Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Oto było piekło. W greckim starciu gigantów Vadis Odjidja-Ofoe ograł Aleksandara Prijovicia

Niedzielny hit ligi greckiej miał być wojną. I był. Po pełnym walki meczu Olympiakos Pireus pokonał lidera z Salonik 1:0. W barwach gospodarzy świetne spotkanie rozegrał Vadis Odjidja-Ofoe; gwiazdor PAOK Aleksandar Prijović mógł tylko z zazdrością patrzeć na popisy niedawnego kompana z Legii Warszawa.

Kilkadziesiąt jarzących się czerwonym światłem rac na tle czarnego, gryzącego w oczy dymu z wojskowych świec przypominało pejzaż piekła. Wrażenie potęgowały gromkie spartańskie okrzyki siedmiu tysięcy gardeł, które na trybunie stadionu Karaiskakisa, zajmowanej przez ultrasów, nie zamilkły nawet na chwilę. Czerwono-biała armia sympatyków Olympiakosu niczym na bitewnych ćwiczeniach na rozkaz podnosiła się z miejsca, gdy któryś z zawodników ich ukochanej drużyny padał na murawę ścięty wślizgiem rywala z Salonik. Dla mieszkańców Pireusu potyczka z PAOK to drugi najważniejszy mecz w roku, tuż po derbach Aten z Panathinaikosem. W niedzielnym hicie Superleague Ellady wystąpiło dwóch byłych piłkarzy Legii Warszawa – Vadis Odidja-Ofoe i Aleksandar Prijović.

Zacznij Greku ten mecz!

14. O tyle minut później, niż planowano, wystartował grecki szlagier. Najpierw sędzia Georgios Kominis czekał, aż wiatr rozwieje dym z rac, który bardzo ograniczył widoczność, a następnie aż czterokrotnie próbował rozpocząć grę. Udało się dopiero za czwartym razem, bo wcześniej kilku piłkarzy Olympiakosu i PAOK urządziło sobie preludium walki i albo się przepychało, albo zbyt wcześnie wbiegało na połowę przeciwnika. Kiedy Kominis gwizdnął w końcu po raz pierwszy, kibice rozpoczęli przedstawienie. Od początku 30 tysięcy fanatyków obrażało przyjezdnych i ich fanów (nieobecnych w Pireusie od kilkunastu lat, obowiązuje ich prewencyjny zakaz wyjazdowy). Dzięki temu nowoczesny obiekt noszący imię komandora Georgiosa Karaiskakisa wypełniony był wyłącznie miejscowymi, którzy rywalom z Salonik, liderowi ligowej tabeli, urządzili kibicowską jatkę. Poza wyzwiskami nie obyło się bez spalenia flagi, którą herszt ultrasów podpalił po kwadransie meczu.

Emocji nie kryli nawet dziennikarze, którzy w Grecji jawnie obnoszą się ze swoimi sympatiami. W kilku sytuacjach paru redaktorów wstawało z miejsc i kopało w krzesła. Swoje oberwały także stoły, na które co chwilę spadały kolejne ciosy. – Te mecze podnoszą nam ciśnienie. Nie ważne, czy ktoś kibicuje Olympiakosowi, Panathinaikosowi czy PAOK. Każdy przeżywa to po swojemu. Bo każdy w tej wojnie staje po którejś ze stron – tłumaczy Sport.pl Giannis Polias z dziennika „Sport Day”.

Granica Vadisa

Żurnaliści nie kryli zdziwienia. W poprzednich spotkaniach Vadis wystawiany był bardzo wysoko, czasem grywał nawet na pozycji napastnika. Natomiast przeciwko PAOK zachowywał się tak, jakby na 30 metrze przed bramką Rodrigo Reya przebiegała niewidzialna granica do której przekroczenia nie miał uprawnień. Trener Takis Lemonis, który Olympiakos prowadzi już po raz czwarty (dwukrotnie zdobywał mistrzostwo Grecji, gdy piłkarzem klubu był Michał Żewłakow) zadecydował jednak, że w potyczce z superrywalem z północy Belg ma skupić się na defensywie. I Vadis założenia szkoleniowca sumiennie wypełniał. Kilkukrotnie jednak długimi podaniami uruchamiał kolegów, tak jak w 13 min, gdy po wspaniałym przerzucie sam na sam z Reyem znalazł się Kostas Fortunis. Tuż po precyzyjnych pasach Odjidja-Ofoe zatrzymywał się jednak i poczynania zawodników Olympiakosu oglądał stojąc bliżej koła środkowego, niż pola karnego rywali. Nie przeszkodziło mu to w udziale przy jedynej tego wieczoru bramce rodaka Björna Engelsa. To ex legionista skontrował piłkę po dośrodkowaniu jednego z partnerów, a w podbramkowym zamieszaniu najsprytniejszy okazał się kupiony latem za 7,5 mln euro Engels. Całe spotkanie w wykonaniu Vadisa należy zaliczyć do bardzo udanych. W środkowej strefie boiska dzielił i rządził; kipiał też agresją, nerwowymi reakcjami po decyzji sędziego czy przepychankami z rywalami idealnie wpisując się w klimat zaciętego greckiego hitu.

Dużo gorzej zaprezentował się Aleksandar Prijović. Gwiazdor PAOK, w niedzielę najbardziej wysunięty piłkarz 2-krotnego mistrza kraju, był bezbarwny, w dużej mierze przez brak podań. W polu karnym Olympiakosu futbolówka dotarła do niego tylko raz, ale po uderzeniu lewą nogą poszybowała tak wysoko, aż przeraziła miejscowe albatrosy. Prijović dużo biegał, ale poza poprawianiem kilometrówki nic z tego nie wynikało. W ataku podobnie zagrał cały PAOK, więc trudno obwiniać tylko Serba.

W Pireusie wiało chłodem

Po meczu o opinię na temat byłych zawodników mistrza Polski zapytaliśmy Greków. – Odjidja-Ofoe to jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy letni transfer. Nie mieliśmy wątpliwości, co do jego klasy, przecież kupiliśmy go z Legii, nie z Korony Kielce. Ale wszystkich zaskoczył tym, jak szybko stał się liderem. To facet, który bardzo szybko myśli, który wyprzedza ruchy rywali. Na boisku jest po prostu mądry – tłumaczy Giannis Polias ze „Sport Day”. Zdaniem Dionisisa Kappotosa z radia SPORTFM w niedzielnym boju Lemonis dał odpocząć Belgowi: „Dlatego ustawił go z tyłu. Vadis jest już zmęczony. Bardzo dużo pracuje w ofensywie i defensywie. A to kosztuje sporo sił. Dlatego dziś nie angażował się tak bardzo w atak. Ale i tak zrobił swoje, to on wywalczył gola”. Kiedy dopytuję o Prijovicia obaj reporterzy tylko się uśmiechają. – Wszedł, pobiegł i zszedł. Tyle – wzruszył ramionami Kappotos.

Vadis ze stadionu wyszedł jako jeden z ostatnich gospodarzy. Tuż po zakończeniu spotkania został wyznaczony do kontroli antydopingowej. Do autokaru szedł jednak z uśmiechem. Olympiakos ograł przecież lidera i awansował na drugie miejsce w tabeli. Gorszy humor miał Prijo, który wraz z drużyną długo siedział w szatni, aby później szybkim manewrem ominąć dziennikarzy i ruszyć do autobusu. Być może w kuluarach obaj legioniści zamienili kilka słów, natomiast na murawie wiało między nimi chłodem. Szczególnie przyjacielskie nie było ani przywitanie, ani pożegnanie. Może wpłynęła na to atmosfera piekielnego meczu w którym nie ma miejsca na koleżeństwo? Bo olbrzymia niechęć pomiędzy oddalonymi od siebie o 500 km klubami dopuszcza tylko dwa scenariusze: sukces i porażkę. Tym razem górą był Odjidja-Ofoe i Olympiakos.

Więcej o: