Sport.pl

Piłka ręczna. Polska - Norwegia 27:32. Trzy mecze i trzy porażki w Golden League, ale Przybecki i jego ludzie sporo wygrali

Trzy porażki, jedna bardzo dotkliwa, sporo złej gry i prostych błędów - to wszystko pokazali polscy piłkarze ręczni w turnieju Golden League w Danii. Ale ci, którzy oglądali zespół Piotra Przybeckiego w starciach z Francją, Danią i Norwegią, pewnie nie żałują i nie powiedzą, że stracili czas. Budowana na nowo kadra pokazała spory potencjał i jeszcze większy charakter.

W niedzielę Polska przegrała z Norwegią 27:32, dzień wcześniej uległa Danii 25:26, a w czwartek nie miała szans w starciu z Francją, przegrywając aż 15:29. Czego dowiedzieliśmy się o naszej kadrze z tych meczów?

Wróciło widmo największej klęski w historii

Szarpane ataki kończone bezmyślnymi rzutami z nieprzygotowanych pozycji, do tego mnóstwo strat i jeszcze zatrważająca bierność w obronie – przy tak grających Polakach Norwegowie bez trudu szybko wyszli na prowadzenie, które bardziej nerwowych kibiców pewnie doprowadziło do wyłączenia telewizorów/zmiany kanału. Kiedy podopieczni Piotra Przybeckiego przegrywali 0:6 i 3:12, widzom regularnie śledzącym występy naszej reprezentacji musiał się przypomnieć jej ostatni mecz z Norwegami. W czerwcu bieżącego roku w Elverum Polska przegrała z tym rywalem 22:41. To prawdopodobnie najwyższa porażka naszej kadry w historii. W niedzielę oczy bolały od patrzenia na pierwszą połowę meczu z Norwegami, a w czwartek od oglądania całego spotkania z Francją. Wiedzieliśmy, że jadąc do Danii na turniej Golden League nasz tworzony na nowo zespół musi się spodziewać bardzo trudnych przepraw, bo zmierzy się z trzema gigantami (Francja to mistrz świata, Dania jest mistrzem olimpijskim, a Norwegia – wicemistrzem świata). Ale były w tej imprezie takie momenty w grze biało-czerwonych, za które mimo wszystko trudno ich rozgrzeszyć. Na szczęście jeszcze więcej było tak dobrych momentów, jakich na tym etapie budowy drużyny spodziewać się było jeszcze trudniej.

Poddać się? Nigdy

Przede wszystkimi nasi zawodnicy nie spuszczali głów. Dwa dni po laniu od Francji do ostatniej akcji walczyli o zwycięstwo z Duńczykami, mistrzami olimpijskimi. Grając na ich terenie przegrali jedną bramką. Na trzy minuty do końca prowadzili dwoma trafieniami. Zabrakło im doświadczenia, nie mieli tej siły spokoju, o którą trudno, kiedy ma się w kadrze dopiero po kilkanaście rozegranych meczów. Ale siłą charakteru tego dnia bezsprzecznie zaimponowali. Po raz drugi zrobili to grając z Norwegami. Na gromy za wejście w spotkanie zasłużyli, ale później jeszcze bardziej zasłużyli na ukłony. Oni w końcu doprowadzili do remisu (23:23 w 49. minucie), a końcówkę znów przegrali przez brak ogrania, po które właśnie na Golden League pojechali. Spokojnie, tego nauczyć się łatwiej niż tego, że co by się nie działo, nie wolno się poddać.

 Miś Yogi się obudził

- Na razie wiemy tylko jedno: jesteśmy mocni w bramce, to pokazujemy. Piotrka Wyszomirskiego nie było w kadrze, wrócił i zagrał bardzo dobrze, a jest jeszcze Adam Malcher, są młodzi Mateusz Kornecki i Adaś Morawski. Tu nie mamy się o co martwić – mówił po meczu z Francją Damian Wleklak w rozmowie ze Sport.pl. W spotkaniu z mistrzami świata Wyszomirski był jedynym Polakiem, który zagrał dobrze (m.in. obronił trzy rzuty karne, a Francuzi zmarnowali jeszcze jednego, trafiając w poprzeczkę). W dwóch kolejnych meczach koncerty gry między słupkami dał Malcher. Wyglądający niezdarnie „Yogi” od lat uchodził za bramkarza dobrego, ale w kadrze nigdy nie błyszczał. Debiutował dziewięć lat temu, a do niedzieli zdołał uzbierać tylko 56 występów. Wyszomirski jest od 31-latka młodszy o dwa lata, a w reprezentacji rozegrał już ponad dwa razy więcej meczów (120). Po odejściu Sławomira Szmala i Marcina Wicharego to Wyszomirski był typowany na numer 1. Teraz wyżej wydają się stać akcje Malchera (i z Danią i z Norwegią został uznany naszym najlepszym zawodnikiem). A Wleklak, były kapitan i były trener kadry, ma rację, kiedy twierdzi, że z tą dwójką będą walczyć dwaj bramkarze z rocznika 1994, czyli Kornecki i Morawski. Czyli po wielkim Szmalu „Kasie” między naszymi słupkami nie brakuje klasy.

Do odkrycia armata i artyści

Jest mała, ale wielce zasłużona laurka dla Malchera, to niech będą i dowody uznania dla jeszcze kilku zawodników, którzy w Danii pokazali, że możemy mieć z nich pociechę. - Muszę powiedzieć, że trochę więcej chciałbym zobaczyć od Tomka Gębali. Szkoda, że on trochę w siebie nie wierzy. To jest wielki chłop z atomowym rzutem, ale widać, że bez przekonania, że go ma. W końcówce miał dwie okazje i obie zmarnował – mówił nam po meczu z Danią Tomasz Tłuczyński. W meczu z Norwegami 22-latek z Wisły Płock rzucił siedem goli, był naszym najlepszym strzelcem. Wreszcie zaczął wykorzystywać swoje 212 cm wzrostu i prawie 100 kg wagi. Karolem Bieleckim Gębala nie jest, ale miło byłoby, gdyby choć trochę przypominał go czymś jeszcze poza rudym kolorem włosów.

Z rozwojem „armaty” Gębali wiążemy tak duże nadzieje, jak z postępem, jaki w najbliższych latach ma zrobić jeden z naszych najlepszych techników, Arkadiusz Moryto. Prawoskrzydłowy ma dopiero 20 lat, a już zakontraktowało go Vive Kielce, które bierze wyłącznie najlepszych, by w przyszłości znów wygrać Ligę Mistrzów. Przebojowy chłopak ze świetnie ułożoną rękę w tym sezonie jeszcze zostanie w Zagłębiu, by w Lubinie pilnie się uczyć i by później być w Vive jedną z kluczowych postaci. Według Wleklaka takimi postaciami w naszej kadrze wkrótce powinni być wszyscy skrzydłowi, a więc poza Morytą jeszcze 22-letni Jan Czuwara i bardziej doświadczeni Michał Daszek (ma 25 lat) oraz Przemysław Krajewski (32 lata, mecz z Norwegią był jego 100. występem w reprezentacji). - Nawet w naszych najlepszych latach, za kadencji Bogdana Wenty, nie mieliśmy tak wyrównanych skrzydłowych jak teraz – twierdzi Wleklak. Według niego wymieniona czwórka ma łącznie większą wartość od dawnej czwórki: Mariusz Jurasik, Tomasz Tłuczyński, Mateusz Jachlewski, Patryk Kuchczyński. To naprawdę duży komplement.

 Człowiek z klasą na trudne czasy

Gdyby Tałant Dujszebajew zdobył z Polską olimpijski medal na igrzyskach w Rio – a przecież był tak blisko, że bliżej już się nie da, bo półfinał z Danią przegrał jedną bramką po dogrywce – to pewnie postawilibyśmy mu pomnik za to, że tak pięknie pomógł skończyć reprezentacyjne kariery kilku legendom naszego szczypiorniaka. Niestety, Kirgiz z hiszpańskim paszportem z polską kadrą pożegnał się w nieprzyjemnych okolicznościach; nie wytrzymał nerwowo porażki w eliminacjach ME 2018 i zrezygnował w ich trakcie. Szacunek byłemu trenerowi kadry się należy, ale o przejaw braku tego szacunku trudno byłoby oskarżyć kogoś, kto powiedziałby, że za Dujszebajewem nie tęskni. Przybecki mierzy się z ogromnie trudnym zadaniem, a pracuje z dużym spokojem i już - naprawdę szybko - z pierwszymi efektami. Pewnie, że remis z Serbami i zwycięstwo nad Rumunami w końcówce przegranych eliminacji ME 2018 nie są epokowymi sukcesami.

Jasne, że po stronie wymiernych zysków nie zapiszemy też wyników Polski z Golden League. Ale w tych meczach było widać nowe pomysły, nową energię i tę starą, dobrą wolę walki, za którą Polacy lata temu pokochali reprezentację piłkarzy ręcznych. Czy w momencie, w którym kadrę trzeba przeprowadzić przez najtrudniejszy dla niej okres od ponad dekady Przybecki jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu? Trudno nie odnieść takiego wrażenia i patrząc na to, na co wymieniamy wyżej, i na to, jak trener reaguje nawet w najtrudniejszych momentach. Na przerwach na żądanie zawsze jest spokojny, zawsze przekazuje zawodnikom mnóstwo konkretnych wskazówek. Pomaga, jak tylko może. Miło się na to patrzy.

UFC 217. Joanna Jędrzejczyk żartuje z trenera. "Jest słaba i nie ma szybkości"

Więcej o:
Skomentuj:
Piłka ręczna. Polska - Norwegia 27:32. Trzy mecze i trzy porażki w Golden League, ale Przybecki i jego ludzie sporo wygrali
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX