Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Robert Lewandowski nigdy nie porozmawiał z legendą Bayernu Gerdem Muellerem. Ten zaczął już znikać

Gdy Robert Lewandowski wchodził w świat Bayernu, Gerd Mueller zaczął z niego znikać. Nigdy nie porozmawiali o golach i życiu, nigdy nie zagrają w tenisa. Mueller jest, ale jakby go nie było. A w jego historii przewija się to, co w Bayernie najlepsze i najgorsze.

Nie tylko nie porozmawiali. Robert Lewandowski zastanawia się chwilę, ale nie: nie jest sobie w stanie przypomnieć, czy kiedykolwiek choćby uścisnęli sobie dłonie. Może tak. Ale Bayern robi bankiety na tyle osób, tyle legend, że kto by wszystkich spamiętał.

Słyszy o nim ciągle. Jeśli zostały mu jeszcze w Niemczech jakieś strzeleckie rekordy do pobicia, to zwykle należą do Gerda Muellera. Ma wokół ludzi, którzy grali z Gerdem Muellerem. Karl-Heinz Rummenigge i Uli Hoeness mówią mu czasem po meczach: Gerd też tak właśnie kiedyś strzelił jak ty. Gerd robił taki ruch przed strzałem, jak ty dzisiaj. Zapamiętał z ich opowieści, że Gerd grał zawsze w bardzo długich wkrętach: boiska były wtedy dużo gorsze, a Gerd miał potężne uda (tak potężne, że pierwszy trener w Bayernie powitał go okrzykiem: "Ciężarowca mi przysłaliście?", a jedna gazeta napisała w latach 60.: już sama pełnia tych ud, obwód 62 centymetry, warta jest wydania pieniędzy na bilet). Ale czy poznali się kiedykolwiek osobiście, Robert nie pamięta. Może tak. Raczej nie.

"Nigdy mi nie opowiedział o żadnym swoim golu"

Gdy Robert Lewandowski przechodził do Bayernu latem 2014, Gerd Mueller zaczął znikać za swoim murem na coraz dłużej, a dawnych kolegów z Bayernu zaczęło coś ściskać w gardle, gdy o nim mówili. Przez wiele lat, dzień w dzień, można go było zobaczyć przy boiskach na Saebener Strasse. A wtedy zaczął znikać. Klubowe bankiety i przyjęcia tym bardziej były już ponad siły Muellera. A jeśli tam nawet kiedyś był, w jednej sali z Lewandowskim, to raczej się do przodu nie wyrywał. Był tak nieśmiały, speszony tłumem, że nawet oficjalne wizyty w rodzinnym Noerdlingen go paraliżowały. Wykręcał się od nich przez lata. Nawet z uroczystości nadania stadionowi w Noerdlingen imienia Gerda Muellera próbował się w ostatniej chwili wymigać, ale go przypilnowali: to już by było niepoważne.

A jeśli już by się wyrwał do przodu na takim bankiecie, to raczej nie opowiadałby Lewandowskiemu o swoich golach. - On mi nigdy nie opowiedział o żadnym swoim golu. Nigdy nie powiedział, że strzelił ich kilkaset, że był najlepszym napastnikiem świata i bił jakieś rekordy. Trzeba go było uprosić, żeby w ogóle opowiedział o sobie - piłkarzu. Wolał rozmawiać o życiu, zapytać co słychać w domu.

Franz Beckenbauer ma to samo, oni mają już dość wspominania - mówi Tobias Altschaeffl, reporter "SportBild" pochodzący z tej samej części Szwabii co Mueller. - Dlatego lubił ze mną rozmawiać: mamy ten sam akcent ze szwabskiej prowincji. Kiedyś młody Gerd Mueller grał w squasha w tym samym klubie co mój ojciec, potem starszy Gerd Mueller grał w tenisa w tym samym klubie co ja. Pięćset metrów od ośrodka treningowego Bayernu, w lesie do którego piłkarze jadą rowerami na roztrenowanie. Mueller był tam codziennie: na treningach na Saebener Strasse i na tenisie w Perlacher Forst. Uwielbiał tenisa. Wpadali tam pograć Manuel Neuer, Joshua Kimmich. Ale Robert przyszedł do Bayernu za późno, by spotykać Muellera na tenisie. Zresztą mówił mi kiedyś, że chyba nigdy w życiu w tenisa nie grał.

"Gdyby nie on, tu dalej byłaby drewniana szopa, a nie ten pałac"

Klub tenisowy w Perlacher Forst i ośrodek Bayernu kilkaset metrów dalej - to jest jedyny dom Gerda Muellera, który nie tylko przetrwał wszystkie burze, ale wypiękniał z czasem. Nigdy się z tym domem nie rozstał. Gdy grał na Florydzie w jednym klubie z George’em Bestem i Gordonem Banksem, to i tak go ciągnęło na Saebener Strasse, w wolnych miesiącach przylatywał do Monachium i przychodził tu, przypomnieć sobie, czym jest futbol.

Gdy wrócił z USA zubożały, bez pomysłu na siebie, bez okazji do zarobku poza pokazowymi meczami, to przyglądanie się jak Bayern trenuje nadawało temu życiu jakikolwiek rytm. Gdy na początku lat 90. skarbówka zajmowała mu nieruchomości, a kochana Uschi groziła, że się z nim rozwiedzie, bo już nie mogła znaleźć sposobu, jak go wyrwać z powrotem do życia, też przychodził na Saebener Strasse. Zapity, śmierdzący alkoholem, ośmieszany przez tych, którzy jak mówił Uli Hoeness, "stawiali mu kolejkę a potem chwalili się nim jak tańczącym misiem", ale przychodził popatrzeć, jak trenują. To mu uratowało życie: ta miłość do piłki, do Bayernu. I stare przyjaźnie: Uli i Franz Beckenbauer. On uważa, że go uratowali. Oni uważają, że tylko spłacili cząstkę długu, jaki Bayern ma u Muellera.

Franz Beckenbauer mówi, że gdyby nie Gerd Mueller, to w ogóle nie byłoby teraz tego pałacu, w którym są biura Bayernu, ośrodek treningowy, klubowy sklep. - Dalej by się trzeba było przebierać w tej drewnianej szopie, która stała w tym miejscu - wspominał kilka lat temu Beckenbauer.

"Jak taki prosty chłop, przeciętny z wyglądu, może być tak nieprzeciętny z piłką przy nodze?"

Tam się pierwszy raz zobaczyli, w 1964 roku: Bayern grał w Regionalliga Sued, był w cieniu TSV Monachium, trenował na boisku pastwisku, miał szopę zamiast szatni, rozpadający się stadion przy Gruenwalderstrasse i właśnie sprowadził napastnika, na którego widok wszyscy parsknęli śmiechem. - Jestem łowcą bramek z Noerdlingen - wymamrotał napastnik, a wyglądał jak pomocnik kowala, nie łowca bramek.

- Najwęższą to miał chyba głowę, przyczepioną bez szyi do ramion - wspominał Franz Beckenbauer. Mały, gruby Mueller - tak go nazwał trener Zlatko Cajkovski. Wołał do niego: Gerdzik, choć Mueller aż tak mały nie jest: ma 176 cm wzrostu. Ale ma też bardzo krótkie nogi, proporcje ciała jak u Messiego, a nie typowego środkowego napastnika. I zawsze lubił podjeść. Cajkovski wołał do niego swoją śmieszną niemczyzną: ty już nie jeść, bo ty nie Beckenbauer, ty nie widzieć piłki pod brzuchem, jak będziesz jeść! A Beckenbauer nazwał go Kwadratem i podśmiewał się z jego nieokrzesania.

Cała drużyna patrzyła z niedowierzaniem, które szybko nie minie: jak taki prosty chłop, przeciętny z wyglądu, może być tak nieprzeciętny z piłką przy nodze? Jak piłkarz, który wygląda na zapuszczonego, może być najlepszy w testach wydolnościowych i mieć tak fantastyczną regenerację? "Gdybyśmy nie wiedzieli, kto to jest, to powiedzielibyśmy, że to jakiś handlowiec, który za dużo siedzi przy biurku, za mało się rusza, a za dużo je" - napisał o nim "El Universal" na zakończenie mundialu w Meksyku 1970. Tego mundialu, w którym Mueller zdobył 10 bramek i został królem strzelców, a wcześniej przepchnął Niemców przez eliminacje swoimi golami jak Lewandowski kadrę Adama Nawałki.

Mueller i Beckenbauer: dzieci niemieckiej klęski i ludzie sukcesu

W tamtym 1970 roku mały gruby Mueller z Saebener Strasse dostanie Złotą Piłkę "France Football", na uzupełnienie okazałej już kolekcji: przez sześć lat od przedstawienia się kolegom z Bayernu awansowali razem do Bundesligi, wygrali ją, zdobyli trzy Puchary Niemiec, wygrali Puchar Zdobywców Pucharów, a Mueller trzy razy został królem strzelców. Przez następnych sześć lat dołożą jeszcze trzy mistrzostwa Niemiec, trzy Puchary Europy, Puchar Interkontynentalny, mistrzostwo Europy, mistrzostwo świata, a Mueller cztery tytuły króla strzelców Bundesligi.

Przez wszystkie te lata będą mieszkać z Beckenbauerem w jednym pokoju, często śpiąc w jednym wielkim łożu, będą rywalizować o sławę, uznanie, wielkie pieniądze. Dwaj bohaterowie urodzeni w powojennych popiołach, jesienią 1945 roku, w wielkiej biedzie i niepewności. Mueller w Nordlingen, znanym w Niemczech tylko z tego, że uderzył tam meteoryt (nawet alianckie bombowce pierwszy raz dotarły tam dopiero wiosną 1945). Beckenbauer w Giesing, tej części Monachium, w której jest ośrodek treningowy Bayernu. Dzieci niemieckiej klęski, z których wyrosły gwiazdy niemieckiego sukcesu. Gdy rodził się Gerd, piąte dziecko Muellerów, Johann Heinrich, pracownik dorywczy, miał lat 47, a Christina Karolina, gospodyni domowa - 41. Niziutcy, przeczołgani przez życie, z trudem zapewniający dzieciom podstawowe potrzeby. Gerd przed transferem do Bayernu nigdy nie odjechał od domu dalej niż na niespełna 150 kilometrów dzielące Noerdlingen do Monachium. Koledzy z drużyny i Cesarz Franz przez lata się nie potrafili pozbyć tego tonu wyższości wobec swojego Kwadrata. Genialnego na boisku, ale zupełnie niezaradnego poza nim.

Barcelona chciała go obsypać złotem. Ale musiała się pocieszyć Cruyffem

Może gdyby Mueller przyjął którąś z dobrych propozycji z zagranicy, zostałby bardziej doceniony. Ale do Feyenoordu nie chciał odchodzić, a do Barcelony w 1973 roku nie puścił go niemiecki związek piłkarski, bo bał się, że ucierpi na tym jego forma w sezonie poprzedzającym mundial 1974. Barcelona była gotowa obsypać go złotem, ale skoro go nie puścili, to pocieszyła się Johanem Cruyffem. A Mueller opuścił Bundesligę dopiero w 1979, gdy już jego kariera gasła. Nie narzekał, ale też nigdy nie posmakował wielkiego klubu, w którym w ogóle nie byłoby ważne, że jest z małego miasta, ma inny akcent i luki w edukacji.

Mueller robił wszystko to, co jego koledzy z Bayernu, też przecież milionerzy z gwałtownego awansu społecznego: zadawał szyku strojami i samochodami, wydawał autobiografie (pierwszą, gdy miał 21 lat, a i tak Franz był szybszy), nagrywał single (Najsłynniejszy był Dann Macht es Bumm, wcześniej "Raba-Da-Da" i "Nur jetzt nicht weinen", ostatni ten z 1974 roku), grał w reklamach, w filmie (razem z Seppem Maierem zagrali wojaków w komedii niewysokich lotów "Wenn Ludwig ins Manöver zieht"). Ale zawsze był w tym wszystkim mniej naturalny niż Kaiser i reszta. Za to w strzelaniu bramek – nie.

"Potrafiłby strzelić gola nawet językiem"

W strzelaniu, w grze w ping-ponga i karty nikt mu nie dorównał. - On potrafiłby strzelić gola nawet językiem - mawiał Cajkovski. - Strzelał biegnąc, stojąc, leżąc, stojąc na rękach, wszystkimi częściami ciała  - wspominał Beckenbauer. Mueller strzelał też piękne gole, ekwilibrystyczne. Ale do tego dodawał całą masę goli brzydkich i takich sobie, bo on po prostu niemal nigdy nie przestawał strzelać. - Brzydkie liczą się tak samo jak ładne - mówił o golach.

Nazywano go geniuszem rzeczy zwyczajnych. Nie miał w grze żadnych ozdób. Miał tylko sposoby: fantastyczne przyspieszenie na pierwszych metrach i obrót z piłką, gdy ją przyjmował tyłem do bramki. Obrót taki, żeby po drodze odepchnąć tyłkiem obrońcę i zrobić sobie miejsce. Krótkie nogi, niski środek ciężkości, szybki obrót, mocny strzał, dobry wyskok, zręczność w przepychankach z obrońcami, bo bardzo lubił wchodzić z nimi w kontakt. Działało znakomicie, nieważne, czy to był finał Pucharu Europy, czy decydujące mecze mundialu, czy byle mecz ligowy, czy trzeba było strzelić Polsce na wodzie w grze o finał, czy Holandii decydującego gola w finale, czy wbić hattricka gdzieś w błocie na prowincji.

Nazywali go "Bomber der Nation", od jego nazwiska powstał czasownik "muellerować". Czyli gdy napastnikowi po prostu wpada ("es muellert" - Thomas Mueller ma to hasło w swoim twitterowym adresie), bez względu na okoliczności. Jedni mówili, że miał nieprawdopodobne szczęście na boisku, inni to nazywali szóstym zmysłem. Stał za tym treningowy pracoholizm, od małego. Młody Gerd w rodzinnym Noerdlingen do szkoły się nie wyrywał, wolał spędzać czas z miejscowymi Sinti i Cyganami, nawet się o nim mówiło w mieście, że też jest cygańskim dzieckiem, ale na treningi nigdy nie trzeba było go popędzać. Przychodził pierwszy, schodził ostatni, nieważne czy w juniorskiej drużynie, czy w Bayernie.

"Gdyby Mueller robił to w średniowieczu, podejrzewaliby go o czary"

Często czytał o sobie po meczach, że był najgorszy na boisku, a jednak strzelił decydującego gola. Reporter Kickera po jednym takim meczu - 1:0 z Kickers Offenbach po jego golu - napisał: "Mueller to fenomen. W średniowieczu byłby podejrzewany o czary". - Jeśli myślisz na boisku, to już jest za późno - mówił o instynktach, które prowadzą napastnika w polu karnym. Nie paraliżowała go presja, jak powiedzieliby inni: za mało wiedział o świecie, żeby wiedzieć, że ma się czym stresować. Ładne, brzydkie, ważne, mniej ważne gole - miał je wszystkie.

Zebrał więcej goli w meczach kadry niż rozegranych meczów. W lidze przelicznik był gorszy, choć też wyszła z tego liczba przerażająca: 365 goli w 427 meczach. Tak, przerażająca. Obrońcy i bramkarze po prostu się go bali. Biograf Muellera Hans Woller przypomina cytat z "Abendzeitung" z 1972 roku: "gole Muellera zaczęły być uważane w Bundeslidze za siłę wyższą". Robert Lewandowski ma teraz 221 goli w 307 meczach w Bundeslidze. Między nim a Muellerem został już tylko Klaus Fischer, który zdobył 268 bramek, słynął z pięknych strzałów, był nazywany królem przewrotek. Ale nie przerażał tak obrońców, średnią goli na mecz miał znacznie gorszą niż Mueller i Lewandowski.

I z tą średnią goli, z tymi wszystkimi rekordami, Mueller zawsze pozostawał w czyimś cieniu. "Gerdzik". "Kwadrat". "Mały gruby Mueller". A obok Cesarz Beckenbauer, którego kochały kobiety i sponsorzy, którego wzywał wielki świat i nawet córka prezydenta Egiptu chciała go mieć jako gościa na swoim ślubie. Uli Hoeness kończył studia i na wszystkim znał się najlepiej, na piłce, na robieniu kiełbasek, robieniu pieniędzy. Paul Breitner z bentleyem w garażu nauczał w wywiadach o urokach maoizmu.

Beckenbauer puszczał w wywiadach oko: no gram w piłkę, ale tak naprawdę, to mi się zawsze marzyło, żeby pójść na medycynę. A Muellera, byłego tkacza i spawacza, trudno było w ogóle namówić na dłuższy wywiad, wielu zresztą uważało, że nie ma po co. Gdy Mueller wiosną 1972 roku szedł po rekord wszech czasów, 40 goli w jednym sezonie Bundesligi, młody trener Eintrachtu Frankfurt Erich Ribbeck powiedział po tym, jak Gerd strzelił jego drużynie trzy gole, że oddałby dwóch Beckenbauerów za jednego Muellera. Ale medialnie i w reklamach jeden Beckenbauer był wart pięciu Muellerów.

Gdy ktoś Muellerowi nadepnął na odcisk, odpowiadał od razu

Oczywiście, że Mueller czuł się z nich najlepszy, często niesprawiedliwie oceniany. Jeśli mu ktoś uchybił, to oddawał tak, żeby zabolało: gdy w lutym 1979, w swoim 426. meczu w Bundeslidze, Mueller pierwszy raz został zdjęty z boiska decyzją trenera, a nie z powodu urazu, obraził się, powiedział, że ten trener - Pal Csernai - dla niego już umarł i zażądał zgody na odejście z Bayernu. Miesiąc później już przenosił się do Fort Lauderdale Strikers na Florydzie. Gdy na bankiet po zdobyciu przez Niemców mistrzostwa świata w 1974 roku nie zostały wpuszczone żony piłkarzy, Mueller ogłosił: już więcej w kadrze nie zagram. Decyzję podjął już wcześniej, miał poczekać z jej ogłoszeniem. Ale działacze nadepnęli mu na odcisk, więc musiał odpowiedzieć od razu.

Nienawidził przegrywać, czy to w piłce, w kartach czy wojnach z działaczami. Ale nie umiał się lansować, grać z mediami, nie umiał przedstawiać się w lepszym świetle. Jeszcze przez lata będzie miał problem z opowiadaniem o sobie. O innych napastnikach - chętnie. Gdy go pytano o opinię o napastnikach Bayernu, to potrafił być dla tych wszystkich Elberów, Gomezów, dla Miroslava Klose tak surowy ("Klose? Przecież on ma tylko głowę i ją przystawia"), że czasem lokalni dziennikarze wycinali co ostrzejsze kawałki, żeby nie rozpętywać burzy.

Ale o sobie nie potrafił mówić. A co dopiero zrobić sobie reklamę. Zwykle było tak, że gdy ze swoim druhem i rywalem Franzem wychodził na scenę, to Beckenbauer opowiadał ze swadą, a Mueller tylko się uśmiechał i nie zaprzeczał. Tak było też w sierpniu 2013 roku, na wręczeniu nagród "SportBilda". Stali razem na scenie, Kaiser opowiadał kolejny raz, jak to przyszedł do drużyny kwadratowy Mueller i wyglądał zupełnie jak ten Brongspong z kreskówki (Spongebob? - pytał prowadzący galę. - No, tak, Brongspong – powtórzył Beckenbauer).

I mówił też, że bez Muellera nie byłoby dzisiejszego Bayernu ani potęgi niemieckiej reprezentacji. Że to był może nie najlepszy, ale na pewno najważniejszy piłkarz w historii niemieckiego futbolu. A Mueller słuchał i się uśmiechał. To do dziś jest jego ostatni publiczny występ: sierpień 2013 roku. Gdy Robert Lewandowski jeszcze gniewał się na szefów Borussii, że nie puścili go do Bayernu, i właśnie zaczynał sezon, w którym pierwszy raz zostanie królem strzelców Bundesligi.

"Masz wykupiony odwyk w Garmisch. Wytrwaj, a już nigdy nie będziesz się martwić o pracę"

Gdy Lewandowski wreszcie do Bayernu trafił, rok później, i Pep Guardiola zaczął go poddawać różnym swoim próbom, żeby ustalić, czy to jest kolejny Mario Mandżukić do odesłania, czy może napastnik, na którym można oprzeć grę, Mueller już musiał zrezygnować z codziennej pracy asystenta trenera drużyny rezerw.

Pracował jako asystent przez ponad 20 lat: w drużynie juniorów, w drużynie rezerw, u boku Hermanna Gerlanda, a potem Mehmeta Scholla. - To była bardzo specyficzna sytuacja: to nie trener Mueller miał pomagać drużynie, ale drużyna trenerowi - mówi Tobias Altschaeffl. Drużyna miała pomagać trenerowi trzymać równowagę w życiu. Bywało i tak, że to trener Mueller, a nie piłkarze, szedł na rehabilitację do klubowych fizjoterapeutów. Bayern wymagał od niego tylko tego, żeby był, przychodził do pracy. Żeby już nigdy w życiu nie leciał w przepaść, tak jak na początku lat 90.

W 1991 roku, gdy już było jasne, że Mueller się o własnych siłach nie wyciągnie z nałogu, gdy prasa zaczęła pisać, że były mistrz wszędzie pojawia się pijany, czy to jako widz na treningu, czy piłkarz w meczu gwiazd, Uli Hoeness i Franz Beckenbauer wzięli go z żoną Ursulą na rozmowę i powiedzieli: masz wykupiony odwyk w Garmisch, stawisz się tam, wyleczysz, a potem jeśli ci się uda, będzie na ciebie w klubie czekało stałe zajęcie. I o pracę już nigdy nie będziesz się musiał martwić.

To Bayern wprowadził zasadę: chciwość jest dobra. Ale w chwilach próby sprostał zadaniu

Pojechał do Garmisch, wytrwał na odwyku, choć było tak źle, że w pewnym momencie zapadł w śpiączkę. Potem powiedział - on: strzelecki rekordzista, mistrz świata i Europy, zdobywca wszystkich klubowych trofeów - że jego największym życiowym sukcesem jest zwycięstwo nad alkoholizmem.

Od 1979 roku ponosił same porażki: Fort Lauderdale Strikers przenieśli się szybko z Florydy do Minnesoty i Mueller został bez klubu, karierę kończył kopiąc z zupełnymi amatorami. Restauracja Ambry w Fort Lauderdale, którą wykupił, okazała się studnią bez dna (nadal działa, ale już bez dopisku Aubry "Gerda Muellera"). Prowadził sklep sportowy, ale też dołożył do interesu. Dopadła go skarbówka, choć wcześniej przez lata różne jego podatkowe grzechy w Bayernie pozostawały nieukarane (jak opisał w najnowszej biografii Muellera historyk Hans Woller, w klubie w latach 70. funkcjonowała lewa kasa na wypłaty, a sprawę długo tuszowali najwyżsi rangą politycy Bawarii, aż do wpadki z 1977, po której Franz Beckenbauer musiał wyjechać do USA).

Od 1979 roku nie miał się czego uchwycić. Ale w 1991 z pomocą Hoenessa i Beckenbauera się chwycił. On przeszedł odwyk i zrobił licencję trenera. Oni dotrzymali słowa i Mueller już nigdy nie musiał się martwić o pracę. Wiele złego można powiedzieć o arogancji Bayernu, czy o jego nie zawsze uczciwej drodze do potęgi (Bayern wygrywał Puchary Europy w latach 70., ale w nich się wówczas zarabiało niewiele, ratunkiem przed bankructwem były dochody z meczów towarzyskich na całym świecie i część z nich była deponowana nielegalnie, bez podatku, podczas międzylądowań w Szwajcarii). To Bayern i jego menedżer Robert Schwan, nazywany w niemieckiej prasie Judaszem futbolu i Mefisto-menedżerem, wprowadzili do Bundesligi zasadę: chciwość jest dobra. To piłkarze Bayernu z najwyższą przyjemnością ulegali wszelkim pokusom i wszystko wystawiali na sprzedaż, od wizerunku po życie prywatne. Ale w chwilach takiej próby jak z Muellerem Bayern zawsze stawał na wysokości zadania, przygarniając z powrotem do stada wszystkie zagubione owce.

Pokój pełen zdjęć z kariery

Mueller uważał te trenerskie lata za bardzo szczęśliwy czas: wreszcie miał poczucie, że gdzieś w pełni przynależy, że nie musi o wszystko rywalizować, że potrafi coś poza kopaniem piłki. Przez drużyny, w których był asystentem, przeszli Phillipp Lahm, czy Bastian Schweinsteiger, Mueller miał szansę podpowiedzieć czasem Thomasowi Muellerowi, jak strzelać, żeby bramkarz nie zdążył zareagować. Lewandowskiemu już nie podpowiadał.

Jesienią 2014 znów przybyło powodów do plotek, że Mueller jest poważnie chory. Tak jak w 2011, gdy zgubił się na kilkanaście godzin podczas zgrupowania drugiej drużyny Bayernu w Trentino. Włoska policja odnalazła go zdezorientowanego na dworcu kolejowym w Trydencie. Problemy z pamięcią i orientacją miał już od 2008, ale niemiecka prasa na prośbę Bayernu zachowywała dyskrecję. Włoska prasa historię z 2011 relacjonowała bardzo szeroko, choć Bayern wszystkiemu zaprzeczał. W 2014 stan zdrowia pogorszył się już tak mocno, że po corocznym badaniu w grudniu lekarze bali się puścić Muellera samego do domu i skierowali go do domu opieki, w którym jest od lutego 2015 roku. Uli Hoeness przyjeżdżał tam w odwiedziny, gdy tylko dostał możliwość opuszczania więzienia. Przyjeżdżali do domu opieki na południowych przedmieściach Monachium Franz Beckenbauer, Hermann Gerland, korzystając z tych ostatnich okazji, gdy przyjaciel z najlepszych lat jeszcze ich rozpoznawał i oczy mu się szkliły przy opowieściach, co słychać w klubie. Ci którzy byli tam z wizytą mówią, że ściany pokoju są pełne zdjęć z kariery Muellera.

W październiku 2015, dwa tygodnie po tym, jak Robert Lewandowski strzelił Wolfsburgowi pięć goli w dziewięć minut, Bayern pierwszy raz przekazał to oficjalnie: Gerd Mueller cierpi na chorobę Alzheimera, jest pod dobrą opieką lekarzy i żony, ale rodzina i klub proszą by uszanować prywatność i zrozumieć, że nie będzie żadnych uroczystości z okazji zbliżających się 70. urodzin.

"Franz mówił, że w dzisiejszym futbolu strzeliłbym i 70 bramek. Ale aż tyle to chyba nie"

Tamtej jesieni 2015 w muzeum Bayernu wisiało pod sufitem Bayernu 101 kolorowych piłek. To była część wystawy "Kaiser. Kalle. Bomber" z okazji nadchodzących 70. urodzin Beckenbauera i Muellera i 60. Karla-Heinza Rummenigge. 101 piłek na pamiątkę rekordu 101 goli strzelonych przez Bayern w sezonie 1971/1972 Bundesligi. Z tych 101 piłek czterdzieści było w czerwonym kolorze. Na pamiątkę niepobitego do dziś rekordu Muellera: 40 goli w jednym sezonie Bundesligi, i to sezonie w którym Mueller przestał strzelać karne, bo zmarnował trzy w rundzie jesiennej.

Tylko on sam potrafił się do tego rekordu zbliżyć: strzelił 36 goli w kolejnym sezonie, a w jednym z wcześniejszych miał 38. Robert Lewandowski zdobył najwięcej 30 w jednym sezonie, Pierre Emerick Aubameyang 31. Pościg za tym rekordem trwa, na półmetku obecnego sezonu Robert ma 19 goli, Timo Werner 18. I znów zbliża się Euro, a tamten rekordowy sezon Mueller zwieńczył strzeleniem czterech z pięciu goli Niemców w drodze po mistrzostwo Europy 1972.

- Franz kiedyś powiedział, że ja bym w dzisiejszym futbolu zdobył i 70 goli w sezonie. Ale aż tyle to chyba nie. Myślę że jeszcze raz 40 by się udało - mówił Mueller w 2006 w "Der Spiegel". - Dziś obrona gra czwórką w strefie, przecież to jest eldorado rasowego środkowego napastnika. W moich czasach dwóch, trzech gości cały mecz deptało mi po stopach. A dziś, gdy trafiasz na parę stoperów, którzy się nie rozumieją w lot, to jakbyś wpadał w otwarte drzwi. No, ale trzeba potem jeszcze w bramkę trafić - tłumaczył. Wiedząc, że cokolwiek nie powie, i tak mocniej będą przemawiać jego rekordy. I że to się jeszcze przez długi czas nie zmieni.

Więcej o:
Komentarze (43)
Robert Lewandowski nigdy nie porozmawiał z legendą Bayernu Gerdem Muellerem. Ten zaczął już znikać
Zaloguj się
  • michalcyprian

    Oceniono 18 razy 12

    Dzięki za tekst, bardzo ciekawa historia. Chyba niepotrzebnie tak silnie łączona z Lewandowskim, ale czyta się bardzo dobrze, wiele interesujących faktów. Tylko czemu cały czas zapis nazwiska Mueller, a nie Müller czy Muller?

  • june-of-44

    Oceniono 8 razy 6

    Tak to jest gdy takiej klasy piłkarz grał w klubie który nie opuścił go w niedoli. Gerd Muller stał się legendą dzięki Bayernowi a Bayern stał się klubem dzięki Mullerowi.

  • jerypi

    Oceniono 8 razy 6

    Tylko nie trzeba wyobrażać go sobie jako jakiegoś wirtuoza czy nadzwyczajnego technika. Bardzo często jego gole to były kompletnie nieefektowne farfocle wpychane do bramki nie wiadomo jak, udem, brzuchem, biodrem, czym się dało. Jego bezcenna wartość polegała na tym, że dawał drużynie gole, których bez niego by nie było, takie z niczego, wynikające ze zwierzęcego instynktu, który kierował nim w polu karnym. Nie brał udziału w budowaniu akcji, nie podawał piłki kolegom, tylko w ostatniej chwili pojawiał się skądś i wpychał piłkę. I tak nas wyeliminował z finału MŚ i Holendrów pozbawił tytułu, który zdaniem wielu im się należał. Tyle że jak im się należał, skoro nie mieli Muellera?

  • june-of-44

    Oceniono 7 razy 5

    Gerd Muller z piłką to taki Jerzy Kukuczka w Himalajach. Ten sam stopień niedowierzania dopóki nie zobaczyło się tych dwóch supermenów w akcji.
    Wielki szacunek !

  • pis_won_za_don

    Oceniono 7 razy 3

    Wciskanie do tej historii Lewandowskiego jest żenujące i głupie.

    Zostawcie Lewadowskiego w spokoju, bo już się rzygać chce.

  • fantomas200

    Oceniono 3 razy 3

    To jest Gość! Pamiętam jego niektóre bramki. Niesamowite rzeczy robił pod bramką!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX