Sport.pl

PolSk(r)a i cała resztka

Zdobyty w niedzielę Puchar Polski to już 11. krajowe trofeum siatkarzy z Bełchatowa, najszybciej potężniejącego klubu w naszym współczesnym sporcie. Przy lokalnej konkurencji wyglądają oni coraz częściej jak Brazylijczycy przy globalnej - muszą szukać inspiracji po własnej stronie siatki i sami wyrządzać sobie krzywdę, by zmusić się do wytężonego wysiłku. A jeśli przegrają, wszyscy wiedzą, że to wpadka bez znaczenia.
Supremację Skry najchętniej tłumaczymy budżetem, który pozwala jej brać z rynku każdego, kogo zapragnie. Bełchatowian wyróżnia jednak przede wszystkim nadzwyczajna, rzadko spotykana nawet w skali międzynarodowej stabilność kadrowa. Dostrzegalna wszędzie - od trenera Nawrockiego, który na początku stulecia jeszcze jako gracz awansował z bełchatowianami do pierwszej ligi, przez najjaśniejszą gwiazdę (Wlazły), po głębsze rezerwy (Wnuk). Wyjąwszy grupkę młodych - między dorosłych wprowadzanych zawsze niespiesznie - Skrę tworzą ludzie związani z nią przez wieczność lub ładnych parę lat.

Jeśli Nawrockiego uznamy za następne wcielenie Daniela Castellaniego (Polak był asystentem Argentyńczyka), to nawet rewolucyjki szkoleniowej nie przeżyła Skra od 2006 r. Wlazły gra od 2003, Pliński, Bąkiewicz i Antiga od 2007, Falasca, Kurek i Możdżonek od 2008 r. Każdy poza Winiarskim kluczowy siatkarz wytrzymuje już w Bełchatowie co najmniej trzeci sezon. A ponieważ niemal wszyscy spędzają ze sobą okrągły rok - połowę sezonu pod flagą reprezentacji Polski, połowę pod herbem Skry - to w całej europejskiej czołówce nie znajdziemy strategii bardziej spójnej i konsekwentniej realizowanej. Co najwyżej - porównywalnie spójne i konsekwentne.

Dlatego tak często widzimy, że po bełchatowskiej stronie siatki nawet w trudnych chwilach nie panuje bałagan. Skrę wynoszą na krajowy szczyt nie tylko lepsi siatkarze, ale i lepiej zsynchronizowane ruchy grupy, a przecież ta gra polega na manewrach wyłącznie zbiorowych. Najpoważniejsi konkurenci wypolerować współpracy na połysk nie są w stanie, bo płacą za niecierpliwość szefów. Ba, porywczość.

Przypadek ekstremalny oglądamy w Rzeszowie, gdzie co sezon zwalnia się (prawie) wszystkich poza trenerem - w sobotę w podstawowej szóstce zmieściło się czterech ludzi, którzy przyjechali latem, w dodatku niemal każdy z innej ligi (Baranowicz i Cernic z włoskiej, Grozer z niemieckiej, Millar z tureckiej), a piąty (Buszek) pomagał jako rezerwowy. Do Kędzierzyna zjechali przed sezonem rozgrywający (Zagumny), grupka przyjmujących (Idi, Świderski, Urnaut), środkowy (Czarnowski) oraz libero (Gacek), dołączywszy do wziętych zaledwie rok wcześniej atakującego (Jarosza) i drugiego środkowego (Gładyra) - wśród podstawowych graczy ciut dłużej skacze dla ZAKSY jeden Ruciak.

Jeszcze raz: Skra niemal wszystkich kluczowych ludzi trzyma w klubie trzeci sezon lub dłużej, tymczasem zestrzelone w Warszawie z boiska drużyny albo liczących się siatkarzy o takim stażu nie mają wcale (Resovia), albo ostał się im jeden (ZAKSA). Rywale ledwie się poznali, a już każą im się porywać na nałogowych zwycięzców. Gdzie indziej prezesi też wariują, wśród klubów z ambicjami stosunkowo stabilnie - nie dominują tam pierwszoroczniacy - jest tylko w Częstochowie (długo sensacyjny wicelider ligi), którego jednak przydusza do boiska przeciętna kondycja finansowa. Być może dlatego stawka dzieli się na hegemona i poszatkowaną na drobno resztkę - pod Skrą hierarchia się rozmywa, każdy może tam pokonać każdego, a wielkiej sensacji nie wywoła.

Jak rywalom trzeba wytknąć ułatwiające bełchatowianom przywiązanie do chaosu, tak wypada dostrzec okoliczności łagodzące. Dzięki miażdżącej przewadze ekonomicznej zarządcy z Bełchatowa (z budżetem niemal dwukrotnie wyższym od najbogatszych konkurentów) wznoszą potęgę bez wyrafinowanej strategii transferowej - selekcja odbywa się gdzie indziej, oni tylko werbują juniorskich i seniorskich reprezentantów kraju. Proces upodabniania klubu do kadry się nasila, więc mamy już właściwie PolSkrę Bełchatów. Teraz w obu drużynach obserwujemy przygotowywanie do łagodnej zmiany pokoleń. Libero więdnącego (Gacka) zastąpił libero rozkwitający (Zatorski), przy mistrzach Europy (Pliński z Możdżonkiem) dojrzewa środkowy przyszłości (Kłos), zaraz zgodnie z logiką wydarzeń podawać piłkę sławniejszym kolegom zacznie zapewne najdorodniejszy młody rozgrywający (Drzyzga). Proste jak drut, prąd płynie swobodnie - zapraszamy głównie Polaków, zakłóceń wywołanych problemami z aklimatyzacją nie ma, przeciwnikom oddamy lub wypożyczymy tylko kadrowiczów przez nas niechcianych, komu podobają się inne miasta i miasteczka, tego porazimy ciężkim szmalem i w końcu zamieszka u nas.

I tak wśród czołowych lig na kontynencie polska pozostaje zjawiskiem osobnym. Odkąd w 2005 r. zapanowała u nas Skra, Włosi wyłonili pięciu mistrzów kraju, a Rosjanie, Grecy i Francuzi - trzech. Monopol utrzymuje się w krajach siatkarsko uboższych, czyli całej resztce (europejskiej). Oby Skra wreszcie przypomniała w Lidze Mistrzów, że my do nich nie należymy. W końcu inni reprezentacji swojego kraju tam nie wysyłają.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Więcej o: