Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wszołek musi wysłuchiwać wulgarnych przyśpiewek na Legii. "Nie jestem głupi"

- Nie jestem głupi, wiem, jakie jest środowisko kibicowskie, wiedziałem, że mogę się czegoś takiego spodziewać - mówi Paweł Wszołek, piłkarz Legii Warszawa, który po ostatnich meczach przy Łazienkowskiej zachęcany był przez kibiców do śpiewania wulgarnych piosenek o swoim byłym klubie, Polonii Warszawa.

Bartłomiej Kubiak: Czy podczas meczu spoglądasz czasem w stronę trybun?

Paweł Wszołek: Tak, ale nie w trakcie gry. Po rozgrzewce rozglądam się, szukając rodziny i przyjaciół. Po golu lubię dedykować żonie złożone z palców serce. Ale żeby jakoś specjalnie się rozglądać to nie, muszę być skoncentrowany na boisku. Czemu pytasz?

A wiesz, kto często zasiada w loży VIP obok Dariusza Mioduskiego?

- Wiem, do czego zmierzasz. Jerzy Brzęczek.

Jesteś ostatnio w świetnej formie. Dla Legii strzeliłeś już cztery gole, zaliczyłeś trzy asysty. Nie spoglądałeś z zazdrością na Artura Jędrzejczyka, który wrócił na Łazienkowską po występie ze Słowenią?

- Był dziś w klubie przede mną, więc nie wiem czy przyszedł w dresie i z torbą reprezentacji [rozmawialiśmy w środę, dzień po meczu ze Słowenią]. A mówiąc na poważnie, to stąpam twardo po ziemi. Nie wybiegam za daleko w przyszłość. Tylko nałożyłbym na siebie dodatkową presję.

A czy ktoś ze sztabu Brzęczka odzywał się do ciebie?

- Pomidor.

Boniek zdradził plany reprezentacji Polski. Cztery sparingi przed Euro - zobacz materiał

Wszyscy chcą jednak Pawła Wszołka w kadrze. A ty?

- Byłbym niepoważny, gdybym o tym nie marzył. Ale rozmyślanie, kiedy dostanę powołanie, nie zbliży mnie do realizacji tego marzenia. Możesz nie wierzyć, ale myślę tylko o najbliższym meczu Legii z Pogonią [sobota, godz. 17.30]. Nie mogę rozmyślać o tym, z kim zagramy za dwa-trzy tygodnie, bo w ten sposób nie skupię się na najbliższym spotkaniu. Dzisiaj to Legia jest moją reprezentacją. Cieszę się z tego, jak zostałem tutaj przyjęty. Jak przyjęli mnie piłkarze, trenerzy.

Piłkarze, trenerzy, ale też kibice, którzy po meczu z Lechem przywołali cię pod „Żyletę” i zachęcali do wulgarnych przyśpiewek na temat twojego byłego klubu - Polonii. Jak się wtedy czułeś?

- Skrępowany. Nie jestem głupi, wiem, jakie jest środowisko kibicowskie, wiedziałem, że mogę się czegoś takiego spodziewać. Z początku, w tym całym zamieszaniu, nie usłyszałem, co kibice do mnie krzyczą. Dopiero koledzy z zespołu podpowiedzieli mi na ucho… Myślę, że zachowałem się dobrze, stosownie, byłem bardzo spokojny. Nie przeszkadza mi to.

Takie jest życie piłkarza. Nie wiesz, gdzie przyjdzie ci zagrać w przyszłości. Dlatego uważam, że musisz szanować każdy klub, w którym jesteś i ludzi z nim związanych. Kiedyś występowałem w Polonii. Teraz jestem w Legii. Dla niej chcę zostawiać serce na boisku, dumnie reprezentować jej barwy. To jest moim priorytetem.

Przyszedłeś do Legii w trudnym momencie. Drużynie wiodło się źle, pozycja trenera, który cię zatrudniał, była zagrożona. Dziś, gdy Legia jest pierwsza w tabeli, łatwo o tym zapomnieć...

- Nie zapominam, bo wiem, jaka jest piłka. Teraz jest dobrze, bo wygraliśmy kilka meczów, ale w futbolu wystarczą dwie porażki z rzędu, by zmienić sytuację o 180 stopni. Na początku sezonu, kiedy byłem na bezrobociu, miałem sporo czasu wolnego, oglądałem mecze ekstraklasy, a Legię widziałem też z trybun, byłem w Warszawie na meczu z Rangersami. Uważam, że w każdym ze spotkań, które widziałem, Legia dominowała. Nawet te, w których przegrała, jak np. z Wisłą w Płocku. Brakowało jej tylko trochę szczęścia.

Czyli nie miałeś wątpliwości?

- Żadnych. Od pierwszego dnia, kiedy przyszedłem do Legii, widzę, jaki panuje tu profesjonalizm. Przekonała mnie także rozmowa z trenerem Vukoviciem.

Jakim trenerem jest Vuković?

- Szczerym i sprawiedliwym. Takim, który dobrze wie, czego chce, a przy tym dąży do celu i pragnie się rozwijać. Ma charyzmę. Drużyna go akceptuje i szanuje, co oczywiście działa też w drugą stronę. Mam tu na myśli nie tylko trenera Vukovicia, ale także cały jego sztab.

Porównałbyś Vukovicia do jakiegoś trenera, z którym pracowałeś - Steve McClaren, Jimmy Floyd Hasselbaink, a może Sinisa Mihaljović?

- Nie, nie chciałbym. Nie lubię porównywać ludzi do siebie. Każdy z nas jest inny. Trener Vuković też jest inny. Przede wszystkim jest bardzo sprawiedliwy. Nikogo nie foruje. Nie ma dla niego świętych krów, o czym w Legii przekonałem się już na pierwszym treningu. Powiedział mi wtedy: „Paweł, musisz się pokazać, swoje przetrenować i udowodnić mi, że zasługujesz na szansę. Innej drogi do składu u mnie nie ma”. Bardzo szanuję takie podejście.

Na debiut w Legii czekałeś trzy tygodnie. Wejście do zespołu miałeś bardzo udane, wszyscy zwracają na to uwagę. Ale nie każdy widział, że w trakcie meczu z Lechem zbierałeś ochrzan od trenera Vukovicia. Za co?

- Czy to był ochrzan? Chyba nie. Bardziej wskazówki co do mojej gry, ustawiania się na boisku, jakieś rady taktyczne. O, ale jeszcze jedno! Bardzo mi się podoba to, że trener Vuković od razu mówi, co myśli. Ale żeby nie było: nie mam z tym problemu, jak trener mnie skrytykuje. Nie jestem zawodnikiem, który jak dostanie ochrzan, to zwiesza głowę. Ale wtedy ochrzanu nie było. Dementuję.

To nie jest chyba pierwszy raz, kiedy mogłeś trafić do Legii?

- Od lat, praktycznie w każdym oknie transferowym, wydzwaniają do mnie znajomi: „Ty, słyszałem, że idziesz do Legii? Tak piszą u nas w mediach”. W większości to były tylko plotki.

Przed transferem do Legii miałeś inne propozycje z ekstraklasy?

- Tak, były oferty.

Z Lecha?

- Znowu pomidor. Nie chcę mówić. Tym bardziej że tak naprawdę rozważałem tylko jedną. Właśnie Legię.

Masz w tej chwili menedżera?

- Nie, nie potrzebuję go.

To po tym, jak rozstałeś się z Jarosławem Kołakowskim? Głośno było o waszym konflikcie, gdy zimą 2013 r. w ostatniej chwili odwołałeś transfer z Polonii do grającego w Bundeslidze Hannoveru. Polonia miała na tobie zarobić 1,5 mln euro.

- To nie tak. Problem leżał gdzie indziej, a dokładnie w sprawach organizacyjnych w Polonii. W klubie panowało wówczas ogromne zamieszanie. Było kilku właścicieli, część zysku z mojego transferu poszłoby na jedno konto, kilka procent na kolejne, jeszcze do kogoś innego… Miałem wtedy 19 lat. I zwyczajnie się wystraszyłem, byłem przytłoczony zamieszaniem wokół mnie. Dopiero co wszedłem do dużej piłki, dopiero się uczyłem, jak stawiać w niej kroki, a już pojawiły się duże pieniądze, obietnice. Wtedy, zimą 2013 r., zamknąłem się w sobie. Miałem poczucie, że wszyscy wokół chcą mnie oszukać, zarobić na mnie. I podjąłem decyzję, że chcę zostać w Polonii, a odejdę dopiero latem. Dziś, z perspektywy siedmiu lat gry za granicą, patrzę na tę sytuację inaczej. I myślę, że pan Kołakowski chciał dla mnie jak najlepiej. Dbał o mnie. Starał się, wysyłał filmiki z moimi zagraniami, dawał rady, co było dobre, a co należałoby poprawić. Doceniał mnie.

Kto jest waszym głównym rywalem w drodze po tytuł?

- Nasze głowy. Wiadomo, trzeba analizować to, co robią rywale, ale się na nich nie oglądać. Musimy mieć chłodne umysły i ciężko pracować.

Ostatni mecz z Lechem był przełomowy?

- Przegrywaliśmy 0:1, wygraliśmy 2:1. Zaczęła się potem nasza dobra seria, więc można tak powiedzieć. Albo inaczej: fajnie jest tak napisać, przypiąć taką łatkę temu spotkaniu. Tym bardziej że o meczach Legii z Lechem mówi się w ostatnich latach, że to w Polsce największe klasyki. Zgadzam się, że to klasyki, ale wcale nie uważam naszego ostatniego zwycięstwa za przełomowe. Już mówiłem wcześniej: my cały czas widzieliśmy, że to wszystko idzie w dobrym kierunku, że w końcu musi zaskoczyć. A że zaskoczyło z Lechem? Niejedna drużyna przy wyniku 0:1 u siebie, na dodatek po dwóch porażkach z rzędu, by się poddała. My się nie poddaliśmy, bo wierzyliśmy. Ktoś powie, że może pomogło nam szczęście. Tylko że my na to szczęście wcześniej solidnie sobie zapracowaliśmy. Dlatego nie nazywałbym tego przełomem.

A jak?

- Efektem naszej ciężkiej pracy. Po prostu. Ale z drugiej strony też nie popadajmy w przesadę, w jakieś zachwyty. Wygraliśmy pięć meczów z rzędu, jesteśmy liderem, ale za nami dopiero 15 kolejek ekstraklasy. 15 kolejek, które trzeba wymazać i myśleć już o następnej, a potem o jeszcze następnej. I tak do końca sezonu.

Co to znaczy dla ciebie - być profesjonalistą?

- Szanować barwy klubu, w którym grasz. Szanować przeciwników. A sportowo? Dbać o siebie. Prowadzić się dobrze. Dobrze jeść. Nie zarywać nocy. Te wszystkie małe rzeczy później łączą się w całość, w to, jak wypadniesz w weekend podczas meczu.

Z kimkolwiek nie rozmawiam w klubie, wszyscy podkreślają twój profesjonalizm.

- Miło słyszeć. Od lat współpracuję z dietetykiem z Trójmiasta, Sylwestrem Kłosem. Razem z żoną bardzo dbamy o dietę, zdrowo się odżywiamy. Najważniejszy jest balans.

W Anglii widziałem młodych piłkarzy, którzy mieszkali tuż obok stadionu, a potrafili spóźnić się na trening półtorej godziny. Musieli płacić gigantyczne kary, ale to ich niczego nie uczyło. Nie mieli szacunku do pracy. W Legii w ogóle tego nie ma. Wszyscy są mega profesjonalni. Najlepszy przykład to Inaki Astiz czy Radosław Cierzniak - weterani, którzy są rezerwowymi, ale trenują na 110 proc., są wzorami do naśladowania.

Chciałbyś jeszcze wyjechać na Zachód?

- Nawet nie wiem, gdzie w tym roku spędzę Sylwestra, a ty mnie pytasz o takie rzeczy? Nie myślę o tym w ogóle. Serio. A dlaczego nie myślę? Bo takie wybieganie w przyszłość w życiu piłkarza nie ma żadnego sensu.

Londyn, Werona, Genua. Gdzie mieszkało ci się najlepiej?

- Chyba w Genui. Wiadomo: woda, słoneczko, cieplutko. Chociaż mojej żonie bardziej podobała się Werona: małe miasteczko - takie romantico. Ale w ogóle w karierze miałem szczęście do fajnych miast. Warszawa też jest super!

Dziś po latach wracasz do niej jako inny człowiek?

- Też do innej Warszawy. Jak popatrzysz na nią z lotu ptaka, wszędzie widzisz dźwigi. To miasto szalenie się rozwinęło przez ostatnie 10 lat. I cały czas się rozwija. Zresztą Polska tak samo. Jako kraj zrobiliśmy niesamowity postęp, duży krok naprzód. I super, bo dzięki temu żyje nam się chyba wszystkim coraz lepiej.

Gdzie mieszkasz w Warszawie?

- Na Powiślu, niedaleko stadionu.

To jest to samo miejsce, z którego sześć lat temu wyjeżdżałeś do Włoch?

- Nie, mieszkałem w Warszawie w wielu miejscach,  na Ursynowie, Białołęce, Żoliborzu, w Markach… Zaczynałem od mieszkania z sześcioma innymi chłopakami, m.in. z Łukaszem Teodorczykiem, Krystianem Feciuchem, Łukaszem Skowronem. Ten komfort mieszkaniowy oczywiście rósł wraz z moim wiekiem oraz kolejnymi kontraktami. Ale ja wcale dużo nie potrzebuję. Nawet teraz, naprawdę. Ważniejsi dla mnie są ludzie, którzy mnie otaczają. No i zwierzęta. Mamy małego pieska, yorka, niby kochany, a z charakteru bardziej pitbull. Zresztą z Madzią, moją żoną, obiecaliśmy sobie, że jak już wybudujemy dom, przygarniemy ze schroniska kolejne psiaki. Kochamy zwierzęta. Już teraz im pomagamy. Zawozimy paczki, dokarmiamy.

W Enklawie bywasz?

- A co to jest?

No, nie gadaj.

- Aaa, kojarzę, Mazowiecka! Pewnie byłem, ale już nie pamiętam. Jak byłem nastolatkiem, chadzało się do takiego klubu przy Świętokrzyskiej, obok McDonalda. Też już nie pamiętam, jak się nazywa.

Underground.

- O, tak! Do Undergroundu! Po schodkach w dół! Jest jeszcze to miejsce?

Nie ma.

- Szkoda. Chodziło się tam, jak miało się 16, 17 czy 18 lat. Fajne czasy. Teraz już człowiek jest starszy, ustatkowany. I myśli dużo poważniej, i dużo więcej siedzi w domu albo spędza czas na spacerach z psem. Czasy są też takie, że jak ktoś przyłapie piłkarza w dyskotece, od razu roznosi się plotka, że imprezuje, pije, zaniedbuje treningi. Jak Samuel Eto’o czy Luca Toni - wiadomo: wielcy piłkarze, trochę inny świat - wychodzili gdzieś we Włoszech, nikt nie miał z tym problemu. Tak samo jak z tym, by dzień przed meczem do kolacji wypić sobie kieliszek wina. To wręcz było normalne, ludzkie zachowanie. Wino było oficjalnie podawane nam do kolacji.

W Polsce bardzo łatwo zrobić aferę z tego, jak ktoś kogoś spotka na mieście. Ja nie mówię, że od razu trzeba tam pić piwo albo wino, ale piłkarz to też człowiek. Też czasem musi jakoś odreagować stres. I jeden woli zostać w domu, drugi posiedzieć z przyjaciółmi w restauracji, a trzeci właśnie pójść do klubu. Każdy jest inny. Ale to wcale nie oznacza, że ci co wychodzą, od razu prowadzą się niesportowo, nie są profesjonalistami.

Swoją osiemnastkę wyprawiłeś w Undergroundzie?

- A skąd, nigdzie! Nie było kasy. Ale wyprawię, podwójną! Na swoje 36. urodziny!

Więcej o:
Komentarze (3)
Wszołek musi wysłuchiwać wulgarnych przyśpiewek na Legii. "Nie jestem głupi"
Zaloguj się
  • talajot

    Oceniono 7 razy 3

    Normalny chłop
    Trzymaj się, zdrowia i powodzenia...
    w drodze po mistrza 2020 :)

  • gol-ik

    Oceniono 3 razy -1

    Wszołek do reprezentacji😂,kabaret,przecież on już w niej był i nie wykorzystał szansy,poza tym facet nie sprawdził się w 2 lidze angielskiej,a w Polsce jest”gwiazda” ,właściwie to w Warszawie

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX