Sport.pl

Pływanie. Co czuje delfin - autobiografia Phelpsa

Pierwszy raz widziałem Michaela Phelpsa na żywo na igrzyskach olimpijskich w Sydney w 2000 r. Już wtedy krążyły o nim niebywałe historie - o ADHD i energii skanalizowanej do pracy, o morderczej harówce, jaką wykonywał na basenie w Baltimore, o stopach jak płetwy delfina.
Obecny w Sydney senator, wcześniej telewizyjny komentator pływania na poprzednich dwóch igrzyskach Andrzej Person był zachwycony chłopcem, który stał się najmłodszym reprezentantem USA na olimpiadzie od 68 lat. - Patrz na tego 15-latka - mówił mi Person. - Ten chłopak zmieni historię pływania.

Wtedy w Sydney nie udało mu się zdobyć medalu, ale w finale 200 m stylem motylkowym był piąty, przy czym następny po nim najmłodszy finalista był aż o pięć lat starszy. Nie trzeba mówić, jaka różnica jest między 15-letnim chłopakiem a 20-30-letnimi facetami - w dojrzałości fizycznej, doświadczeniu i długotrwałości treningów.

Książka "Michael Phelps. Autobiografia", która wychodzi nakładem wydawnictwa Znak, kończy historię Phelpsa na 2008 r., kiedy pobił rekord Marka Spitza z 1972 r. i zdobył o jeden złoty medal więcej od niego, czyli osiem.

Na tym się kończy, ale zaczyna się od świetnego fragmentu o pierwszych wielkich igrzyskach Phelpsa w Atenach w 2004 r., kiedy był o włos od rekordu.

Pierwszym startem w stolicy Grecji był wyścig na 400 m stylem zmiennym. W nocy przyśniły mu się kadry filmu "Cud w Lake Placid", o amerykańskiej drużynie hokejowej, która zdobyła złoto w 1984 r. Nie było to takie zwykłe złoto: Amerykanie - amatorzy i gracze uniwersyteccy - pokonali w półfinale drużynę ZSRR, która zdobyła niemal każdy tytuł mistrzostw świata i olimpijski od 1954 r., i to w przemawiającym do emocji czasie, a mianowicie, gdy Armia Czerwona wjechała czołgami do Afganistanu.

Phelpsowi nie śnił się sam turniej hokejowy, ale to, co działo się cztery miesiące przed nim. W meczu towarzyskim przed igrzyskami Amerykanie przegrali między innymi z Norwegią. Po ostatnim gwizdku chcieli zjechać z lodowiska do szatni, ale trener Herb Brooks kazał im wrócić na lód. Przeprowadził trening masakrę. Kazał jeździć hokeistom od bandy do bandy, aż padali z wyczerpania. I jeszcze raz, i znów. Przyszedł halowy i zgasił światło, a Brooks wciąż powtarzał: - Again. Again.

To jest właśnie trening pływacki. Tak trenuje Phelps. Jego biografia jest nie tylko opisem zwycięstw, ale też opisem motywacji do wysiłku, poświęcenia pracy. Kiedy wieloletni trener pływaka Bob Bowman kazał wykonywać odcinki na maksa, bo uznał, że za mało włożył wysiłku, Phelps pływał kilkadziesiąt długości, mieląc wodę wyłącznie nogami. A trener wciąż żądał więcej. - Kiedy wyszedłem, nogi miałem gorące i plątały mi się jak spaghetti, wystarczyło je polać pomidorowym sosem - mówił.

Na jednym z pierwszych wspólnych treningów Bowman patrzył, jak jego chłopcy - Phelps był jednym z wielu w grupie - zachowują się nie na początku, nie w środku treningu, ale na ostatnich odcinkach. Phelps właśnie wtedy był najszybszy. - Treningi to jak wpłaty na konto. Trzeba uskładać tyle, żeby w najważniejszym momencie, gdy będziemy naprawdę potrzebować dużo pieniędzy, nie zabrakło środków na rachunku - mówił Bowman.

To dlatego w czasie roku przygotowań do igrzysk w Atenach Phelps miał tylko jeden wolny od treningu dzień, i to wyłącznie z powodu wyrwania zębów mądrości. Gdyby nie one, nie byłoby wolnego. W ciągu czterech lat od Sydney do Aten było pięć dni bez treningów, ani jeden nie przypadł na jakiekolwiek święto. To samo do igrzysk w Pekinie.

Przez ten czas Michael stał się najbardziej utytułowanym olimpijczykiem w historii z największą liczbą złotych medali ogółem i tych, które zdobył podczas pojedynczych igrzysk. Serie medalodajne nie kończyły się, nagrody i premie za kolejne tytuły i rekordy wzrosły do niebotycznych 65 mln dol. od Subwaya, Hiltona, Omegi, Speedo, Visa, Procter & Gamble.

I zakończył karierę w wieku 27 lat.

Doprowadził do tego, że kiedy w Londynie - książka tego nie opisuje - zdobył cztery złote medale i dwa srebrne, ludzie przyjęli to jako jego porażkę. Za coś zupełnie normalnego uznawali, że Phelps wygrywa każdy wyścig. A on w Londynie po prostu się bawił.

Przy okazji Phelpsa nie można tu uciec od jednej ważnej sprawy - dopingu.

Mniej więcej w tym samym czasie co on zakończył po raz drugi sportową karierę brązowy medalista igrzysk w Sydney w kolarstwie Lance Armstrong, idol Ameryki. Zakończył ją przymusowo jako dopingowicz i fałszywy triumfator niespotykanej serii siedmiu wyścigów Tour de France - został dożywotnio zdyskwalifikowany za systematyczny doping. Mimo że nigdy oficjalnie nie przyłapano go na używaniu niedozwolonych środków.

Analogia jest intrygująca, ale fałszywa.

Owszem, trening pływacki jest równie wyczerpujący jak Armstronga, pewnie bardziej monotonny, program startowy Phelpsa jest nieludzki, zupełnie jak kolarza przygotowującego się do Tour de France. Jeśli pływak startował na zawodach w ośmiu konkurencjach, musiał ścigać się 17 razy i zdarzało się, że podczas takiej serii, ścigając się z najlepszymi na świecie, kilkakrotnie bił rekord świata. Aż człowiek zastanawia się, jak to możliwe bez niedozwolonego wspomagania?

Są jednak różnice, dzięki którym można wierzyć w czystość Phelpsa.

Uczestniczył w najbardziej rygorystycznym programie antydopingowym - olimpijskim, znaczy innym niż Armstrong.

Nigdy nie ukrywał się przed agentami antydopingowymi, którzy w każdej godzinie i minucie wiedzieli, gdzie przebywa, również między zawodami - też inaczej niż Armstrong.

O ile w kolarstwie doping jest powszechny, o tyle w pływaniu - przynajmniej od czasu obalenia muru berlińskiego i poważnego wzięcia się za walkę z dopingiem w Chinach - zdarzają się tylko pojedyncze, niechlubne przypadki. W USA w ostatnich latach stwierdzono tylko jeden na reprezentacyjnym poziomie, co też inaczej wygląda niż w zawodowym peletonie.

Jeszcze jedno - pływanie to sport indywidualny, ale trenuje się w grupie. Żaden kolega nie kryłby Michaela tak, jak kryli Armstronga kolarze, których kariery i powodzenie, również finansowe, zależały wyłącznie od niego.

A najważniejsze, to znaczy najbardziej do mnie przemawiające, że ten chłopak jest nadal dzieckiem mimo 60 mln dol. na koncie, mimo czterech olimpiad i sportowego doświadczenia weterana, mimo profesjonalnego podejścia do treningu. A to wsiądzie po browarku za kierownicę, a to nawącha się czegoś na imprezie i w obu przypadkach potulnie znosi konsekwencje. To też zupełnie inaczej niż Armstrong.

Więcej o: