Sport.pl

Ekstraklasa. Stefan Scepović nie chciał tych wszystkich transferów

Nie lubi określenia "globtroter", bo w jego przypadku media szafują nim na prawo i lewo. Uważa, że zupełnie niezasłużenie. Dawno temu machina piłkarskich przeprowadzek została uruchomiona bez zgody nowego napastnika Jagiellonii Białystok. 29-latek podpisał roczny kontrakt.

Dziedzictwo

Sladjan Scepović wyrzuca Celtic za burtę Pucharu Zdobywców Pucharów, a za ćwierć wieku jego syn zakłada koszulkę „The Bhoys” jako pierwszy Serb w historii. Stefana nie było jeszcze na świecie, gdy jego ojciec w samej końcówce meczu w Glasgow strzelił na 4:5 i dał Partizanowi awans do kolejnej rundy. Jednocześnie okazało się, że cztery bramki Dariusza Dziekanowskiego to za mało.

- Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie, widziałem nagrania, to wszystko było niesamowite. Tata wspominał, że na stadionie panowała wrzawa, ale kiedy trafił do siatki nagle nastała cisza – mówi w rozmowie z „Celtic View”. Wraz z przeprowadzką do Szkocji spełniły się jego marzenia. W domu często słyszał, że Celtic jest wielkim klubem, Sladjan wypowiadał się o nim w samych superlatywach. Ale do transferu wcale nie musiało dojść. Co jest dość przewrotne, biorąc pod uwagę ile klubów do tej pory zwiedził napastnik. – Kontrakt podpisałem dopiero o 22, w ostatni dzień okienka transferowego. Po raz pierwszy w życiu prawie do samego końca nie wiedziałem, gdzie spędzę kolejny sezon – opowiada Jelenie Trajković z serbskiego portalu „B92”.

Wiedział, że wyjazd z Gijon po zdecydowanie najlepszym sezonie w karierze, będzie musiał okupić ciężką pracą. – Byłem w pełni świadomy, że to trochę potrwa zanim przestawię się z hiszpańskiego futbolu na wyspiarski. Obstawiałem mniej więcej pół roku. To samo usłyszałem od trenera – kontynuuje. W rzeczywistości okazało się, że będzie potrzebował czegoś znacznie więcej.

Anglojęzyczne media dość szybko obiegła informacja, że Celtic wcale nie był pierwszym wyborem serbskiego zawodnika. – Przeszedł testy medyczne w klinice w Paryżu i zgodził się na warunki, które przedstawił zarząd szkockiego klubu, po czym zmienił zdanie i rozpoczął rozmowy z Getafe – czytamy na łamach „Daily Mail”. Wywołało to wielką falę oburzenia w środowisku, a kibice jeszcze przez długi czas nie potrafili obdarzyć go zaufaniem. Niektórzy nigdy tego nie zrobili. Próbował się bronić, ale daremnie. – Nigdy nie powiedziałem, że nie chce tutaj przyjść. Kiedy rozmawiałem z rodzicami i przyjaciółmi, zawsze im powtarzałem, że Celtic jest moim pierwszym wyborem. Owszem, pojawiły się pewne problemy z kontraktem, ale najważniejsze, że udało się dojść do porozumienia – tłumaczy w tym samym artykule. Zawodnik stwierdził, że kibice mogą przekopać internet w poszukiwaniu dowodów jego kłamstwa, ale ich nie znajdą. – Bo nic takiego nigdy nie powiedziałem – podsumowuje. Obrona skończyła się na słowach, a nie – jak powinna – na boisku.

Ocaleni przez futbol

Stefan zawsze czuł się lepiej w Hiszpanii. I bynajmniej nie traktował tego jako głupiej wymówki. Z Półwyspem Iberyjskim łączy go nie tylko styl gry, ale przede wszystkim dzieciństwo. Zwłaszcza ten etap, który najbardziej się pamięta. – Urodziłem się w Belgradzie, ale dwa lata później przeprowadziliśmy się na Cypr, bo mój tata podpisał kontrakt z Apollonem Limassol – opowiada w wywiadzie dla hiszpańskiego „EFE”.

Mieli szczęście, bo w tym czasie zmieniły się zasady w byłej Jugosławii i można było opuścić kraj mając 25 lat. – Wcześniej było to 27 lat. Dlatego udało nam się wyjechać przed wojną. Szczęśliwy zbieg okoliczności – tłumaczy piłkarz. Na własnej skórze nie odczuli skutków bombardowania z 1999 roku, mieszkali wówczas w Meridzie, w zachodniej części Hiszpanii. Oni byli bezpieczni, ale w Serbii została spora część rodziny i nikt nie wiedział, co się z nimi dzieje. – Ostatecznie nikomu nic się nie stało, ale to było naprawdę przerażające. Po kilku latach wróciliśmy do Belgradu, bo tata chciał zostać trenerem, a budynki i mosty nadal były zniszczone - kontynuuje.

Chociaż Sladjan przeszedł na piłkarską emeryturę w 1997 roku, to od razu nie spakował walizek. Razem z żoną i trójką dzieci (Marko, Stefan i Tijana) postanowili, że jeszcze przez pewien czas nie wrócą w rodzinne strony. W ciągu kolejnych pięciu lat, Stefan uczęszczał do szkoły w Meridzie (przyp. red. el colegio Trajano de Merida) i udało mu się opanować język na bardzo dobrym poziomie. Nie tylko dlatego, że był pilnym uczniem, a głównie dzięki mamie. – Zmuszała nas do mówienia po hiszpańsku i integrowania się z innymi, odprowadzała nas na treningi i przyprowadzała do domu – mówi w rozmowie z portalem „Las Provincias”.

Z zawieraniem przyjaźni też nigdy nie miał większych problemów. – Najpierw z bratem kopaliśmy co popadnie, wystarczyło znaleźć coś na ziemi, a w Meridzie graliśmy na rynku (przyp. red. Plaza de Espana de Merida). Dopiero później zrobiło się poważniej, bo dołączyliśmy do drużyny futsalu. W barwach Extremadury wygraliśmy nawet finał przeciwko „Królewskim” – wspomina dzieciństwo i „ósemkę” na plecach w wywiadzie dla hiszpańskiego „EFE”. Po meczu trzech zawodników dostało telefon z Realu, między innymi właśnie Stefan. Jego ojciec nie wyraził jednak zgody na przeprowadzkę. – Nie miałem osiemnastu lat, żeby o sobie decydować. Powiedział mi, że jest za wcześnie, że jestem jeszcze dzieckiem i nie mogę mieszkać sam w takim wielkim mieście – kontynuuje opowieść. Sladjan raczej starał się nie ingerować w rozwój piłkarski swoich synów. Nigdy im nie powiedział, że muszą robić to, co on.

Dlatego futsal był jednym z wielu pomysłów. Z obszernego wywiadu, który ukazał się na węgierskim portalu „Csukfoci” dowiadujemy się, że razem z bratem próbowali swoich sił w judo i koszykówce. – Nie za bardzo da się wykorzystać wiedzę z judo na boisku – śmieje się Marko. Ostatecznie wybór padł na piłkę nożną, chociaż niektórzy nadal mieli wątpliwości. – Trener Partizana powiedział, że powinienem zająć się czymś innym, że nie jestem piłkarzem. Porozmawiałem o tym z tatą i przeniosłem się obok, do OFK – wyjawia Stefan w tej samej rozmowie. Napastnik skończył wówczas 14 lat i udowodnił, że szkoleniowiec nie miał racji. – W każdym meczu przeciwko jego ekipie strzelałem jednego albo dwa gole – podkreśla z dumą w głosie. Poczuł się jeszcze lepiej, gdy po latach wrócił do seniorskiej drużyny Partizana.

Nie ma to jak w Gijon

Zanim jednak do tego doszło, „Crno-beli” jeszcze raz zaszli mu za skórę. Nie w sposób bezpośredni, ale machina przypadkowych przeprowadzek rozpoczęła się w szatni Partizana (przyp. red. OFK Belgrad przegrał 0:3). – Siedziałem na ławce i w pewnym momencie jeden ze starszych graczy zaczął ironicznie żartować „ktoś tu idzie na wypożyczenie”. Początkowo to zignorowałem, ale po kolejnym treningu podszedł do mnie dyrektor sportowy i powiedział, że przenoszę się do Sampdorii – wyjaśnia Stefan w wywiadzie dla „EFE”.

Wszystko działo się bardzo szybko. W jednej chwili pojawiła się informacja, w drugiej oddawał walizki do luku bagażowego. Dosłownie. – Następnego dnia miałem samolot. Mama płakała, a ja w wieku 18 lat pakowałem się do kraju, gdzie nikogo nie znałem – wspomina jeden z najtrudniejszych momentów w życiu. Napastnik został wypchnięty z klubu w bardzo młodym wieku i nie mógł powiedzieć „nie”, bo wylądowałby w rezerwach. Kolejne decyzje były w mniejszym bądź większym stopniu wymuszane przez okoliczności. - Dlatego nie lubię, gdy nazywają mnie „globtroterem”. To nie była moja wina. Gdyby tak było, przyznałbym, że popełniłem błąd – kończy rozmowę. Najgorzej wspomina Belgię, bo tam praktycznie nie wychodził na murawę. Wówczas coś w nim pękło. Okrzepł, wziął sprawy w swoje ręce i już w Akce podjął próbę uratowania swojej kariery.

- Dzięki niemu kibice Sportingu Gijon odzyskali nadzieje na awans na najwyższy poziom rozgrywkowy (przyp. red. porażka w barażach w dwumeczu z Las Palmas). W rytm muzyki z filmu „Żądło” śpiewali w każdym spotkaniu przyśpiewkę „przyszliśmy tutaj, żeby zobaczyć gole Scepovicia!” – pisze Mariano Jesus Camacho w artykule na portalu „Vavel”. Stefan zanotował zdecydowanie najlepszy sezon w całej swojej karierze, strzelając 23 bramki w 39 spotkaniach. Natomiast Alvaro Conesa Garcia z „Capital Deporte” przy okazji powrotu Serba na El Molinón (sezon 2017/2018) wspomina, że doczekał się przydomka „Czołg z Belgradu”. Jednak oczekiwania przerosły zawodnika i nie udało mu się powtórzyć wielkiego wyczynu.

Zdecydowanie nie pomogła mu w tym etykieta „gwiazdy”. Na portalu „Vavel” pojawiła się nawet debata, w której próbowano znaleźć odpowiedź na pytanie „Co się stało ze Stefanem Scepoviciem?”. – Zupełnie sobie nie radzi, a piłka niechętnie go słucha, dlatego trener Paco Herrera posadził go na ławce – czytamy na portalu. Z pewnością kibice Jagiellonii woleliby uniknąć zadawania podobnych albo jeszcze trudniejszych pytań po kilku spotkaniach serbskiego napastnika w Ekstraklasie. Jeśli jednak takie się pojawią, media będą pisać o „kolejnym klubie globtrotera”.

Więcej o: