Rocznica meczu na Wembley. Ćmikiewicz: Po tych pigułach mieliśmy szybciej biegać, ale okazało się, że to było placebo

16.10.2017 19:08
Piłkarska reprezentacja narodowa Kazimierza Górskiego z Olimpiady w Monachium 1972

Piłkarska reprezentacja narodowa Kazimierza Górskiego z Olimpiady w Monachium 1972 (Fot. Dariusz Gorski / Fotonova / East News)

- Śmiejemy się z kolegami, że siła polskiego futbolu narodziła się w latach 70. głównie dzięki niemu. Doktor Garlicki dawał nam tabletki i mówił: "dostaniecie po nich takiego kopa, że będziecie grać rewelacyjnie". No to je braliśmy. A co się później okazało? Że były to witaminy dla kobiet w ciąży. Zwykłe placebo - powiedział Lesław Ćmikiewicz, reprezentant "orłów Górskiego", w rozmowie ze Sport.pl.

Lesław Ćmikiewicz (ur. 1948) to były reprezentant Polski, a także selekcjoner kadry. W czasie piłkarskiej kariery najdłużej był związany z Legią Warszawa (w latach 1970-79). Największe sukcesy odnosił jednak z reprezentacją. Dwukrotnie zdobył medal olimpijski, złoty w Monachium w 1972 roku i srebrny w Montrealu (1976 r.). Podczas mundialu w RFN wraz z drużyną Kazimierza Górskiego zajął trzecie miejsce.

Antoni Partum: Oglądał pan ostatnie mecze reprezentacji Polski?

Lesław Ćmikiewicz: Tak, śledziłem całe eliminacje.

Czy kadra Adama Nawałki ma porównywany potencjał co reprezentacja Kazimierza Górskiego?

- Piłka się zmieniła, więc takie porównania nie mają sensu. Mieliśmy zupełnie inne treningi i inne przygotowanie fizyczne. Obecnie piłkarze są lepiej przygotowani pod względem atletycznym. Dzisiaj zawodnicy podczas meczu przebiegają około 12 km, a my nawet połowy tego nie biegaliśmy.

Silną stroną kadry Nawałki jest ofensywa. Ale trzeba pamiętać, że co innego wygrać z Armenią 6:1, a co innego granie ofensywnej piłki z naprawdę mocnym rywalem. Dopiero podczas mundialu przekonamy się, na ile jesteśmy mocni.

A jakie są nasze słabe strony?

- Na pewno musimy popracować nad defensywą. Tracimy zdecydowanie za dużo goli, nasza obrona popełnia zbyt wiele prostych błędów.

Jaki zadowoli pana wynik podczas mundialu w Rosji?

- Trudno teraz spekulować, bo wciąż nie znamy podziału na grupy. Uważam, że celem minimum będzie awans do fazy pucharowej. A co dalej? Nie wybiegajmy za daleko w przyszłość. Myślmy krok po kroku, a unikniemy zbędnego zawodu.

We wtorek 17 października mijają 44 lata od historycznego meczu na stadionie Wembley, który zremisowaliście z Anglią (1:1). Słuchając pańskich kolegów w mediach, można odnieść wrażenie, że oni ciągle żyją tym meczem. Pan też go wciąż mocno przeżywa?

- To był dla nas taki piłkarski chrzest. Rok wcześniej zdobyliśmy złoto igrzysk olimpijskich, ale w zawodowym futbolu to nie znaczyło wiele. Byliśmy wtedy kimś pomiędzy amatorami a zawodowcami. Mecz na Wembley to była przepustka do wielkiego świata.

Rok później zajęliście 3. miejsce na mistrzostwach świata w RFN. Wciąż jest pan usatysfakcjonowany z medalu czy pojawia się jednak myśl: ”cholera, mało brakowało, a byłbym mistrzem świata”?

- Pojechaliśmy na turniej i trochę niespodziewanie zaczęliśmy wygrywać z najlepszymi. Jednak nie byliśmy odpowiednio przygotowani, aby zostać mistrzami świata. Niemcy mieli ogromne doświadczenie turniejowe, a także byli znacznie lepiej zorganizowani. Zarówno na boisku, jak i poza nim. Co do piłkarskich umiejętności, to byliśmy drużyną pełną szybkich i dobrze wyszkolonych technicznie zawodników. A oni mieli twardą, mozolną, ciężką i nieprzyjemną reprezentację. Nie chodzi o głupie tłumaczenia, ale ewidentnie deszcz im pomógł. Pogoda zabrała nam wiele atutów.

Wasza drużyna stanowiła monolit, ale mieliście wiele indywidualności. Kto w największym stopniu stał za waszym sukcesem?

- Janusz Garlicki.

Lekarz reprezentacji?!

- Śmiejemy się z kolegami, że siła polskiego futbolu narodziła się w latach 70. głównie dzięki niemu. Doktor Garlicki dawał nam tabletki i mówił: ”dostaniecie po nich takiego kopa, że będzie grać rewelacyjnie”. No to je braliśmy. A co się później okazało? Że były to witaminy dla kobiet w ciąży. Zwykłe placebo...

A poważnie mówiąc, to niezastąpiony był Włodek Lubański. Był niezwykle ważny zarówno na boisku, jak i w szatni. No i Kazio Deyna, który był wtedy wśród trzech najlepszych piłkarzy świata. Mówi się o indywidualnościach, ale pamiętajmy, że futbol to przecież gra zespołowa. Deyna mógł być gwiazdą, bo ja zasuwałem za niego w obronie. Jak tylko odebrałem piłkę rywalowi, to moja pierwsza myśl była taka: ”gdzie jest Kazio?”. Trzeba było mu tylko oddać piłkę, bo potem było wiadomo, że on z nią wymyśli coś takiego, co pozwoli nam wygrać mecz.

Mundial z 1974 roku zmienił wasze myślenie o futbolu?

- Tak, nagle każdy z nas zobaczył, że może grać na zachodzie za wielkie pieniądze. Wróciliśmy do Polski i zarabialiśmy miesięcznie po 300-400 dolarów, a tam zarabiano w tysiącach.

Po mundialu, np. Bayern Monachium chciał kupić Roberta Gadochę, ale Legia nie chciała go sprzedać do kraju, gdzie narodził się nazizm...

Nie mogliśmy też wyjeżdżać, bo były różne głupie ograniczenia, np. limity wieku. Mogłeś opuścić Polskę dopiero po 30. roku życia. czyli w momencie, kiedy byłeś już bliżej sportowej emerytury, niż życiowej formy.

Niestety, prawda jest taka, że drużynę z lat 70. wykupiłyby najlepsze kluby Europy, ale nie mogły tego zrobić przez idiotyczne przepisy.

Żałuje pan, że urodził się w tamtych czasach? Dzisiaj nawet przeciętny piłkarz Legii zarabia kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie.

- Czas robi swoje. Przecież do mnie wtedy też podchodził – starszy o 15 lat - Lucjan Brychczy i opowiadał, że za mistrzostwo Polski to on dostał skórzaną teczkę i uścisk dłoni od prezesa. Może tak, jak on z ”zazdrością” patrzył na nas, tak my – jako pokolenie piłkarzy – patrzymy na młodych. Ale ja osobiście nie czuję żadnych negatywnych emocji. Nie ma co rozpamiętywać, bo przygoda z piłką to nie tylko pieniądze. Robiłem to, co kocham i przeżyłem piękne chwile. Dzisiaj może lepiej zarabiają, ale czy mają złoty medal olimpijski? Jeśli nie, to ja chętnie mogę im pokazać (śmiech).

Czyli czuje się pan spełnionym piłkarzem?

- Przeszedłem wszystkie szczeble reprezentacji - od juniorskich, przez olimpijską do seniorskiej. Byłem od pierwszego do przedostatniego meczu reprezentacji Kazia Górskiego. Ominąłem tylko finał z NRD (1:3) [podczas IO w 1976 roku-red.] przez kontuzję z półfinału z Brazylią (2:0). Ale trener postawił na Zygmunta Maszczyka i jak zwykle miał nosa. Tak, jak Maszczyk zagrał, to nie wiem, czy ja bym dał radę. Był w rewelacyjnej formie.

Łączyły pana z Kazimierzem Górskim bliskie relacje. Jaki on był?

- Był bardzo życzliwym i serdecznym człowiekiem. Zawodnicy go uwielbiali. My mieliśmy przyjacielskie relacje. Hierarchia jednak była jasna: Kazio był od nas starszy, więc darzyliśmy go odpowiednim szacunkiem. Ale w ogóle to żyliśmy wszyscy jak wielka rodzina. Np. jego żona, pani Mariolka, zawsze mnie pytała, co słychać u moich dzieci. Mieliśmy świetny kontakt. I osiągaliśmy świetne wyniki, więc łatwiej było o dobrą atmosferę.

Metody treningowe? To była inna epoka. Biegało się po lesie. Górski kazał nam zrobić siedem okrążeń. Pytamy, czemu akurat siedem? A Kazio odpowiadał: bo lubię tę cyfrę. Zawodnicy, którzy mieli trenerów z zachodu, widzieli, że świat poszedł do przodu, ale Kazio miał inne walory. Bardzo mądrze dobierał i selekcjonował skład, także pod względem charakterologicznym. Na odprawach tłumaczył nam, żeby tworzyć grę np. w ”trójkątach”, a później szybki przerzut na drugą stronę - na wolne pole. Do dziś się tak gra.

Żałuje pan, że nie zdołał wyjechać do dobrej zagranicznej ligi?

- Trochę tak. Byłbym w innej sytuacji materialnej. Nie musiałbym czekać na emeryturę. Gdyby nie ten dodatek olimpijski [około 2,5 tys. zł], to już bym musiał zapomnieć że byłem piłkarzem, ale dzięki dodatkowi spokojnie patrzę w przyszłość.

Ale udało się wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Jak pan to wspomina?

- Wtedy miałem już poważne kłopoty zdrowotne ze stawami. Już w 1971 roku zrobili mi badania lekarskie i stwierdzili, że mam różnicę temperatury między stopą a udem, wynosząca aż 12 stopni! Twierdzili, że mam chorobę Bürgera, co może skutkować np. niedokrwieniem stóp. Grozili mi nawet amputacją nóg. Taką miałem diagnozę w 1971 roku, a rok później zagrałem wszystkie mecze na turnieju. Podczas kariery sportowej w Polsce było OK, ale w Stanach znowu odezwały się problemy zdrowotne. Za oceanem leczyli tylko w jeden sposób: okłady - najpierw lód, potem ciepło, znowu lód i znowu ciepło, i tak w kółko. Na wszystkie dolegliwości. I co ciekawe, wyleczyłem się ze wszystkich schorzeń stawowych.

A co do wyjazdu [w 1980 roku podpisał kontrakt z Arrow Nowy Jork – red.], to początkowo w ogóle nie chcieli mnie puścić za granicę. Wybłagałem jednak ministra sportu. Tam był inny futbol. Graliśmy w tzw. Indoor Soccer, czyli można było odbić piłkę od bandy, a nawierzchnią był parkiet.

Można było zarobić?

- Nie za bardzo. Rządziła tam mafia jugosłowiańska i robiła wiele przekrętów. Deynę i Franciszka Smudę też przekręcili.

Wielu pańskich kolegów zostało działaczami piłkarskimi, a nawet politykami. Pan też miał takie aspiracje?

- Jak patrzę na to, co się dzisiaj wyprawia w polityce - na dwa skłócone ze sobą obozy - to ręce opadają. Nie mógłbym znaleźć dla siebie miejsca w takich realiach. Jak można reprezentować Polskę, tak się kłócąc i obrażając!? Gdybyśmy w drużynie się tak zachowywali, to nic byśmy nie wygrali...

Ale nie mam potrzeby, by moralizować innych. Każdy ma własne sumienie.

Czy wasze pokolenie czuje się lekko zapomniane?

- Czas robi swoje, ale istnieje stowarzyszenie ”Orły Górskiego”, którego jestem prezesem. Występujemy na turniejach. Ludzie, którzy pamiętają nasze czasy, często odwiedzą stadion, żeby nas zobaczyć. Kiedyś graliśmy z młodą drużyną, która nie chciała nam popuścić. A przy stanie 1:1 na 2:1 bramkę zdobył Jan Domarski. A spiker nic nie powiedział, więc podchodzę do niego i mu mówię: ”powiedz pan, że Domarski ma 70-lat”. A on nie mógł w to uwierzyć! Oby kadrowicze Nawałki też byli na starość w tak dobrej formie i byli zadowoleni ze swoich karier. Tego im życzę.

Eliminacje MŚ. Oni odegrali ważną rolę w układance Adama Nawałki

Komentarze (92)
Rocznica meczu na Wembley. Ćmikiewicz: Po tych pigułach mieliśmy szybciej biegać, ale okazało się, że to było placebo
Zaloguj się
  • adamriem

    Oceniono 10 razy 10

    Piękny wywuad

  • guga15

    Oceniono 5 razy 5

    Swietny tekst. Swietne dziennikarstwo. Zupelnie inny oddech. Zero spiecia i nadecia. Moze dlatego, co sam Cmikiewicz zauwaza, ze on nie nadaje sie do sklocenego swiata...

  • j.lukaszczyk

    Oceniono 6 razy 4

    Na zdjęciu drużyna z Olimpiady'72 Trener Górski Kostka, Gorgoń, Ostafiński,Anczok, Szeja, Lubański,Szymanowski, Kraska, Marx Gut na dole Deyna, Szołtysik,Lato, Kimecik,Szymczak,Jarosik, Ćmikiewicz, Gadocha, Maszczyk ..jeszcze bez Szarmacha, Tomaszewskiego, Żmudy, Kasperczaka, Musiała, Domarskiego

  • kewlys1963

    Oceniono 3 razy 3

    Pozdrowienia i zdrówka Panie Lesławie...
    Pamiętam Pana z boiska stadionu (dużo powiedziane, zwłaszcza tego przy kopalni...) Szombierki Bytom (Mistrz Polski z 1980 r.), zawsze elegancki, technicznie ułożony i nigdy Pan nie brutalizował gry...
    Tamta epoka, zawsze będzie dla mnie przełomowa dla polskiej piłki nożnej...
    Złoty medal IO w Monachium, wygrane z Anglią i Walią oraz najsłynniejszy mecz i remis na Wembley...a potem cudowne MŚ ze wspaniała grą, obronami karnych przez Tomaszewskiego, golami Laty w dawnych RFN i trzecie miejsce...
    Zaryzykuję, że z Lubańskim mielibyśmy szanse nawet na złoty medal, gdyż Polska i Holandia, to były najlepsze drużyny na tym turnieju, grały kapitalny futbol, pełen ekspresji, fantazji...a wygrało RFN (Niemcy...), gdyż grali u siebie, z żelazną konsekwencją na zamęczenie przeciwnika, odebranie mu inicjatywy, mieli też świetnych piłkarzy, ale sędziowie sprzyjali i jak to gospodarz, mieli wiele, wiele sportowego szczęścia...
    Dzisiaj sukces reprezentacji Nawałki jest duży, nic nie umniejszając, ale nie róbmy nadmiernej propagandy sukcesu z przegranego ćwierćfinału na ME...na własne życzenie, błędy taktyczne samego trenera, który przed karnymi nie zaryzykował i nie zmienił nic nie wyczuwającego przy karnych (ze Szwajcarią to było aż za bardzo widoczne...) Fabiańskiego na Boruca...
    Niech drużyna Nawałki, czego życzymy i pragniemy w końcu coś WYGRA znaczącego i zwieńczy swoją epoką medalem z ważnej imprezy, jaką są MŚ w Rosji, a nie biadoleniem mediów, ile to dzisiaj jest piłkarskich nacji...
    Tamta epoka była tak samo silna, jeżeli nie silniejsza niż dzisiejszy stan FIFA czy UEFA...
    Chłopcy Górskiego wygrywali z Anglią, z Brazylią, z Argentyną, z Włochami, z dawną Jugosławią, ze Szwecją...
    A z kim wygrywa kadra Nawałki..?
    Ze słabeuszami też trzeba umieć wygrywać, ale na litość, Czarnogóra, Rumunia, Armenia czy Kazachstan, to nawet nie są średniacy w europejskim futbolu...
    Dania obnażyła nasze słabości, że zespół był źle przygotowany, głównie pod względem mentalnym i taktycznym...
    Wpierw trzeba nauczyć się wygrywać z silnymi przeciwnikami, tak jak to było w świetnym meczu z Niemcami w Warszawie, a później pójść za ciosem i wygrywać z lepszymi od siebie...

  • rownowaznik

    Oceniono 6 razy 2

    "Po mundialu, np. Bayern Monachium chciał kupić Roberta Gadochę, ale Legia nie chciała go sprzedać do kraju, gdzie narodził się nazizm..."
    Rany, co za głupota. Gadocha to osobna historia na osobną książkę (niekoniecznie wesołą), a i tak był pierwszym przed 30 który wyjechał grac na zachodzie.

  • takito.ataki

    Oceniono 6 razy 2

    Moim skromnym zdaniem, drogę do wielkiej kariery drużynie Górskiego utorował Zyga Szołtysik, gdy podczas olimpijskiego półfinału z ZSRR strzelił wyrównująca bramkę w sytuacji, gdy większość już się pogodziła z porażką . Bez olimpijskiego złota drużyna nie uzskałaby takiego wsparcia, by dobre wypaść na mistrzostwach świata.

  • Jan Michalik

    Oceniono 3 razy 1

    Panie Lesławie ! Fantastycznie Pan to wszystko opowiedział . Dziś wiem , że na tych co strzelają golę tyrają obrońcy i pomocnicy . Był Pan w drużynie której fotografie wklejałem do specjalnego albumu zrobionego z zeszytu A4 . Takie kolorowe fotki słabej jakości , ale czy to ważne ? Ważne że rozwalaliście wszystkich po kolei .Ważniejsza niż pieniądze jest wdzięczność pokolenia , które na czarno-białym telewizorze widziało jak dowalacie wielkim kopaczom piłki . Miałem wielki zaszczyt widzieć to na żywo i wiem , że dziś pokolenie Lewandowskiego idzie po prostu za Waszym ciosem !

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX