Sport.pl

Finał Pucharu Polski pod hasłem "strach przed grą w piłkę nożną". Lechia sięgnęła po trofeum

Mnóstwo strat, niedokładnych podań i dalekich zagrań w kierunku ataku. Żadna z drużyn nie tylko nie była w stanie przeciągnąć inicjatywy na swoją stronę, ale przede wszystkim pokazać, że ma na ten mecz jakikolwiek plan. Ostatecznie o zwycięstwie gdańszczan przesądził gol Sobiecha z 6. minuty doliczonego czasu gry.

Pęknięty fundament

Chociaż Lechia od dłuższego czasu stawia na pragmatyczny styl, to w finale Pucharu Polski miejsce konsekwentnej gry zajął chaos. Warto jednak podkreślić, że zawodnicy trenera Stokowca nagle nie zapomnieli, jak gra się w piłkę czy pożarła ich presja, którą wywołała ranga spotkania. Od mniej więcej czterech meczów gdańszczanie prezentują się znacznie gorzej pod względem organizacyjnym. To, co stanowiło fundament strategii – właśnie m.in. przesuwanie stref, odpowiednio zorganizowany pressing i pilnowanie odległości pomiędzy graczami – zaczęło się kruszyć.

Mimo że ostatecznie Sobiech zapewnił lechistom zwycięstwo, to nie zmienia faktu, że napotkali oni ogromne trudności w starciu z Jagiellonią. Nie byli w stanie grać „po swojemu”, czyli bardzo intensywnie przez pierwszy kwadrans, zwykle do momentu strzelenia gola, a później czerpać korzyści płynących z kontroli nad przebiegiem konfrontacji. Dużym uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że taktyka nagle przestała działać, koniec i kropka. Tylko że to nie piłkarze trenera Mamrota odsłonili ich problemy. Jedynie starali się bazować na sposobach Cracovii (przyp. red. zwycięstwo z Lechią 4:2), Piasta (2:0) i Legii (3:1). Te trzy drużyny w ostatnim czasie pokazały, że najlepsze, co można zrobić, grając przeciwko gdańszczanom, to zachowywać się tak jak oni – maksymalnie ograniczać przestrzeń, podchodzić wysoko, szybko przenosić ciężar gry.

Wpływ na to, że przeciwnicy zaczęli masowo rozpracowywać strategię zespołu z Gdańska, ma kilka czynników, ale zdecydowanie największe znaczenie odgrywa w tym przypadku częstotliwość meczów. Przez ekstraklasowy maraton, który ciągnie się od Wielkanocy, lechiści grają zdecydowanie mniej intensywnie, reagują wolniej, nie tak zdecydowanie odcinają rywala od podań i – co za tym idzie – znacznie łatwiej w ich ustawieniu można znaleźć dziury.

Blokada dla siebie i innych

Dlatego w pierwszych minutach zawodnicy Jagiellonii byli skoncentrowani tylko na trzymaniu niewielkich odległości w obrębie ustawienia tak, aby zostawić rywalowi jak najmniej miejsca. Być może sądzili, że jeśli w ten sposób przetrwają pierwsze piętnaście minut, to później będzie im znacznie łatwiej.

Analiza meczuAnaliza meczu Screen z TV

Nie było. Owszem, białostoczanie całkiem sprawnie nakładali pressing i faktycznie nieźle radzili sobie w odcinaniu poszczególnych stref, ale kompletnie nie przemyśleli, co zrobią z piłką, kiedy wreszcie przejmą inicjatywę. Warto zwrócić uwagę, co się działo w pierwszych minutach w okolicach środka pola. Kubicki nie mógł odwrócić się z piłką, bo natychmiast doskakiwało do niego dwóch-trzech zawodników. Jednocześnie zadanie graczy trenera Mamrota było nieco ułatwione, ponieważ w tym samym czasie Łukasik i Makowski nieszczególnie pokazywali się do gry.

Analiza meczuAnaliza meczu Screen z TV

Żeby nie traktować tej akcji w oderwaniu od rzeczywistości, grafika z sytuacji, która miała miejsce kilka sekund później. Całe trio ze środka pola trzyma się bardzo blisko siebie, jest statyczne, nie pomaga w uwolnieniu się spod krycia białostoczan.

Analiza meczuAnaliza meczu Screen z TV

Całkiem konsekwentne ustawienie Jagiellonii sprawdzało się również, kiedy gdańszczanie starali się przyspieszać grę prostopadłym podaniem. Robili to jednak na tyle czytelnie, że w ten sposób ustawieni przeciwnicy byli w stanie z łatwością odczytać ich zamiary (powyżej: Nunes do Michalaka, przecina Romanczuk).

Poza wypychaniem rywala jak na grafikach powyżej, Jagiellonia zdecydowanie darowała sobie rozegranie od tyłu, uznając – i pewnie słusznie – że wówczas ryzyko straty będzie jeszcze większe. Dlatego Kelemen posyłał dalekie podania na połowę przeciwnika, a jego koledzy mieli wykorzystać swoje dość kompaktowe ustawienie do wygrania drugiej piłki. Cały problem w tym, że pomysł zaczynał się i kończył na długiej piłce od bramkarza. Dalsza część akcji w większości przypadków była mocno improwizowana.

Analiza meczuAnaliza meczu Screen z TV

Jednym z najlepszych pomysłów, na jaki wpadli białostoczanie, był wysoki pressing. Lechiści mieli rozproszony środek pola, dlatego każdy doskok rywala do linii obrony – szczególnie taki, jak na grafice powyżej – zwiększał szansę na to, że defensywa gdańszczan popełni błąd. W powyższej sytuacji Alomerović został zmuszony do wybicia na aut.

Plan bez planu

Problem Jagiellonii polegał na tym, że zdawała sobie sprawę, co może osiągnąć taką grą, ale robiła to wolniej i zdecydowanie mniej dokładnie niż Cracovia, Piast czy Legia w poprzednich spotkaniach z Lechią. Piłkarze też nie wyglądali na szczególnie przekonanych, że tego typu strategia może się sprawdzić. Dlatego próby wysokiego pressingu można policzyć na palcach jednej ręki, a z niewielkich odległości pomiędzy zawodnikami wynikało tylko tyle, że utrudniano rozegranie przeciwnikowi. Białostoczanie nie czerpali z tego większych korzyści ofensywnych.

Za wyjątek i lekki przebłysk optymizmu w chaosie można uznać ostatnie 10 minut pierwszej połowy, kiedy gracze trenera Mamrota przejęli inicjatywę i nieco dłużej utrzymywali się przy piłce w okolicach 20.-25. metra od bramki Alomerovicia.

Analiza meczuAnaliza meczu Screen z TV

Wszystko zaczęło się od tego, że Bodvarsson dobrze poradził sobie z pressingiem (fakt że był słabo zorganizowany) lechistów i rozpoczął grę przez środek pola. Ostatecznie kilka podań później akcję strzałem z dystansu zakończył Romanczuk.

Przez cały ten czas Lechia nie była w stanie realizować swojego standardowego planu, ponieważ była dość skutecznie blokowana przez przeciwnika. Nie pomagały również piłki bezpośrednio na linię ofensywy czy przerzuty na przeciwległą flankę, bo – w przeciwieństwie do poprzednich meczów – były bardzo niedokładne i kończyły się stratą. Brakowało tego, co w pewnym sensie stało się znakiem firmowym drużyny z Gdańska, czyli bardzo intensywnej gry w pierwszym kwadransie, która prowadziła do przejęcia kontroli nad wszystkim, co się dzieje na boisku.

Nie oznacza to jednak, że Jagiellonia zagrała zdecydowanie lepiej i zasłużyła na zwycięstwo. Momentami nieźle organizowała się na boisku, większą wagę przywiązywała do pilnowania odległości, ale nijak miało się to do jej poczynań ofensywnych. Obie strony były w równym stopniu nie tylko nieporadne, ale i przerażone, że jeżeli zagrają choć trochę odważniej, to od razu skończy się to katastrofą. Jakby faktycznie liczyły na tego jednego jedynego gola, którego ktoś siłą woli wepchnie do bramki i przesądzi o ostatecznym rezultacie. Dlatego nie sposób nie odnieść wrażenia, że hasło promujące finał Pucharu Polski wymaga uściślenia. Lechia i Jagiellonia pokazały, że „łączy nas strach przed grą w piłkę”, a nie po prostu – piłka.

Więcej o:
Komentarze (17)
Finał Pucharu Polski pod hasłem ?strach przed grą w piłkę nożną?. Lechia sięgnęła po trofeum
Zaloguj się
  • cwdj

    Oceniono 1 raz 1

    Ten wpis pani redaktor podsumuję jednym zdaniem "Jak obrzydzić kibicom piłkę nożną". Jestem pewien, że gdyby taki mecz z Lechią zagrała Legia, to nigdy takiego obrzydliwego podsumowania meczu by nie było

  • 1korner

    Oceniono 3 razy 1

    Krytyka tego meczu w mediach jest przesadzona. Zawody charakterystyczne dla finału - taktyka, organizacja, priorytet czystego konta, walka, czekanie na jeden błąd przeciwnika. Ja tam nie narzekam. Wizualnie lepsza była Jaga, ale Lechia wykazała się większym sprytem.

  • Jonathan Stark

    Oceniono 2 razy 0

    Nie jestem fanem żadnych z tych drużyn. Powiem szczerze jestem z Białegostoku. Jaga z taka grą to moze co najwyzej pograc w lzt- sach lub na kartoflisku, a lechia choćby wyszla z akcją 5 na bramkarza to i tak stracilaby piłkę zle wykonujac podanie do kolegi lub syrzelajac jakąś szmate daleko od bramki. Przed meczem obstawialem 0:0 bylem pewny bo oba zespoły są tak słabe i nie pomylilem sie prawie. Wolalbym zeby w finale zagrał Raków Częstochowa bo byloby chociac ogladac skladne akcje a nie dwa podania strata pilka do przpdu strata aut strata niewymuszonych błędówl cala masa, taktyka nie ma , pressing nie istnieje , przygotowanie fizyczne zerowe , panowie to jest finał pucharu a mie mecz ligowy chociarz biegac trzeba . A na koniec i tak w europekskich pucharach przegrany mecz z jakimiś ogurami z Azerbejdżan
    u albo Luksemburga .

  • houq

    0

    Takiej mecz zagrałbym z kolegami z osiedla. Brak umiejetności i chęci do gry. Gdy ich dziary i ilość żelu na wlosach przelozyl się na jakosc gry to moglbybyc fajny mecz. A tak to kupa nuuudnego gówna.

  • bardoso

    0

    Dobry wywód taktyczny! Pozdrawiam

  • stanislaw.sk

    Oceniono 1 raz -1

    @wiki9ki
    Nigdy niedorżnięta modliszko z HIV-em i AIDS-em nie spotkamy się na Nowym Świecie - na zawsze PA!
    =========
    „Nikt nie wzdycha dziś na widok pięknej płci.
    Jak to czynił Romeo we śnie”,
    Bo kiedy facet widzi gołą babę vis à vis,
    Ściąga slipy i prosto z mostu za friko ją rżnie…

  • stanislaw.sk

    Oceniono 1 raz -1

    @wiki9ki
    Nigdy niedorżnięta modliszko nie spotkamy się na Nowym Świecie - na zawsze PA!
    „Nikt nie wzdycha dziś na widok pięknej płci.
    Jak to czynił Romeo we śnie”,
    bo:
    Kiedy facet widzi babę vis à vis,
    Śmieje się i prosto z mostu za friko ją rżnie…

  • nawigatorubezpieczeniowy.pl

    Oceniono 3 razy -1

    Mecz nie na miarę finału ... Jaki poziom naszej polskiej piłki taki finał ...

  • trup

    Oceniono 3 razy -1

    to jest jakaś padaka a nie piłka. w każdym razie wstęp powinien być na taką kiłę wolny.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX