Sport.pl

Jan Urban: Zauważyłbym, gdyby piłkarze zaczęli kopać pode mną dołki

Rozmawiał Krzysztof Smajek
13.07.2017 23:37
A A A
 Trener Jan Urban (z lewej) i Franciszek Smuda

Trener Jan Urban (z lewej) i Franciszek Smuda (MIECZYSŁAW MICHALAK)

W poprzednim sezonie Śląsk Wrocław do końca walczył o utrzymanie. - To nie jest tak, że mam jeden środek na kryzys i stosuję go w każdym miejscu. Musisz wiedzieć, z jakimi ludźmi pracujesz, kogo trzeba poklepać po plecach, a kogo opie... - twierdzi Jan Urban. W nadchodzącym sezonie Śląsk będzie sporą niewiadomą, bo latem w klubie doszło do rewolucji kadrowej.

Lubi pan sprzątać?

Tak, bo lubię mieć porządek w domu.

Sprzątacie też w Śląsku. Latem w pana drużynie doszło do wielu zmian.

Nie wiem, dlaczego panuje takie zdziwienie roszadami w Śląsku. Przecież my już w poprzednim sezonie mówiliśmy, że latem do tego dojdzie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że wielu zawodnikom kończą się kontrakty i że czeka nas rewolucja kadrowa.

Pod koniec poprzedniego sezonu nie miał pan komfortowej sytuacji. Zawodnicy, którzy wiedzieli, że za chwilę nie będzie ich we Wrocławiu, pewnie nie mieli ochoty umierać za Śląsk?

Nieprawda. Ja nic takiego nie odczułem. Mieliśmy dobrą atmosferę, chłopaki byli świadomi, że jeśli spadniemy, to dla wszystkich będzie trudniej. Byliśmy zespołem, dlatego Śląsk utrzymał się w ekstraklasie.

Po zmianach kadrowych nie mylą się panu imiona piłkarzy?

Bez przesady, przecież nie przyszło ich aż tak wielu. Dla mnie to była normalna sprawa, że jeśli odchodzi z zespołu 12-13 ludzi, to tylu samo trzeba ściągnąć, żeby kadra jakoś wyglądała. Sprowadziliśmy na razie sześciu zawodników, w dalszym ciągu brakuje nam jeszcze 5-6 nazwisk, żeby mieć 24-osobową kadrę, która powinna być w normalnym zespole.

Nazwiska nowych piłkarzy były z panem konsultowane, czy decyzje o ich zakontraktowaniu podejmował dyrektor sportowy – Adam Matysek?

Nie może każdy pracować na swój rachunek, w naszym wspólnym interesie, czyli zarządu, dyrektora sportowego i moim leży to, żeby stworzyć jak najlepszą drużynę. Trafili do nas zawodnicy z wolnym kontraktami, którzy grali w polskiej lidze. Poza Srniciem, który przyszedł zewnątrz. Dzieje się tak, bo w Śląsku ze względu na brak pieniędzy kulał skauting. Nie mieliśmy funduszy, żeby skauci z dyrektorem sportowym jeździli po świecie i obserwowali ligi zagraniczne. Poruszaliśmy się w naszych realiach, żeby zminimalizować błędy transferowe.

Wśród nowych zawodników jest Jakub Kosecki. To nie jest tak, że ciągnie go pan za uszy do swojej drużyny?

Nie. Kuba za moich czasów zaczął występować w Legii. Grał na tyle dobrze, że dostał się nawet do reprezentacji Polski. Później nasze drogi się rozeszły. Teraz nadarzyła się okazja i sprowadziliśmy go do Śląska. Cieszę się, że trafił do nas. Znam go i wiem, co może nam zaoferować.

Na jak dużym zakręcie jest dzisiaj jego kariera?

Zacięła mu się ta kariera, nie rozwinął się tak, jakby chciał. Jednak wydaje mi się, że Kuba w polskiej lidze poradzi sobie bez problemu. Dlatego sprowadziliśmy go do Wrocławia. Teraz jest praktycznie w najlepszym wieku piłkarskim, jest bardziej doświadczony, spróbował chleba z różnych miejsc. Dla niego powrót do ekstraklasy to krok w przód.

Wydoroślał?

Muszę poczekać na jego różnego rodzaju wywiady i zachowania. Dopiero wtedy będzie można ocenić, czy jest bardziej wyrachowany i dyplomatyczny. Kuba lubi mówić, to co myśli. Nigdy się na nim nie zawiodłem i wierzę, że teraz będzie tak samo.

Śląsk opuścił Ryota Morioka. Japończyk może zrobić karierę w dużej piłce?

Szkoda, że od nas odszedł, bo dawał jakość drużynie. Chciał spróbować innej ligi, jego sprawa. Ryota mówił nam, że chce grać w reprezentacji Japonii, a selekcjoner dał mu do zrozumienia, że łatwiej będzie mu trafić do kadry, jeśli będzie występował w zachodnim klubie. Widocznie naszej ligi trener Japończyków jakoś specjalnie nie ceni.

Ale Morioka wypłynie na szersze wody?

Ma bardzo duże umiejętności w ofensywie, ale słabiutki jest w defensywie. Dlatego niełatwo będzie mu się przebić do czołowych lig, bo tam nie ma przebacz, każdy musi mocno pracować w obronie. Dla Morioki nikt nie zrobi wyjątku.

Japończyk w pewnym momencie mocno spuścił z tonu. Może nie miał już motywacji do gry?

Do końca nie wiedzieliśmy, dlaczego grał poniżej swojego poziomu. Ogólnie był zadowolony, mówił, że wszystko jest ok, ale to nie był ten Morioka, którego znaliśmy. Obiecaliśmy mu, że jeśli zgłosi się jakiś klub i zapłaci odpowiednią kwotę, to go puścimy. W jakimś stopniu to pomogło, bo zdał sobie sprawę, że sezon zaczyna się kończyć, a on jest w słabej formie i jeśli dalej tak będzie grał, oferty się nie pojawią.

Miał pan z nim wychowawczą rozmowę?

Mieliśmy kilka różnych rozmów. Nawet taką, w której brał udział japoński trener, którego poznaliśmy jeszcze w Osasunie. Przyszedł nam do głowy pomysł, żeby zrobić wideokonferencję między nimi. Rozmawialiśmy z Morioką przez tego trenera, on tłumaczył z hiszpańskiego na japoński, więc Ryota miał przekaz w ojczystym języku. Okazało się, że oni się znają, w Japonii mieszkali blisko siebie, dziesięć minut drogi. Morioka był pozytywnie zaskoczony, że szukamy różnych środków, żeby mu pomóc.

W poprzednim sezonie miał pan już spakowane walizki?

Nie, dlaczego?

W pewnym momencie Śląsk był tarapatach. Po porażkach z Łęczną i Piastem widmo spadku zajrzało wam głęboko w oczy.

Wiem, że w prasie mnie zwalniano, ale od zarządu klubu nie dostałem żadnego ultimatum, nie było żadnej rozmowy na ten temat. Po porażce z Górnikiem pomyślałem, że może być ciężko o utrzymanie, ale wiedziałem, że wygrywając trzy mecze u siebie, które nam zostały, na pewno nie spadniemy. Po potyczce z Łęczną nie mieliśmy już marginesu błędu, kolejne spotkania trzeba było wygrać. I tak zrobiliśmy.

W jaki sposób wstrząsnął pan drużyną w kryzysowym momencie?

Nie musiałem tego robić, bo chłopaki byli świadomi, w jakiej znajdujemy się sytuacji. Wstrząs nie był wskazany. Potrzebny był spokój, ale przede wszystkim wiara w to, że stać nas na utrzymanie. Nie zawsze jest tak, że gdy drużynie nie idzie, trzeba zrobić wojnę w szatni. Z doświadczenia wiem, że to wprowadza chaos i niepewność. Miałem kilka kryzysów w różnych drużynach i potrafiłem je opanowywać.

Ma pan na to jakąś receptę?

To nie jest tak, że mam jeden środek na kryzys i stosuję go w każdym miejscu. To byłaby łatwizna. Nie da się działać w ten sam sposób w jednej, drugiej czy trzeciej szatni. Musisz wiedzieć, z jakimi ludźmi pracujesz, kogo trzeba poklepać po plecach, a kogo opie.... Trzeba zdiagnozować problem i w odpowiedni sposób zareagować.

Pod koniec sezonu pana drużyna korzystała z pomocy psychologa.

Uważam, że to nie zaszkodzi. Mieliśmy kilka spotkań z psychologiem, ale nie były one obowiązkowe dla zawodników. Nie wszyscy na nie chodzili. Na tym poziomie piłkarze muszą być świadomi, czego potrzebują.

Słyszał pan o tym, że w Wiśle Płock piłkarze przyczynili się do zwolnienia trenera?

Po co rozwijać ten temat, skoro nie wiemy, co tam się stało. Nie ma sensu tego wyolbrzymiać. Jeśli faktycznie tak się zdarzyło, to taka sytuacja nie powinna mieć miejsca.

A pan wyczuwał, że w którejś z prowadzonych przez siebie drużyn, piłkarze zaczynają kopać pod panem dołki?

Nie sądzę, żeby taka sytuacja miała miejsce. Wśród zawodników mam dość dobrą opinię i często korzystam z tego, że chętnie oni przychodzą do drużyn, w których pracuję. Wydaje mi się, że w moim przypadku atutem jest to, że znam z bliska tę drugą stronę, czyli jak to jest być piłkarzem. Ta wiedza bardzo pomaga. Wiem, czego zawodnicy potrzebują w danej sytuacji. Daję im wiele inicjatywy, nie jestem dyktatorem, nie chcę udowadniać nikomu, że najwięcej wiem, bo osiągnąłem w piłce to czy tamto.

Czyli jest pan w stanie w porę zauważyć, że coś nie gra w szatni?

To da się zauważyć. Widzisz na przykład, że jeden, drugi czy trzeci jest niezadowolony ze swojej sytuacji, bo gra mało, nie dostaje szansy. To są główne przyczyny problemów. Staram się wtedy być szczery w stosunku do zawodnika, nawet jak ta szczerość może zaboleć. Nigdy nie okłamuję piłkarzy. Na dłuższą metę zawodnik woli coś takiego niż obiecanki-cacanki.

Co sądzi pan o zachowaniu Krystiana Bielika, który po meczu ze Słowacją skrytykował Marcina Dornę?

Byłem w szoku, gdy usłyszałem jego słowa. Może tak się robi w Anglii... Wychowałem się na piłce hiszpańskiej, byłem tam zawodnikiem, trenerem i z czymś takim się nie spotkałem. Tam jest szacunek do kolegów, trenerów i rywali. Choć oczywiście zdarzają się wyjątki.

Na miejscu Dorny co zrobiłby pan z Bielikiem?

Nie wiem, bo trudno ocenić sytuację z dalekiej perspektywy. Mogę teraz gadać, że zrobiłbym tak czy siak. Z boku jest łatwo się mądrzyć. Nie wiemy, co działo się w środku, w szatni. Może Bielik jest wielkim kozakiem, chciał grać, a nie dostał szansy i stracił głowę. A może nie miał żadnych podstaw by krytykować trenera? Gdybanie, zostawmy to.

Michał Probierz po 30. kolejkach poprzedniego sezonu gratulował Jagiellonii mistrzostwa Polski. Pan też mu pogratulował?

Wysłałem Michałowi gratulacje za cały sezon, bo wykonał bardzo dobrą robotę, ale po 30. kolejkach niczego mu nie gratulowałem, bo przecież nie zdobył tytułu. Wszyscy wiemy, na jakich gramy zasadach. O co tu chodzi? Gdyby wszystkie drużyny wiedziały, że po 30. kolejkach kończy się liga, wyniki byłyby zupełnie inne. Każdy wiedział, że jest podział punktów. Michał lubi się czasami troszeczkę zagrzać i mówić różne dziwne rzeczy. Tak jak ostatnio o nas. Gdy wydawało się, że z Andrzejem Kucharem może być w Śląsku, to miał swoje wywody na ten temat, a powinien wtedy jeszcze siedzieć cichutko, bo nie był jeszcze w Śląsku.

A nie obawiał się pan, że gdyby Probierz został współwłaścicielem... (pytanie nie zostało dokończone)

A czego miałem się bać? Nie miałem na to żadnego wpływu. Teraz jest podobna sytuacja. Przychodzi do Śląska nowy właściciel i w każdej chwili może mi powiedzieć: panie Urban, dziękuję za współpracę, mam innego trenera. Nie zajmuję się czymś, na co nie mam wpływu.

Czy dzisiaj o Legii Warszawa możemy mówić, że wyprzedziła resztę stawki o kilka długości?

Pod względem finansowym odjechała wszystkim o lata świetlne, ale sportowo nie. W ostatnim sezonie daleko nie uciekła rywalom. Mogła nawet w ostatniej kolejce stracić tytuł. To znaczy, że kadra stołecznego zespołu musi być jeszcze szersza, mocniejsza, żeby poradzić sobie i w Europie, i na ligowym podwórku z tak dużą ilością spotkań. W Warszawie muszą wyciągnąć z tego wnioski. .

Jacek Magiera posprzątał bałagan po Besniku Hasim i z przytupem przywitał się z ekstraklasą i Ligą Mistrzów. Było to dla pana zaskoczeniem?

Legia za poprzedniego trenera grała słabo, Jacek to wszystko odbudował. Zrobił to, co powinna zrobić Legia, mając taką kadrę i taki budżet. To było udane wejście do ekstraklasy, ale tak naprawdę Magiera dopiero teraz zaczynie pisać pełny rozdział swojej trenerskiej kariery. Wejście było świetne, ale Jacek nie budował tamtej drużyny. Wskoczył z marszu, nie miał okienka transferowego, nie miał wpływu na różne rzeczy. Życzę Jackowi samych sukcesów, bo jest fajnym człowiekiem.

Po jakim czasie można oceniać pracę trenera?

Co najmniej po jednym sezonie. W naszych realiach wcale nie jest to taka prosta sprawa. Wystarczy spojrzeć na statystyki, które wskazują, że trener w Polsce pracuje średnio osiem miesięcy w jednym klubie. Żyjemy w świecie, gdzie każdy chce wyniku na teraz. Niestety, takie są warunki i trzeba się do nich dostosować.

Jan Bednarek za 6 mln odszedł do Southampton. O czym to świadczy?

O tym, że jest mnóstwo pieniędzy w piłce, przede wszystkim w Anglii. U nich pięć czy sześć milionów euro na nikim nie robi wrażenia.

Ale my po takim transferze mówimy wow.

Musimy powiedzieć wow, bo w polskich realiach są to duże pieniądze. Warto zwrócić uwagę, jak szybko Janek został wypatrzony. Pograł przez rok czy półtora w ekstraklasie i już został sprzedany. Zagraniczne kluby wyrywają sobie z rąk tych chłopaków, niby ryzykują, ale jak przy stumilionowych budżetach zapłacą kilka milionów za transfer, to tak naprawdę nie jest to duże ryzyko.

Bednarek nie podzieli losu Bartosza Kapustki, który przepadł w Anglii?

Nie chcę być wyrocznią. Wiele będzie zależało od jego postawy, ale także od tego, w jaki sposób będą go wprowadzali do drużyny. Niemieckie zespoły mają dużo cierpliwości do nowych zawodników. Wprowadzają ich spokojnie, cierpliwie, tak było choćby z Robertem Lewandowskim w Borussii, nigdzie im się nie spieszy. Jeśli jest taka potrzeba, pozwalają nadrobić braki fizyczne. W innych ligach od razu do młyna i jedziesz.

Kosecki: Po powrocie z imprezy sprawdzałem, czy znowu w internecie nie ma jakieś afery

Ekstraklasa w Sport.pl na najwyższym poziomie! Zmierz się z naszymi ekspertami
1/50Ostatnim klubem Mariusza Stępińskiego w Polsce był?

Zobacz więcej na temat:

Zobacz także
  • Karol Linetty, Dawid Kownacki, Paweł Jaroszyński, Łukasz Moneta i trener Marcin Dorna Paweł Jaroszyński przejdzie do Chievo Werona
  • Soccer Confed Cup Portugal Mexico Nelson Semedo w Barcelonie
  • Kyle Walker (z prawej) Kyle Walker o krok od Manchesteru City. BBC: Transfer niemal domknięty
Komentarze (5)
Zaloguj się
  • voooo

    Oceniono 1 raz 1

    Przeciw Urbanowi wszyscy się uwzięli.... a to słaby trener. Jedynie w Legii jako tako bo miał dużo lepszy skład, choć i tak narzekał, a po zdobyciu 0pkt w Lidze Europy mówił, że tak powinno być bo jesteśmy za słabi.

  • 0

    Który to klub Pana Urbana? Ot, dola trenera;) Kasa, misie, kasa...Tak rzekł był "słynny trener" reprezentacji. Wszędzie jest tak samo. Budujemy, tworzymy, trenujemy. Jedyne co wspólne to brak koncepcji. Charyzmę trenera buduje się postawą latami. I tak jak Pan Urban rzekł : "trzeba wiedzieć kogo op...ć" Ma rację:) Nie jestem fanem Śląska, zaznaczam. Lubię ten klub bo żyję na Dolnym Śląsku i kojarzę z lat 70-tych gdy toczył wyrównane boje z np. Liverpool`em. Nie idź tą drogą Śląsku. To słodka błyskotka, która zamieni się w gorycz...

  • louisciffer

    0

    Turban to mitoman, zadnej wiedzy, same mity. Do kopalni, na przodek.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX