagrywka znów może być bardzo mocną stroną PGE Skry. Bo od trzeciego seta obojętnie, który zawodnik szedł serwować, robił to bardzo skutecznie. Skąd taka zmiana? - Nie wiem, po prostu zaryzykowaliśmy i zaczęło nam wychodzić - opowiada Bąkiewicz. - Stało się to w dobrym momencie.
Po słabych przyjęciach rywale nie mogli grać tak szybko, jak potrafią, a przy rozegraniu z tzw. wysokich piłek nie mieli argumentów, żeby zagrozić mistrzom Polski.
Druga ważna przyczyna zmiany gry PGE Skry to poprawienie własnego odbioru. Kiedy na boisku jest Bartosz Kurek, drużyna stara się przyjmować zagrywkę tak, żeby jej najmłodszy zawodnik robił to jak najrzadziej. To powoduje, że Piotr Gacek i Stephane Antiga mają do zagospodarowania więcej boiska i łatwiej wówczas o pomyłki.
Nerwowo reaguje też Kurek, jeśli tylko nie może uniknąć przyjęcia. Inna sprawa, że gdy staje do odbioru normalnie, zazwyczaj spisuje się bardzo dobrze.
Wracając jednak do meczu z Roeselare, to po wejściu na boisko Bąkiewicza Antiga, a zwłaszcza Gacek zaczęli grać spokojniej. Przełożyło się to także na obronę - w trzech ostatnich setach tylko nieliczne piłki uderzały w boisko bezpośrednio po atakach. To znów była Skra, którą tak chwalono w klubowych mistrzostwach świata. Wtedy nawet trener Cimedu Florianopolis (Brazylijczycy są mistrzami w obronie) podkreślał, że zespół z Bełchatowa przewyższa rywali w grze obronnej.
Bąkiewicz świetnie wsparł też kolegów w ataku - zdobył po zbiciach dziewięć punktów (skuteczność miał rewelacyjną - 60 proc.). Liderem był jednak Mariusz Wlazły, który grał jak za najlepszych czasów. Znów skakał bardzo wysoko (kilka razy atakował nad blokiem), uderzał piłkę tak mocno, że obrońcy byli bez szans na właściwą reakcję, no i znów bardzo mocno serwował.
Jego postawa dobrze wpłynęła na kolegów, którzy poczuli się pewniej. Mieli też łatwiej, bo przeciwnicy musieli bardziej koncentrować się na Wlazłym. Nigdy jednak nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej... PGE Skra wciąż za rzadko wykorzystuje świetnych przecież środkowych, a tzw. pajpa, czyli atak ze środka drugiej linii, można policzyć na palcach, i to jednej ręki. Tutaj tkwią ogromne rezerwy.
Znów nieźle wypadł Miguel Angel Falasca, może poza dramatyczną końcówką tie-breaka, kiedy nie wytrzymał nerwowo i cztery razy po rząd wystawił do Antigi. W końcu jednak przypomniał sobie o Wlazłym który zrobił swoje, czyli skończył mecz.
W grze bełchatowskiej drużyny widać było, że ostatnio mogła normalnie trenować. - Te kilka dni zajęć wiele nam dało. Myślę, że wracamy do swojej najwyższej formy - uważa Bąkiewicz.
Pokonanie Roeselare sprawiło, że PGE Skra umocniła się na pierwszym miejscu w grupie i już za tydzień w Kragujevacu może zapewnić sobie awans. To oznacza, że prawdopodobnie zagrają w Final Four. Bo Łódź jest zdecydowanym faworytem w rywalizacji o prawo organizacji najważniejszej europejskiej imprezy w klubowej siatkówce. - Fajnie byłoby, gdy tak się stało, bo wtedy mielibyśmy spokojniejszy luty - kończy Bąkiewicz.
W sobotę o godz. 15 PGE Skra rozpocznie rundę rewanżową w PlusLidze - zagra w swojej hali z Pamapolem Siatkarzem Wieluń.