Real w niedzielę pokonał na wyjeździe Rayo Vallecano i jego przewaga nad Barcą urosła do 13 punktów. Katalończycy byli pod presją - musieli wygrać na bardzo trudnym terenie w Madrycie.
Mecz obfitował w wiele kontrowersji. Sędziowie nie mogli opanować agresji piłkarzy w środku pola, kilkukrotnie mogli sięgnąć po czerwoną kartkę i odgwizdywali spalone, których nie było (zwykle na niekorzyść Atletico). Jakby tego było mało, decydująca o wyniku meczu bramka padła w dziwnych okolicznościach.
Barcelona w pierwszej połowie dominowała i objęła prowadzenie po ładnej trójkowej akcji Messiego, Fabregasa i Dani Alvesa. Po przerwie obudziło się Atletico. Przewaga gospodarzy została udokumentowana w 48. minucie - błąd po rzucie rożnym popełnił Busquets, a Falcao z bliska zapakował piłkę do bramki.
Przez większą część drugiej połowy lepsze wrażenia sprawiało Atletico, ale to Barca zadała decydujący cios. W 81. minucie goście mieli rzut wolny z narożnika pola karnego. Messi oddał zaskakujący bramkarza strzał, gdy ten jeszcze ustawiał swoich partnerów w murze. Sędzia nie zarządził jednak "gry na gwizdek", więc bramka Argentyńczyka została uznana. Gospodarze protestowali, ale na nic się to zdało.
Przez ostatnie 10 minut Atletico atakowało, ale więcej bramek nie padło. Po tym meczu Barcelona wciąż traci do prowadzącego w tabeli Realu 10 punktów.