Sport.pl

MŚ siatkarzy: Polacy spróbują dotknąć złotej Brazylii

Trener Daniel Castellani wrócił tam, skąd wywodzi się jego rodzina. Polscy siatkarze też wpadną w czwartek na znajomych - zagrają na mundialu z Brazylią, na mecze z którą wychodzili w minionych latach jak na ścięcie. Relacja Z Czuba i na żywo od 21 na Sport.pl
Jesteście z Polski!? To musiała przyciągnąć was tutaj siatkówka! - krzyczy rozradowany właściciel restauracji Oltremare. Żałuje, że na mistrzostwa świata nie wykurował się Sebastian Świderski - wie o zerwanym ścięgnie Achillesa reprezentanta Polski, bo po godzinach kibicuje nieodległemu Lube Banca Macerata, byłemu klubowi naszego siatkarza. Wie też, kto biało-czerwoną drużynę prowadzi, bo to jego krewny.

- Wasz trener jest kuzynem mojego wujka Luigiego. Cała rodzina Daniela wywodzi się z tych okolic, a Daniel odwiedza mnie zawsze, kiedy sprowadza go tutaj sport - mówi Fiorenzo Castellani i z dumą prezentuje zdjęcie, na którym stoi w lokalu wraz z selekcjonerem reprezentacji Polski.

Jesteśmy w niespełna 10-tysięcznym miasteczku oddalonym 20 km od Ankony, w której nasi siatkarze zmierzą się w czwartek z broniącą złota Brazylią, a w piątek z broniącą brązu Bułgarią.

- Z Porto Recanati wyemigrował w 1922 roku mój dziadek. Kiedy tylko okazało się, że w drugiej rundzie będziemy grali tutaj, natychmiast zacząłem obdzwaniać krewnych. Kilku na pewno przyjedzie dopingować nas z trybun - mówi trener Castellani. I rzeczywiście, Fiorenzo przysięgał, że meczu Polaków nie odpuści. Dołączy do przeszło 5 tys. kibiców, gospodarze już w środę wyprzedali komplet biletów.


Coś w Brazylii pękło


Siatkarze też zetkną się z rywalem doskonale znanym. Brazylię po 2002 roku usiłowali powalić wielokrotnie, zawsze z mizernym skutkiem. Ćwierćfinał ateńskich igrzysk? 0:3. Turniej olimpijski w Pekinie? 0:3. Finał ostatniego mundialu? 0:3. Turniej finałowy Ligi Światowej w Katowicach? 1:3. Cztery porażki, ledwie jeden urwany set... W meczach o stawkę przegrywali biało-czerwoni zawsze i wszędzie, nie umieli nawet zmusić rywali do tie-breaka. Oddawali im także sparingi, dopiero niedawno wreszcie się przełamali - ale tamto pojedyncze towarzyskie zwycięstwo, poprzedzające serię czterech porażek, na tle całości nie wygląda groźniej niż pokazanie języka przeciwnikowi, któremu zamierzało się dać w zęby.

Zagadki czarnej passy nie wyjaśniała absolutna hegemonia Brazylii - mistrza i wicemistrza olimpijskiego, dwukrotnego mistrza świata, ośmiokrotnego triumfatora Ligi Światowej (na dziesięć ostatnich edycji!). "Canarinhos" obwołano nie tyle drużyną dekady, ile drużyną wszech czasów. Grupą tak uzdolnioną, pracowitą, zwartą i zmotywowaną przez fenomenalnego trenera Bernardo Rezende, że wynoszącą siatkówkę na niespotykany dotąd i oczywiście nikomu innemu niedostępny poziom. Jej zachwycające wzloty nad siatkę nie wystarczają do zrozumienia notorycznych polskich klęsk, bo Brazylijczykom wpadki jednak się przytrafiały. Popularność zyskała nawet teoria, że faworyci celowo wpędzali samych siebie w tarapaty - oczywiście na wczesnym etapie turnieju - by zmusić się do jeszcze bardziej wytężonego wysiłku.

Dziś tamta teoria straciła sens, bo przeświadczenie rywali o nietykalności Brazylii już tej ostatniej nie chroni. Przeczucie, że można ją pokonać, narastało, odkąd wskutek konfliktu z selekcjonerem drużyna straciła rozgrywającego Ricardo Garcię. Idealnej harmonii w kanarkowej szatni nie było nigdy, siatkarze chętnie opowiadali, jak wywoływali awantury, które ich inspirowały. Ale dopiero po odejściu genialnego wystawiającego naprawdę coś pękło i zaczęło przybywać rys na wizerunku dotąd nieskazitelnym.

W 2008 r. "Canarinhos" zdetronizowali Amerykanie - najpierw w LŚ, potem na igrzyskach w Pekinie. I choć kolejne edycje LŚ Brazylijczycy znów wygrywali, nikt już nie spoglądał na nich jak na półbogów. Uczłowieczył ich i nieco niższy poziom gry, i gwałtownie rosnąca liczba wpadek. Drobnych - jak dwie sparingowe porażki z Niemcami sprzed kilku tygodni, oraz poważniejszych - jak poniedziałkowa porażka z Kubą. Faworytom, choć awansowali wcześniej, bardzo zależało na zwycięstwie, po meczu przyznawali, że chcieli uniknąć gry z rozpędzoną Polską. Ale zwyciężyć nie zdołali.


Potem groźny już nie będzie nikt


Brazylijczycy pozostają faworytami mistrzostw, utrzymują się na szczycie dzięki oszałamiająco wydajnemu pomysłowi na siatkówkę, dzięki któremu bezboleśnie zastępują gasnące gwiazdy na gwiazdy wschodzące. Nawet oni jednak nie mają gwarancji, że w każdym pokoleniu wyrosną superbohaterowie. O czym właśnie się przekonują. Rozgrywający Bruno Rezende, syn selekcjonera, nie doścignął na razie rozdającego kolegom piłkę w tempie ponaddźwiękowym Ricardo. Mario nie umie kontrolować przy ziemi całego boiska, tak jak czynił to poprzedni libero Sergio. Wreszcie Giba, najbardziej wartościowy zawodnik mundialu z 2006 r., skończy zaraz 34 lata, więc członki nie pozwalają mu już skakać bez ustanku. Też stał się bardziej ludzki.

Jako lider wyręcza go teraz Endres Murilo, skrzydłowy, który na pułap światowy podfruwał na oczach polskich kibiców - podczas turnieju finałowego LŚ w katowickim Spodku przed kilku laty. W Italii mówi się jednak przede wszystkim o narastających kłopotach "Canarinhos". Rezerwowy rozgrywający Marlon nadal nie wrócił do treningów i staje się coraz mniej prawdopodobne, że jeszcze zdąży pomóc kolegom - wskutek ataku tajemniczego wirusa na jelita schudł już o pięć kilo, lekarze nie wykluczają interwencji chirurgicznej. Jego pech radykalnie ograniczył możliwość manewru brazylijskiego selekcjonera, który nie może dać odsapnąć Bruno, zaskoczyć przeciwnika zmianą stylu gry, dokonać podwójnej zmiany - wystawiającego oraz atakującego - by tego ostatniego przysunąć do siatki etc.

Rezende ograniczają też kule. Najbardziej rozszalały siatkarski trener zerwał ścięgno Achillesa i mecze po raz pierwszy w trenerskiej karierze ogląda na siedząco, a kilku jego ludzi narzeka na drobne dolegliwości. Polacy trafią na Brazylię wrażliwszą na ciosy niż kiedykolwiek w bliskiej przeszłości i na Brazylię uginającą się pod ciężarem nieszczęść.

A sami suną od zwycięstwa do zwycięstwa, unikają kontuzji, trener Castellani dbał teraz głównie o to, by nie zajęli głów rozmyślaniem o skandalicznym regulaminie turnieju, który skazał ich na drugą rundę w gronie samych medalistów poprzednich MŚ. Z trzech drużyn do następnej fazy przetrwają dwie, czwartkowe zwycięstwo awansu nie gwarantuje - może go odebrać ewentualna piątkowa porażka z Bułgarią. Ale jeśli wreszcie uda się powalić Brazylię, to łatwiej będzie uwierzyć, że mocniejszy od Polski nie jest nikt.

Typujemy wynik meczu Polska - Brazylia:
Więcej o: