Sport.pl

Niesamowite. Jastrzębie naprawdę podbiło Europę!

Po historycznym awansie do turnieju finałowego Ligi Mistrzów siatkarze Jastrzębskiego Węgla długo nie mogli uwierzyć, czego dokonali. Rozgrywki rozpoczęli beznadziejnie i cudem przetrwali rundę grupową, w polskiej lidze walczą o utrzymanie
- Dokonaliśmy niemożliwego. Nie było pewnie nikogo, kto by się tego spodziewał. Zakładaliśmy wyjście z grupy, ale żeby finał... - mówił Paweł Rusek, libero jastrzębian. Zespół Lorenzo Bernardiego miał ogromne szczęście w losowaniu play-off, gdzie ominął tuzów z Rosji oraz Włoch. Wcześniej też miał stosunkowo łatwo - znalazł się w grupie z anonimową w Europie czarnogórską Budvanską Rivijerą Budvą, bardzo osłabioną kadrowo słoweńską rewelacją poprzedniego sezonu ACH Volley Bled i znajdującym się w rozsypce z powodu kryzysu ekonomicznego greckim Olympiakosem Pireus.

- Prawda, mieliśmy szczęście, ale sztuką było to wykorzystać - mówi Rusek. Udało się niemal cudem. Jastrzębianie rozpoczęli od trzech porażek i niemal stracili wiarę. W rewanżu z Czarnogórcami poszło im jednak gładko, a zaraz potem oficjalnie ogłoszono nominację Bernardiego na trenera. W lidze nadal nic się nie zmieniało - drużyna pod nowym dowództwem zaczęła od klęski w Rzeszowie, potem zaprzepaściła szansę na awans do czołowej szóstki w lidze. - Gdyby Włoch trafił do nas dwa tygodnie wcześniej, ligę też dałoby się uratować - przekonują działacze. Jastrzębianie pozbierali się za to w Europie i rzutem na taśmę zapewnili sobie wyjście z grupy.

Kiedy jednak we wtorek zostali w półtorej godziny zmieceni z parkietu, nie było racjonalnych przesłanek do tego, że uda się wygrać tzw. złotego seta.

Cień nadziei dawała tylko partia wcześniejsza, wprawdzie przegrana, ale pozwalająca gościom złapać oddech. A naładowany energią przeciwnik w kluczowym momencie pękł psychicznie. - Formuła złotego seta nie jest zbyt mądrym rozwiązaniem, ale okazała się naszym sprzymierzeńcem - komentował Mitja Gasparini. Wcześniej dzięki niej jastrzębianie odprawili niemieckie Generali Unterhaching. W obu tych starciach kluczową rolę odegrał właśnie słoweński atakujący. - LM pozwoliła nam naprawić katastrofę w PlusLidze. Ocaliliśmy cały sezon - dodaje Gasparini.

- Pewnie niejedna osoba napisze na ten temat pracę magisterską albo doktorancką. My o awansie marzyliśmy, Belgowie obsesyjnie ku niemu parli. Pomimo zwycięstwa w pierwszym meczu jechaliśmy tutaj świadomi, co nas czeka. Noliko u siebie przecież nie przegrało, dało radę nawet takiej potędze jak włoskie Cuneo - przypomina Rusek.

Szkoleniowiec JW pękał z dumy. - Drużyna upodobniła się do mnie. Pokazała wielki charakter. Po raz pierwszy widziałem radość w oczach moich zawodników. To największy sukces w mojej karierze - stwierdził najwybitniejszy siatkarz minionego stulecia, który jest dopiero na początku trenerskiej drogi.

Bernardi zmodyfikował system gry zespołu, wzorując się na Coprze Piacenzie. W związku z kłopotami w przyjęciu Lukasa Divisa, w dwóch ustawieniach na boisku jest on schowany w odbiorze, a ciężar przyjęcia może wziąć na siebie nominalny atakujący Igor Yudin, który był swego czasu w JW przyjmującym. To dlatego we wtorkowym meczu po rozgrywającym na zagrywkę wchodził środkowy. - Sprawdza się to tylko w przypadku atakującego radzącego sobie dobrze z przyjęciem - zastrzega Leszek Dejewski, asystent Bernardiego.

W sobotę jastrzębianie wracają na ziemię, grają z Pamapolem Wieluń o utrzymanie w ekstraklasie. Czego są w stanie dokonać w turnieju finałowym w Bolzano, nie wiadomo. - Pojedziemy tam jako drużyna znikąd, z którą nikt się nie będzie liczył. Ale cuda się nam zdarzają. W tym szaleństwie jest metoda - uważa libero JW. - Nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa - dodaje Gasparini.

Więcej o: