Sport.pl

Heyneke Meyer - trener, który wie, że wygra

Jego Blue Bulls w 2002 roku nie tylko zagrali w półfinale Currie Cup, ale wygrali całe rozgrywki. W kolejnych dwóch sezonach dokonali tego samego. Tak 44-letni dziś Meyer, który w ostatni piątek został oficjalnie mianowany nowym trenerem reprezentacji RPA, wyrobił sobie nazwisko w światku rugby.
Był maj 2002 r. Heyneke Meyer, trener rugby z Republiki Południowej Afryki, będzie ten dzień pamiętał do końca życia. Jego ojciec przechodził właśnie operację wszczepienia by-passów, a w tym samym czasie, w tym samym szpitalu w Pretorii jego żona Linda dowiedziała się, że ma raka. Na domiar złego po fatalnym sezonie w Super 14 (rodzaj Ligi Mistrzów w rugby dla drużyn z RPA, Australii i Nowej Zelandii, czyli najsilniejszych krajów w tej dyscyplinie sportu), gdzie jego zespół zajął ostatnie miejsce z dorobkiem jednego punktu, grupa byłych zawodników "Niebieskich Byków" z Pretorii domagała się natychmiastowej dymisji szkoleniowca.

- Wiedziałem, że potrzebuję mentalnej siły, aby to wszystko przetrwać. Musiałem doprowadzić Bulls co najmniej do półfinału w Currie Cup [mistrzostwa RPA w rugby] albo moja przyszłość w tym sporcie wyglądałaby bardzo marnie. Przetrwałem - wspomina Meyer. Nie ukrywa przy tym, że wiara w Boga była tym, co najbardziej pomogło mu wyjść z opresji.

Jego żona zwalczyła raka i razem wychowują trzech synów. Jego Blue Bulls w owym 2002 roku nie tylko zagrali w półfinale Currie Cup, ale wygrali całe rozgrywki. W kolejnych dwóch sezonach dokonali tego samego. Tak 44-letni dziś Meyer, który w ostatni piątek został oficjalnie mianowany nowym trenerem reprezentacji RPA, wyrobił sobie nazwisko w światku rugby.

Meyer trochę przypomina José Mourinho. Jako rugbista nie zrobił wielkiej kariery. Gdy tylko obronił dyplom z psychologii sportu na uniwersytecie w Pretorii, zajął się trenerką. Uchodzi za znakomitego taktyka i mentora swoich zawodników.

Gdy starał się w 2002 r. o pracę w Bulls opowiedział zarządowi historyjkę: dwóch ludzi dostało zadanie, by zaopatrzyć wioskę w wodę. Jeden wziął wiadra i od razu zaczął ją nosić od źródła. Drugi obserwował, policzył, porozmyślał i przeprowadził rurociąg do wioski. - Powiedziałem im, że ja będę tym drugim - opowiada Meyer.

Największy sukces odniósł w 2007 r. Jego zespół - jak pierwsza drużyna z RPA w erze zawodowej - wygrał Super 14. W finale Bulls pokonali rodaków z Durbanu - Sharks po dramatycznym meczu. Znów zadziałała przypowieść. Meyer opowiedział zawodnikom o ludziach, którzy przyszli do kościoła, aby modlić się o deszcze. Nie mogli być jednak wysłuchani, bo żaden nie przyniósł ze sobą parasola. - Chciałem im tym powiedzieć, że nie wystarczy wierzyć w zwycięstwo, ale trzeba wiedzieć, że wygramy.

Bulls przegrywali 19:13, zanim dwie minuty po regulaminowym czasie gry zdobyli przyłożenie i zwycięskie punkty z podwyższenia.

Już wtedy Meyer był faworytem do objęcia posady trenera reprezentacji RPA. Przeszkodził mu jednak jego... kolor skóry. Władze związku nie ukrywały, że przyszedł wreszcie czas, aby kadrę poprowadził pierwszy czarnoskóry szkoleniowiec. Jake White'a zastąpił Peter de Villiers, trener reprezentacji młodzieżowej.

Rozczarowany Meyer zrezygnował wtedy w ogóle z rugby i zaczął pracę w firmie produkującej sportowe odżywki. Nie wytrzymał jednak długo. Najpierw przyjął najbardziej utytułowany angielski zespół ostatnich lat - Leicester Tigers (z powodów rodzinnych w trakcie sezonu musiał wrócić do RPA, ale zostawił zespół na pozycji lidera i w ćwierćfinale Pucharu Europy), potem objął kierownicze stanowisko w Bulls. Teraz ma cztery lata, by odzyskać dla Springboks miano najlepszej drużyny świata. - Są tylko dwa rodzaje rugby: jedno, które prowadzi do zwycięstwa, i drugie, które wiedzie do przegranej. Ja reprezentuję to pierwsze - powiedział po objęciu stanowiska.

Michał Kiedrowski

Więcej o: