Sport.pl

MŚ w piłce ręcznej. Zwycięstwo z Serbią na osłodę

Polscy piłkarze ręczni wygrali po dramatycznej końcówce z Serbią 27:26. Gola na wagę zwycięstwa zdobył w ostatnich sekundach krytykowany na tych mistrzostwach Karol Bielecki. Zwycięstwo na otarcie łez - wcześniej Szwecja pokonała Chorwację i tym samym pogrzebała nadzieję Polaków na awans do półfinału.
Mecz z Serbią był pełen walki. Można powiedzieć, że pomimo faktu, iż na przerwę schodziliśmy przegrywając jednym punktem, to kibicie widzieli najlepsze w wykonaniu polskiej drużyny 30 minut na tych mistrzostwach. W drugiej połowie, już tradycyjnie, drużyna Wenty wrzuciła drugi bieg i uciekła rywalom na kilka bramek. Nie było jednak łatwo. Serbia doskoczyła, a na kilka minut przed końcowym gwizdkiem objęła prowadzenie.

Końcówka nerwów, czasy brane przez trenerów, wykluczenia - wszystko mogli przeżywać kibice w Malmoe, gdzie biało-czerwone trybuny skandowały hasła, które miały podnieść Polaków na duchu.

Ostatnia minuta spotkania, a na tablicy remis. Wenta bierze czas. Ostatnia akcja. Piłka trafia do Bieleckiego, który na tych mistrzostwach nie błyszczał, miał fatalną skuteczność. Tym razem wyszedł mu jednak idealny strzał, a rzut rozpaczy Szwedów wybronił Wyszomirski.

Polska pokonała Serbię i weszła do strefy, która pozwala nam wziąć udział w kwalifikacjach do Igrzysk Olimpijskich.

Jechaliśmy jako faworyci

Reprezentacja Bogdana Wenty jechała do Szwecji w roli jednego z faworytów - przynajmniej w Polsce. Ale przegrała najważniejszy mecz - z gospodarzami. A w sobotę drugi - mając nóż na gardle - z Danią. Druga porażka spowodowała, że los Polaków w turnieju już nie zależał od nich, lecz od wyników innych spotkań drugiej rundy.

Pierwszym warunkiem pozostania biało-czerwonych w walce o medale było zwycięstwo Chorwacji nad Szwecją. I już ten warunek nie został spełniony - bramkarz szwedzki Johann Sjostrand bronił szaleńczo. Chorwacja goniła, zmniejszyła przewagę nawet do dwóch bramek, ale kiedy taki gracz jak Ivano Balić kręci głową z niedowierzaniem po własnych rzutach, o zwycięstwo trudno. Drugim - zwycięstwo nad Serbią.

- Może to zdenerwuje kibiców, ale naszym celem jest przede wszystkim awans do kwalifikacji olimpijskich - mówił przed wyjazdem do Szwecji trener Wenta. Wydawało się to krygowaniem się, ale teraz Polacy rzeczywiście muszą walczyć o udział w turniejach kwalifikacyjnych do igrzysk olimpijskich. Aby w nich zagrać muszą zająć na mistrzostwach świata przynajmniej siódme miejsce. W tej walce sukces wcale nie jest pewny.

Ale biało-czerwoni sami się postawili w takiej sytuacji.

Musieli się podnieść po porażce ze Szwecją jak pięściarz po ciężkim ciosie. Ale zagrali drugi mecz z gospodarzami - w sobotę nieludzką wrzawę w Malmö Arena robiło 10 tysięcy Duńczyków, którzy przyjechali z oddalonej zaledwie o 30 km Kopenhagi.

Wkrótce okazało się, że miało to wielkie znaczenie, bo czymś trzeba wytłumaczyć nieudane pierwsze połowy obydwu meczów z gospodarzami, tymi prawdziwymi i przyszywanymi. Tak jakby zgiełk czyniony przez Szwedów i Duńczyków w pierwszej połowie obydwu spotkań odebrał Polakom luz i umiejętność podejmowania właściwych decyzji.

Daniel Waszkiewicz, drugi trener, przedstawiany przez Bogdana Wentę zawsze jako pierwszy w geście uznania, zbiera w czasie meczu statystyki. W sobotę wyliczył, że przed przerwą drużyna oddała 19 rzutów niecelnych, obronionych, zablokowanych. Zdobyła dziewięć goli.

Dwie straty, błąd zmiany Artura Siódmiaka plus trzy nieudane próby Karola Bieleckiego i dwie Marcina Lijewskiego dały Duńczykom szansę nie tylko na odrobienie dwubramkowej straty z pierwszej minuty meczu, ale na mocne prowadzenie oraz prawo do popełniania błędów w ataku. Właściwie ich nie robili - zdobyli siedem bramek z rzędu.

Jeden z najbardziej doświadczonych polskich piłkarzy Marcin Lijewski opowiada, jak to jest, gdy taki mocarz jak on, zawodnik, na którego drużyna liczy w najtrudniejszych momentach, nie może przebić się do bramki rywala: - To się dzieje strasznie szybko. We krwi jest mnóstwo adrenaliny. Przelatują myśli: człowiek ma w sobie przecież wolę walki, chce pomóc. Wydaje ci się, że masz dobrą pozycję rzutową, oddajesz rzut, a tu rzut jest niecelny. Zaraz idzie kontra, a potem znowu gnasz do ataku i próbujesz coś zrobić, i szarpiesz się, i widzisz, że inni się szarpią, że ktoś inny rzuca w nieprzygotowany sposób, i znów idzie kontra. W ten sposób stworzyliśmy sobie chaos. I jak w niego wpadliśmy, to tkwiliśmy w nim.

Bielecki ostatnio nie rozmawia z dziennikarzami. Nie można zapytać go, jak znosi psychicznie sytuację, w której zawodzi - prawdopodobnie sam siebie najbardziej. Ile razy piłkarz może rzucać niecelnie, aby załamać się i odpuścić? Jak długo może wierzyć, że jego rzut nakręci drużynę do walki, więc wciąż próbuje, bo jest walczakiem?

- Zależy od sytuacji. Czasem ktoś coś zrobi na boisku i drużyna rusza do przodu, czasem rzeczywiście jest to impuls, czasem przychodzi samo z siebie. A czasem nie przychodzi w ogóle. Piłka ręczna nie jest równaniem matematycznym - mówi Lijewski.

Nie mówimy tu o pierwszym lepszym zawodniku, ale o Bieleckim, który dysponuje najsilniejszym rzutem z drugiej linii na świecie, który potrafi puścić piłkę z prędkością 120 km na godzinę, który jako junior z Sandomierza na pierwszym teście w Kielcach, jeszcze przed podpisaniem kontraktu, wrzucił piłką bramkarza do siatki.

W kwadrans, kiedy Bielecki był na boisku, oddał siedem rzutów. Zdobył jedną bramkę.

Po kolejnych nieudanych rzutach zmienił go Grzegorz Tkaczyk. Była to desperacka decyzja Wenty - Tkaczyka Szwedzi w czwartkowym meczu zatrzymali całkowicie (1 bramka przy sześciu rzutach). Pierwszą połowę Polacy przegrali 9:15.

- Chwała chłopakom za to, co zrobili w drugiej połowie - powiedział potem bramkarz Sławomir Szmal, który obronił tylko osiem rzutów rywali z 32.

Jeszcze tydzień temu trudno byłoby sobie wyobrazić drużynę walczącą jak równa z równą z najlepszymi na świecie bez Szmala, Bieleckiego, Lijewskiego, Artura Siódmiaka, Bartłomieja Jaszki, czyli największych bohaterów poprzednich kampanii - mistrzostw świata w Niemczech i Chorwacji, igrzysk olimpijskich i zeszłorocznych mistrzostw Europy.

Ale właśnie oni najmniej uczestniczyli w szaleńczej pogoni. - Zmiennicy - mówił Lijewski, robiąc charakterystyczny gest-cudzysłów - zagrali o wiele lepiej od nas.

Wenta po meczu dodał: - Widzę w tym coś dobrego, oczywiście oprócz wyniku, który jest do dupy.

Tkaczyk - właściwie można powiedzieć, że też nowy, bo wrócił po dwuletniej przerwie - w ofensywie rozgrywał cierpliwie do tych "zmienników": Mariusza Jurkiewicza - najlepszy w polskiej ekipie - i całkowitego debiutanta Mateusza Zaremby. W defensywie Jurkiewicz, Piotr Grabarczyk i Zaremba dali młodemu Piotrowi Wyszomirskiemu (wciąż po treningach i meczach nosi piłki w worku) odbić kilka ważnych piłek.

Jakaś część połowicznego sukcesu "zmienników" na pewno wzięła się z wyczerpania rywali. Mówił o tym zmęczeniu trener Duńczyków Ulrik Wilbek.

Jakaś część wzięła się z tego, że Polacy nie mieli już nic do stracenia.

Zmiennicy przyczynili się do wygrania drugiej połowy 18:13.

Ale było to o jedną bramkę za mało.

To nie tak, że mi się nie chce - mówi Marcin Lijewski  »


Więcej o: