Półfinał ME w piłce ręcznej. Przegrana bitwa o finał
Polscy piłkarze ręczni nie zagrają o złoty medal mistrzostw Europy. - Przegraliśmy w pięć minut pierwszej połowy - mówią zgodnie po przegranej bitwie w półfinale z Chorwacją 21:24. W niedzielę o godz. 15 gramy z Islandią o brązowy medal.
Zapis relacji Z Czuba  »
Na trybunach wiedeńskiej Wiener Stadthalle pewnie dawno nie było tak biało-czerwono. Większość spośród 11 tysięcy widzów stanowili bowiem fani z Polski i Chorwacji. Jedni i drudzy długo przed rozpoczęciem meczu nie szczędzili gardeł. - Gramy u siebie, Polacy gramy u siebie - skandowali kibice z Polski.
- Postaramy się myśleć tylko o meczu, nie mieć nic innego w głowach - zapowiadał przed spotkaniem Mariusz Jurkiewicz. Rozgrywający hiszpańskiej Navarry mówił tym samym o pełnej koncentracji w pojedynku z Chorwatami. Tego czego zabrakło w pierwszej połowie przegranego meczu z Francją. - Ale wierzę, że za dwa dni głowy moich zawodników będą tak puste, a jednocześnie tak naładowane informacjami, że nic innego nie będzie im przeszkadzało - mówił wówczas Wenta.
I tak było. Na przedmeczowej rozgrzewce zawodnicy klepali się po plecach, co chwila przybijali "piątki", a po odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego aż skoczyli do góry głośno krzycząc między sobą.
Miała być bitwa i była bitwa. Polacy świetnie bronili, a sytuacje, w których niewielki Bartłomiej Jaszka przepychał się z potężnym Igorem Vori mogły wyglądać komicznie, ale ani dla "Jachy" ani broniącego obok rekonwalescenta Artura Siódmiaka komicznie pewnie nie były. Walka toczyła się cios za cios. Polacy prowadzili, ale Chorwaci nas doganiali. W bramce biało-czerwonych dobrze spisywał się Sławomir Szmal - m.in. w 9. minucie pokazał Voriemu jak potrafi bronić jego rzuty. Potężny kołowy zapamięta pewnie naszą obronę, bo mecze, w których nie zdobył żadnej bramki należą pewnie do rzadkości. Bardzo dobrze grał Karol Bielecki, a piłka lecąca po jego rzutach z prędkością 107 lub 110 km/h była nie do złapania przez świetnego chorwackiego golkipera Mirko Alilovicia.
Lino Cervar, trener wicemistrzów świata, zmieniał ustawienie w ataku, który nie radził sobie ze świetną polską obroną. Zmieniał też Wenta, z tym że nowa druga linia także spisywała się dobrze. W 20. min po bombie z rozegrania Mariusza Jurasika prowadziliśmy 8:6, a chwilę później po kontrze Michała Jureckiego - 9:7. Tomasz Rosiński znalazł "Dzidziusia" dokładnie w tym miejscu, w którym zawsze stoi jego brat Bartosz, czyli na kole. Cervar nie wytrzymał i poprosił o czas. Chorwatów od większych strat ratował głównie skuteczny Ivano Balić. Niespełna półtorej minuty przed przerwą powtórzyła się sytuacja z pojedynku w poprzedniej rundzie z Hiszpanią. Drugą karę dwóch minut dostał Siódmiak.
Po zmianie stron zastąpił go Daniel Żółtak. Najgorsze przyszło chwilę później. - Zaczęli wtedy robić długie, podwójne i potrójne krzyżówki, a my zupełnie niepotrzebnie za nimi biegaliśmy. Rozrzucili nas w ten sposób w obronie i na środku Duvnjak znajdował się sam na sam ze Sławkiem - opowiadał tuż po spotkaniu Mariusz Jurasik. A chorwacki rozgrywający nie zwykł marnować takich szansy. W trzy minuty zdobył trzy bramki rzędu i Chorwaci objęli prowadzenie 12:10. - To zdecydowało o naszej porażce - przyznał potem Jurasik.
Do tego wydawało się, że koncert rozpoczyna Alilović, bo popisał się kilkoma interwencjami. Potem jednak już nie był tak skuteczny - w całym meczu obronił 8 z 29 rzutów, czyli miał 28-procentową skuteczność. To mało. W polskiej bramce "Kasa" odbił 14 z 37 rzutów Chorwatów (38. proc.).
Polacy mieli już jednak problemy z obroną rywali, bo Chorwaci zmienili ją bardziej wysuwając środkowego obrońcę. Bezbłędnie karne wykorzystywał tez Ivano Cupic i w 40. min podwyższył na 15:12. Takiej przewagi żadna druzyna w cały meczu dotąd nie miała.
Chorwaci postanowili też nie dopuszczać do gry w osłabieniu w ataku. Gdy jeden z ich zawodników siadał na ławce kar, trener ściągał bramkarza a na boisko wchodził Balić. Nie zdobywał już może tylu goli, ale pomagał kolegom z drużyny. W 55. min Cupić zdobył jedyną w tym meczu bramkę z akcji i zrobiło się już czterema bramkami dla rywali (22:18). Bogdan Wenta poprosił o czas. Przypomniał się mecz sprzed tygodnia ze Słowenią, gdy właśnie w ostatnich minutach biało-czerwoni doprowadzili do remisu przegrywając kilka minut przed końcem czterema golami.
Tym razem tak nie było. I choć Szmal spisywał się znakomicie m.in. znów w sytuacji sam na sam powstrzymując
Voriego, a Piotr Wyszomirski obronił w końcu karnego Cupicia, to Chorwaci kontrolowali sytuację. - Spokój i wyrachowanie Chorwatów wzięło górę - przyznał Wenta.
Być może końcówka byłaby jeszcze bardziej emocjonująca, bo Chorwaci coraz bardziej mieli problemu w ataku, a sędziowie sygnalizowali ich pasywna grę, gdyby nie sytuacja z 56. minuty. Szmal obronił rzut Cupicia, a chorwacki zawodnik wszedł w pole bramkowe. To sędziowie zauważyli, ale tego, że zamiast położyć piłkę - jak nakazują przepisy - odrzucił ją w bok, już nie. Powinien dostać za to karę dwóch minut. Szmal wznowił grę, ale Wenta przy linii protestował przeciwko zostawieniu Cupicia na boisku. - Sędziowie przerwali grę i upomnieli trenera żółtą kartką za niesportowe zachowanie. A w takim przypadku zawsze zabiera się też piłkę drużynie - tłumaczył potem Marek Góralczyk, sekretarz generalny Związku Piłki Ręcznej w Polsce, sędzia międzynarodowy. - Ta scena nie była kluczowa dla meczu, ale na pewno bardzo wpłynęła na końcowy wynik - stwierdził Wenta.
Dół, ale mistrzostwa jeszcze się nie skończyły
- Sędziowie nam przeszkadzali, ale myśmy im w tym przeszkadzaniu nie przeszkadzali. Przegraliśmy z Chorwacją, w niedzielę gramy z Islandią o brązowy medal -
pisało podczas meczu Z Czuba.
Chorwackie media: Sędziowie są z nami
Wenta traci dobry humor i za skargi dostaje żółtą kartkę. Obrona w końcu jest naszą siłą, a "strzelankę" ułatwiają dziury w obronie Polaków -
pisały w swoich relacjach na żywo chorwackie portale sportowe.