Sport.pl

Raków - Legia. Marek Papszun: Nie pracuję tylko po to, by kiedyś trafić do Legii. Trenerem jest się tak samo w A Klasie jak i w ekstraklasie [WYWIAD]

- Na Legii bywałem regularnie, wyjazdy zdarzały się sporadycznie. W pamięci szczególnie zapadł mi ten do Utrechtu w Pucharze UEFA. Atmosfera była napięta od samego początku. Holendrzy byli bardzo agresywni, część kibiców Legii nie mogła wejść na stadion, doszło do zadymy. Z Warszawy pamiętam jeszcze mecze z czasów milicji obywatelskiej. Pamiętam łamane ławki, regularne bitwy z milicją. To były zupełnie inne czasy i stadiony, więc chyba dlatego od razu takie rzeczy przychodzą mi na myśl - mówi Marek Papszun, trener Rakowa Częstochowa, który w środę zmierzy się z Legią Warszawa w ćwierćfinale Pucharu Polski.

Konrad Ferszter: Wycenia pan swoją pracę w Rakowie Częstochowa na 30 mln złotych?

Marek Papszun: Trudno powiedzieć, to naprawdę duża suma, niewyobrażalna dla przeciętnego człowieka. Cieszę się jednak, że moja praca doceniana jest przez właściciela, którego wsparcie odczuwam każdego dnia.

O 30 mln złotych na Twitterze pisał właściciel Rakowa - Michał Świerczewski - kiedy interesowała się panem Wisła Płock. „Ręce precz od Papszuna” - dodał.

- Muszę zdementować informacje o Wiśle Płock, bo nigdy nie było takiego tematu. Były inne zapytania i rozmowy, ale pan Świerczewski nie był zainteresowany moim odejściem. W Rakowie mam wielki komfort pracy. Właściciel klubu, mimo swojej pozycji w biznesie, nie tylko ma do mnie zaufanie, ale przede wszystkim jest człowiekiem porządnym, szanującym ludzi.

Nie obawia się pan że ten komfort pana rozleniwi?

- Nie, wręcz przeciwnie, zaufanie motywuje mnie do jeszcze cięższej pracy. Nawet nakłada na mnie większą presję, bo nie chcę nikogo zawieść.

W pierwszym okienku transferowym w Rakowie pożegnał się pan z 21 piłkarzami. Po awansie do 1. ligi kolejnym 10. Mało kto w Polsce może sobie pozwolić na takie zmiany w kadrze.

- Wynika to z mojej relacji z panem Świerczewskim i z tego, że na futbol patrzymy bardzo podobnie. Mamy wspólną wizję budowy drużyny i stylu, w jakim ma ona grać. Oczywiście bywa też tak, że w ocenie pojedynczych graczy się różnimy i muszę używać wielu argumentów, by przekonać właściciela. Nigdy nie zdarzyło się jednak, by po merytorycznej rozmowie omawiany gracz do nas nie trafił.

Pańska pozycja w klubie przypomina menedżera z Premier League, który nie tylko prowadzi zespół, ale też w dużej mierze odpowiada za transfery.

- Struktura w Rakowie jest inna. W skład kolegium transferowego, które dyskutuje na temat piłkarzy podsuniętych przez dział skautingu, wchodzi właściciel klubu, prezes Wojciech Cygan oraz dyrektor sportowy i ja. To do mnie należy ostateczne zdanie, ja biorę odpowiedzialność za sprowadzanych zawodników. Sam też staram się podsuwać nazwiska konkretnych piłkarzy.

W tej kwestii nie zostawiacie niczego przypadkowi. Tomas Petrasek, w rozmowie z Weszło.com, powiedział że oglądaliście go co najmniej cztery razy.

- Musimy minimalizować ryzyko pomyłki. Ja oglądałem Tomasa na wideo, na żywo widzieli go wiceprezes Krzysztof Kołaczyk, mój asystent Maciej Sikorski i ówczesny dyrektor sportowy David Balda. Graliśmy wtedy w 2. lidze, więc uważam, że jak na te warunki, wyglądało to bardzo profesjonalnie.

Po awansie do 1. ligi byliście rewelacją poprzedniego sezonu. Na trzy kolejki przed końcem sezonu mieliście szansę na ekstraklasę. Mocno przeżyliście niepowodzenie?

- Właściciel klubu założył trzyletni plan awansu do ekstraklasy, który w pewnym momencie bardzo przyspieszył. Ja do wszystkiego podchodziłem jednak bardzo spokojnie, bo miałem świadomość, że nie jesteśmy gotowi do gry na najwyższym poziomie. Paradoksalnie uważam, że dobrze się stało, iż w poprzednim sezonie nie awansowaliśmy.

W tamtym momencie było nam przykro, ale trzeba pozostawać realistą. W poprzednich rozgrywkach mieliśmy spokojnie się utrzymać, a gdy pozostawaliśmy w czubie tabeli, wielu zaczęło od nas wręcz żądać awansu. Śmiałem się z tego, bo nie można w kilka miesięcy zmieniać planów dla drużyny o 180 stopni. To nie jest poważne.

Ostatecznie zajęliśmy siódme miejsce w tabeli, więc fakty są takie, że nie daliśmy rady sportowo. Oczywiście można gdybać, co by było, gdyby nie - delikatnie mówiąc - niesprawiedliwe sędziowanie w meczu z Olimpią Grudziądz (0:0), ale zespół potrzebował wzmocnień. Dlatego latem przyszło do nas 10 nowych piłkarzy, co okazało się dobrym ruchem.

Latem powiedział pan, że do nowego sezonu Raków przystępuje mądrzejszy o błędy z poprzednich rozgrywek. Jakie to były błędy?

- Było ich naprawdę dużo. Klub to nie tylko drużyna. To też działy organizacyjne, infrastruktura, zarządzanie. Pod wieloma względami nie byliśmy gotowi do tego, by zespół walczył o najwyższe cele. Kilka małych rzeczy złożyło się na niepowodzenie. Sama decyzja właściciela o zmianie prezesa pokazała, że w Rakowie nie wszystko było takie, jak być powinno. Niech to wystarczy za cały komentarz.

Miał pan do siebie duże pretensje za brak awansu?

- Duże nie, ale poprzedni sezon nauczył mnie wielu rzeczy. Wraz ze sztabem bardzo się rozwinęliśmy, w międzyczasie ukończyłem kurs UEFA Pro. Doświadczyliśmy wielu momentów w czasie treningów i meczów, które teraz okazują się bezcenne. Poszerzyliśmy sztab szkoleniowy, ciągle idziemy do przodu i na pewno jesteśmy gotowi na nowe sytuacje i wyzwania. Najlepszym dowodem na to jest zwycięstwo z Chrobrym Głogów (1:0). Do tej pory nigdy nie wygraliśmy pierwszego meczu w nowym roku, teraz nam się to udało.

Raków w obecnym kształcie jest gotowy na ekstraklasę?

- Dopóki tam nie zagramy, to się nie dowiemy. Dziennikarze mówią, że jesteśmy gotowi, bo mamy dużą przewagę w tabeli i na pewno awansujemy. Trzeba jednak ciągle pamiętać o tym, że różnica między 1. ligą i ekstraklasą jest duża. Musimy być czujni i przygotować kilka transferów, które nas wzmocnią.

Dopuszcza pan do siebie myśl, że mimo dużej przewagi w tabeli, awansu może zabraknąć i w tym sezonie?

- Tak, bo to jest sport. Nie myślę jeszcze o tym co będzie w maju. Musimy pilnować zajmowanego miejsca poprzez optymalne przygotowanie do każdego kolejnego meczu. Jeśli w pewnym momencie zlekceważymy jakiś szczegół, to zaczniemy tracić punkty. Wtedy presja zacznie się zwiększać i mogą zacząć się kłopoty.

Pańscy piłkarze myślą podobnie?

- Tak, o ewentualnym awansie prawie wcale nie rozmawiamy. Mam silny mentalnie zespół, który wie, że ekstraklasę wywalcza się pojedynczymi meczami w 1. lidze.

Raków znany jest nie tylko z efektywnej, ale i efektownej gry, czego wymaga właściciel klubu. Podobnie było z Miedzią Legnica, która w ekstraklasie swój styl musiała jednak zmienić na bardziej defensywny. Pan byłby na to gotowy?

- Uważam, że obie rzeczy można połączyć. Na boisku można dawać show, nie zapominając jednocześnie o konsekwentnej i skutecznej obronie. Wiadomo, że w meczach z silniejszym przeciwnikiem będzie tak, że to on częściej będzie przy piłce. Nie znaczy to jednak, że nie możemy być efektowni bez niej czy w wyprowadzeniu kontrataku. Chcielibyśmy jak najdłużej posiadać inicjatywę, ale zdajemy sobie sprawę, że rywal chciałby tego samego. Efektowność nie musi oznaczać ciągłych ataków.

Pokazaliście to w Pucharze Polski, kiedy wyeliminowaliście Lecha Poznań. Mecz z „Kolejorzem” i zbliżające się starcie z Legią będą odpowiedzią na to, co może was czekać w ekstraklasie?

- Nie. To tylko pojedyncze mecze, na których nie można opierać całej rywalizacji w ekstraklasie. Po pierwsze dlatego, że w Pucharze Polski gra się tylko jedno spotkanie, które decyduje o awansie. Dlatego taktyka i ustawienie mogą być podporządkowane tylko niemu. Po drugie, na razie jesteśmy zespołem z 1. ligi i nikt specjalnie nam się nie przygląda, nie analizuje. W ekstraklasie, o ile awansujemy, będziemy jedną z 16 drużyn, które oglądane są co tydzień. To będzie inne granie.

Koncentruje się pan na każdym kolejnym meczu, ale nie wierzę, że rywalizacja z Legią nie siedzi w pańskiej głowie od dłuższego czasu.

- Oczywiście, że tak. To będzie wyjątkowy mecz, święto dla całej Częstochowy. Bilety rozeszły się w mgnieniu oka i jestem przekonany, że gdybyśmy mieli stadion o pojemności 10 czy 15 tysięcy, to na trybunach też zasiadłby komplet. Wielu uważa, że mecz Raków - Legia to najciekawsza rywalizacja tej fazy rozgrywek, a przecież są w niej też spotkania dwóch zespołów z ekstraklasy. Mecz Górnika Zabrze z Lechią Gdańsk na pewno nie wywoływał tylu emocji. Jestem dumny, że doprowadziłem Raków do takiego momentu.

Nie jesteśmy faworytem, bo zagramy z mistrzem Polski, zespołem o niesamowitym potencjale. Piłkarze Legii mają dużo wyższe umiejętności, ale my przeciwstawimy im zgrany zespół. Chciałbym, byśmy zagrali w swoim stylu i nie przestraszyli się faworyta.

Równie ciekawie jak na boisku może być też przy linii bocznej. Zarówno pan jak i Ricardo Sa Pinto jesteście znani z wybuchowych charakterów.

- Z biegiem lat i liczbą meczów na ławce stałem się mniej wybuchowy, a bardziej analityczny. Iskra wciąż zapala mi się w każdym spotkaniu, bo sport to emocje i trzeba nimi żyć. Nie widzę w tym nic złego, jednak przekraczanie pewnych granic jest niebezpieczne. Czasami przez to dochodzi do incydentów, które nie powinny zdarzać się trenerom. Kreujemy wizerunek piłki, powinniśmy być autorytetami. Sam czasami miewałem do siebie pretensje za nieodpowiednie zachowanie.

Dla pana, jako warszawiaka, mecz z Legią jest podwójnie wyjątkowy. Chodził pan na spotkania przy Łazienkowskiej, jeździł pan nawet na wyjazdy.

- Na Legii bywałem regularnie, wyjazdy zdarzały się sporadycznie. W pamięci szczególnie zapadł mi ten do Utrechtu w Pucharze UEFA. Atmosfera była napięta od samego początku. Holendrzy byli bardzo agresywni, część kibiców Legii nie mogła wejść na stadion, doszło do zadymy. Mecz przerwano na kilkadziesiąt minut, by uspokoić sytuację. Awantury przeniosły się też na miasto.

Z Warszawy pamiętam jeszcze mecze z czasów milicji obywatelskiej. Pamiętam łamane ławki, regularne bitwy z milicją. To były zupełnie inne czasy i stadiony, więc chyba dlatego od razu takie rzeczy przychodzą mi na myśl. A przecież na boisku podziwiałem Darka Dziekanowskiego i wielu innych piłkarzy, którzy przez lata tworzyli silną Legię w kraju i europejskich pucharach. Dziś mam tę przyjemność, że wielu zawodników, których wtedy oklaskiwałem, dziś jest moimi znajomymi lub kolegami.

W awanturach brał pan udział czy znajdował się w nich przypadkiem?

- Nigdy nie byłem chuliganem tylko chłopakiem, który pasjonował się piłką. Miałem wielu znajomych, którzy na mecze chodzili, więc siłą rzeczy chodziłem i ja. Legia była najsilniejszą drużyną w Polsce, trudno było jej nie kibicować.

Praca w Legii byłaby spełnieniem pańskich marzeń?

- Mam marzenia, ale nie pracuję tylko po to, by kiedyś trafić do Legii. Zresztą nigdy nie miałem takich ambicji, że skoro nie zostałem piłkarzem na wysokim poziomie, to koniecznie muszę być topowym trenerem. Nigdy nie narzucałem na siebie takiej presji, bo praca trenera to moja pasja i miłość. Zawsze powtarzam, że trenerem jest się tak samo w A Klasie jak i w ekstraklasie.

Wiadomo, że każdy chce być jak najlepszy, a przy okazji zarabiać jak najwięcej. Jednak nawet kiedy przychodziłem do Rakowa, to nie widziałem siebie jako trenera pracującego w ekstraklasie. Piłka jest całym moim życiem, więc każdy dzień, często kosztem życia rodzinnego, poświęcałem na to, by stawać się coraz lepszym i zobaczyć, gdzie mnie to zaprowadzi.

Dzisiaj też nie myślę o tym, że jak nie awansuję z Rakowem do ekstraklasy, to nie zrobię już tego nigdy. Jak nie będę trenerem na najwyższym poziomie, to dalej będę pracował w 1., 2. albo nawet 3. lidze, gdzie już byłem. Najważniejsze dla mnie jest to, by codzienna praca wciąż dawała mi tyle radości i satysfakcji.

Podejściem i pasją zaraża pan piłkarzy, którzy za panem idą, mimo że jest pan znany z prowadzenia drużyn silną ręką?

- Trener przede wszystkim musi być uczciwy i sprawiedliwy. Jeśli drużyna zobaczy, że jest inaczej, to nie pomoże żadna twarda ręka ani żaden krzyk. Piłkarze się podporządkują, bo muszą, ale z niewolnika nie ma pracownika. Mówiąc, że mój zawód jest jednocześnie moją miłością mam na myśli to, że uwielbiam pracować w otoczeniu, na które się godziłem i które wybierałem. Z zawodnikami musi być tak samo.

Szanuję swoich piłkarzy. Podchodzę do nich jak do ludzi, a nie jak do maszyn. Wiem, że każdy z nich może mieć gorszy dzień czy okres. Staram się ich zrozumieć, a to nie zawsze jest łatwe, bo w grupie 30 facetów zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie zachowywał się w porządku. Mimo to swoją postawą zawsze chcę dawać przykład drużynie.

Lubię ciężką i sumienną pracę, ale nie jestem zamordystą. Mocno przestrzegam dyscypliny, bo proszę sobie wyobrazić, jak wyglądałaby nasza praca, gdyby grupa 40 osób - piłkarzy i sztabu - robiła co chciała. Ustalam zasady i sam się ich trzymam, by w zespole nie było bałaganu.

To trochę jak w fabryce, która ma wypuścić jakiś produkt. Każdy ma swoje zadania, by wynik końcowy był zgodny z zakładanym. Jeśli nagle wszyscy pójdą w swoją stronę, to nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Często podczas treningów używa pan jeszcze słowa „dziadostwo?”

- Zdarza się. Nie toleruję tego, nienawidzę niechlujstwa. Od swoich piłkarzy i współpracowników wymagam pełnej koncentracji w czasie zajęć. Ta musi stać się nawykiem, bo często przekłada się na to, co wykonujemy na boisku.

Prace domowe, które zadaje pan piłkarzom, to nawyk wyniesiony z pracy nauczyciela?

- Nie nazwałbym tego pracami domowymi. To stymulacja do samorozwoju. Chcę, by moi piłkarze oglądali swoje występy i wyciągali wnioski. Wszystko po to, by wiedzieli co zrobili dobrze, a co wymaga poprawy w kolejnym meczu.

To też informacja zwrotna dla mnie i mojego sztabu. Nie jestem w stanie porozmawiać z każdym indywidualnie na temat meczu, bo zajęłoby mi to z tydzień. Taka forma komunikacji z zawodnikami wiele upraszcza, bo na ich analizę poświęcam godzinę i mniej więcej wiem jak zawodnicy postrzegają ostatnie spotkania.

Ile wspólnego mają ze sobą zawody nauczyciela i trenera?

- Wiele. W szkole też zarządza się grupą ludzi. Ponadto trzeba współpracować z dyrekcją, innymi nauczycielami oraz rodzicami. Nauczyciel jest szefem grupy uczniów, trener jest szefem grupy zawodników. Nauczyciel ma zwierzchnika w postaci dyrektora, trener ma nad sobą prezesa czy właściciela klubu. Struktura i obowiązki są podobne.

Praca w szkole pomogła mi w szkoleniowej karierze. Zwłaszcza w kwestii organizacji czasu, bo zdarzało się, że łączyłem trzy etaty. Nigdy nie interesowało mnie jedynie zaliczanie godzin. Zawsze chciałem, by moje zajęcia były interesujące. Wymagałem od siebie, ale też od innych.

Kim zarządza się trudniej - grupą uczniów czy grupą piłkarzy?

- Dziś grupą uczniów, bo niestety szkoła popada w degrengoladę. Pracę nauczyciela zaczynałem, gdy powstawały gimnazja, a zakończyłem ją, gdy zapadła decyzja o ich rozwiązaniu. Na początku było tak, że przychodził do mnie ojciec ucznia i mówił, że jeśli jego syn zachowuje się źle, to go „w łeb.” Przygodę z nauczaniem kończyłem na tym, że przychodziła pani w futerku i rzucała oskarżenia, że nauczyciel zachowuje i odzywa się niestosownie w stosunku do jej dziecka. A to najczęściej było niewychowane i niezdyscyplinowane.

To oczywiście uogólnienie, bo ani jedna, ani druga forma reakcji nie była dobra. To pokazuje jednak jak na przestrzeni lat zmieniło się wychowanie i szacunek, a raczej jego brak, do zawodu nauczyciela. Rozmawiałem ze swoją siostrą, która jest nauczycielką matematyki i mówiła mi, że rodzice straszą już prawnikami. Dla mnie to nie do pomyślenia. Przeraża mnie kierunek, w którym to wszystko zmierza.

Czuje pan ulgę, że nie pracuje już jako nauczyciel?

- Trochę tak. Trudno byłoby mi odnaleźć się w tym systemie. Na szczęście pracowałem w szkole, którą zarządzała mądra dyrektorka. Była to pani, która potrafiła poradzić sobie z nie najlepszymi nauczycielami, ale też natarczywymi i agresywnymi rodzicami.

W szkole uczył pan WF-u i historii. Powiedział pan kiedyś, że znajomość historii pomaga w życiu, bo warto wiedzieć jakich błędów nie popełniać. Jej znajomość pomaga też w zawodzie trenera?

- Historia, zwłaszcza polska pokazuje, że trzeba być bardzo ostrożnym w zawieraniu sojuszy i doborze przyjaciół. Nie mówię, że do każdej osoby trzeba podchodzić z dużym dystansem, ale należy pamiętać, że każdy dba przede wszystkim o swoje interesy. Z tym mam jeszcze spory problem, bo często za bardzo ufam ludziom, a potem się rozczarowuję.

Nasza historia, niekiedy bardzo krwawa, pokazuje że nieodpowiednio lokowane zaufanie może zakończyć się zagładą. Spójrzmy na ostatnią wielką wojnę: zostaliśmy rozgrabieni przez dwa kraje i nie znalazł się nikt, kto podałby nam rękę. Do wielu rzeczy trzeba podchodzić z odpowiednią ostrożnością.

Dlatego tak podchodzi pan awansu z Rakowem do ekstraklasy?

- Tak, bo podkreślę jeszcze raz: to jest sport. Wiele jest zdarzeń, które mogą mieć miejsce niezależnie ode mnie i drużyny. Wierzę też jednak w to, że jesteśmy na tyle silni, że możemy przeciwstawić się losowi i w maju rozpocząć świętowanie.

Więcej o:
Komentarze (8)
Raków - Legia. Marek Papszun: Nie pracuję tylko po to, by kiedyś trafić do Legii. Trenerem jest się tak samo w A Klasie jak i w ekstraklasie [WYWIAD]
Zaloguj się
  • the-voice-of-reason

    Oceniono 2 razy 2

    Pismaki chcą za kluby zwalniać i wybierać trenerów. Wara do budy!

  • faith18

    Oceniono 4 razy 2

    Mądry facet, jeśli nadal tak będzie dążył do celu i pracował tak kwestia czasu jak zostanie selekcjonerem Reprezentacji Polski

  • skokens

    0

    Wyglada jak zdalniony Jurgen Klopp

  • bedzer

    Oceniono 2 razy 0

    A to Legia jest marzeniem kazdego trenera?
    Gosc wyglada jak Klopp, to dodaje mu do rokowan.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX