Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Dwa Michały - gra opinii: Gerrard, czyli co znaczy kapitan

Jak co wtorek na naszym serwisie publikujemy wymianę korespondencji Michała Szadkowskiego z 'Gazety Wyborczej' oraz Michała Okońskiego, redaktora 'Tygodnika Powszechnego' i autora bloga 'Futbol jest okrutny'. Dwa Michały tym razem żegnają Stevena Gerrarda, który po sezonie odejdzie z Liverpoolu, zastanawiają się nad modelem kapitana drużyny wykreowanym przez piłkarza z Anfield i nad innymi wzorcami zarządzania zespołem z boiska.
Steven Gerrard Steven Gerrard Fot. Matt Dunham

Okoński do Szadkowskiego: Krew z krwi i kość z kości Liverpoolu

Mój drogi,

tematów tygodnia było oczywiście całkiem sporo (Moyes lepszy od Messiego, a Valencia od Realu, by wyjrzeć na chwilę poza Wyspy, choć przecież i na nich znalazłoby się trochę: przyszłość Szczęsnego, otwarte okienko czy nawet wygrana Tottenhamu z Chelsea), ale żaden nie ciekawi mnie bardziej niż wiadomość o odejściu Stevena Gerrarda z Liverpoolu. Pisał o emocjonalnej stronie tej historii Rafał Stec w ostatnim numerze Sport.pl Ekstra, pisałem i ja na swoim blogu, zastanawiając się, czy rozstanie z klubem, w którym spędził całe życie, nie przysłuży się tak naprawdę obu stronom, a Michał Zachodny (czy powinienem napisać "Trzeci Michał"?) dał statystyczną podstawę tym rozważaniom. Tematów jest jednak dużo więcej, niż przez nas poruszone, a tym, o którym chciałbym do Ciebie napisać, jest wykreowany przez Gerrarda model kapitana drużyny.

Jego słynne potknięcie w meczu z Chelsea stało się przecież tak ikoniczne między innymi dlatego, że zanim do niego doszło, tuż po zwycięskim meczu z Manchesterem City, jeszcze na boisku zwołał kolegów do kółka i wykrzyczał do nich, że (bezpieczniej będzie zacytować po angielsku) "This does not f**king slip now!". Obaj wiemy, że kapitanem był zawsze takim, jakim był piłkarzem: nie do końca zdyscyplinowanym taktycznie, emocjonalnym i pełnym pasji. Ale ? co może najciekawsze ? portretujący go kiedyś na stronie ESPN Miguel Delaney zwrócił uwagę na napędzający Gerrarda niepokój przed tym, że może zawieść: zarówno kolegów, jak i kibiców. Kiedy po tegorocznym nieudanym mundialu kapitan Liverpoolu podsumowywał ?najgorsze trzy miesiące w karierze? (od potknięcia i utraty szans na mistrzostwo kraju po brazylijskie fiasko), mówił wszak o konieczności wzięcia się w garść, bo czuje na sobie wzrok całej drużyny i jest świadom przykładu, jaki musi nieustannie dawać innym.

Całkiem niezły wzorzec kapitana, myślę sobie: człowiek, który nawet jeśli nie jest zawsze najlepszy na boisku i nie jest największą gwiazdą drużyny (znalazłoby się przecież w Liverpoolu ery Gerrarda parę jaśniejszych, od Owena po Suareza), to albo chce bardziej niż inni, albo bardziej niż inni obawia się porażki, co w tym przypadku wychodzi może na to samo. Który biega więcej i stara się bardziej, zarażając resztę własnym przykładem. Który gotów jest podejść do odpuszczającego powrót za swoim obrońcą błyskotliwego dryblera, wziąć go za fraki i spowodować, że będzie walczył równie mocno jak pozostali. Który potrafi wytrzymać na boisku z kontuzją, jeśli wie, że drużyna tego potrzebuje. Który strzela bramki w decydujących momentach meczu (w poniedziałek, w Pucharze Anglii z AFC Wimbledon, zrobił to dwukrotnie, ratując skórę faworyta). I który ? co nie jest tu oczywiście bez znaczenia ? jest krwią z krwi i kością z kości klubu; jest jego wychowankiem i zna w nim wszystkich, od sędziwego opiekuna szatni, przez podające herbatę recepcjonistki i człowieka odpowiedzialnego za stan murawy, po kibiców od lat wystających przy wjeździe do ośrodka treningowego, niewykluczone, że młodszych braci tych, z którymi przed laty biegał za futbolówką po ulicach pobliskiego miasteczka. Słowem: człowiek, który zanim sam zrobił karierę, zdążył podawać piłki i czyścić buty wielkim poprzednikom; który dopingował ich ze słynnej trybuny i który potrafił w związku z tym później nawiązywać telepatyczną więź z kibicami (jeszcze raz przypominają się wszystkie jego gesty ze Stambułu, wzywające fanów do nieustannego dopingu i informujące, że drużyna wcale nie zamierza się poddać). Który wie równie dobrze jak oni, co znaczy nosić opaskę zawodników klasy Emlyna Hughesa, Graeme'a Sounessa, Phila Thompsona czy Alana Hansena.

Całkiem niezły wzorzec, napisałem, ale są pewnie inne. Na przykład tacy kapitanowie, którzy pozostają raczej pół kroku za drużyną, służąc do chłodnego analizowania boiskowej sytuacji ? będący alter ego trenera. Albo tacy, którzy nie odzywają się prawie w ogóle, za to prawie nigdy się nie mylą (przypomina mi się wieloletni kapitan Tottenhamu Ledley King, środkowy obrońca, który w ogóle nie faulował, albo równie na boisku małomówni Franco Baresi czy Bobby Moore). Kto jeszcze? Beckenbauer? Gento? Maldini? Puyol? Lahm? Varela? Zoff (ciekawe skądinąd, ilu z nich było bramkarzami i obrońcami...)? Jaki byłby Twój ulubiony kapitan, Michale?

Steven Gerrard Steven Gerrard Fot. Jon Super

Szadkowski do Okońskiego: Kapitan z sercem na ręku i włosami w oczach

Drogi Michale,

Czuję, że mnie podpuszczasz, nie wierzę, że pisząc list ani razu nie pomyślałeś, że to, kto nosi kapitańską opaskę może być w tym roku tematem numer jeden polskiego futbolu, że najbliższe miesiące może sponsorować właśnie słowo "kapitan". Piszę "może", bo nie wiemy, jak na reprezentację wpłynie wymiana Jakuba Błaszczykowskiego na Roberta Lewandowskiego (pisał o tym niedawno Rafał), podobno wszystko zostało wyjaśnione, ale im bardziej słyszę, że problemu nie ma, im bardziej widzę, jak PZPN zależy na wyciszeniu sprawy, tym bardziej zastanawiam się, czy kapitańska opaska nie okaże się kluczowa w drugiej połowie eliminacji Euro 2016.

Najnowsza historia reprezentacji świetnie zresztą pokazuje, jak bardzo wybór kapitana wpływa na piłkarza, a co za tym idzie: na to, ile wnosi on do zespołu. Błaszczykowski był zdecydowanie najlepszym polskim zawodnikiem eliminacji mundialu w Brazylii, podrywał drużynę i brał na siebie odpowiedzialność w najtrudniejszych chwilach. Od kilku miesięcy kapitanem jest Lewandowski i nie przesadzę, jeśli napiszę, że była to jego najlepsza jesień w kadrze. Dla obu ta funkcja stała się paliwem rakietowym, choć niewykluczone, że obaj nie są urodzonymi kapitanami, a ich przywództwo bardziej bierze się z umiejętności niż z charyzmy.

To jedna ze szkół - mianować kapitanem najlepszego piłkarza, by ten poczuł się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale także za zespół. Pewnie także dlatego Leo Messi wyprowadza na boisko Argentyńczyków, Neymar - Brazylijczyków, Cristiano Ronaldo - Portugalczyków, a Edin Dżeko - Bośniaków. Inni twierdzą, że przy wyborze kapitana decydujące powinny być cechy charakterologiczne - Roy Keane nie błyszczał tak jak Beckhamy i Giggsy, ale to on był przywódcą Manchesteru United.

Steven Gerrard jest przedstawicielem jeszcze innej szkoły. Jak sam piszesz, czasami na Anfield biegały większe gwiazdy, niektórym autorytetu nie brakowało, ale żaden nie mógł się równać z zawodnikiem tak bardzo czującym ducha Liverpoolu. Uważam zresztą, że cechy, które wydobywało z Gerrarda kapitanowanie ukochanemu klubowi, sprawiły, iż widzieliśmy w nim lepszego piłkarza, niż na to zasługiwał. Nie, nie chcę powiedzieć, że takich jak Gerrard po europejskich boiskach biegają setki (bo to nieprawda), chcę powiedzieć, że pewnie w Chelsea zdobyłby upragnione mistrzostwo Anglii, ale z pewnością nie dawałby londyńczykom tyle, ile dawał Liverpoolowi, a gra ekipy ze Stamford Bridge nie zależałaby od niego tak, jak zależała gra zespołu z Anfield. Nie ma drugiej drużyny, w której zobaczylibyśmy 100 procent Gerrarda, bo to piłkarz czerpiący siłę z emocji. Także dlatego, choć pewnie bardzo chciał, nigdy nie znaczył w reprezentacji tyle, ile w klubie i zejdzie z boiska jako piłkarz, który na wielkich turniejach nie osiągnął nic. Mówiąc inaczej: to nie jest tak, że Liverpool zawdzięcza wiele Gerrardowi, Gerrard zawdzięcza także wiele Liverpoolowi. Nawiasem mówiąc, niewiele znajdziemy pokoleń piłkarzy, które tak wiele wygrało w różnych klubach i tak niewiele w reprezentacji, jak generacja, którą Anglicy na początku XXI wieku okrzyknęli "złotą".

A odpowiadając na Twoje pytanie, moim ulubionym kapitanem jest Carles Puyol, o którym Sid Lowe pisał "Puyol is Barcelona's very own Captain Caveman, playing with his heart on his sleeve and his hair in his eyes, screeching into challenges, never, ever letting up." Dla mnie symbolem jednej z drużyn wszech czasów nie były podania Xaviego ani gole Lionela Messiego, ale rozwiana czupryna katalońskiego stopera, który na każdy mecz wychodził tak, jakby miał to być jego mecz ostatni.

Więcej o: