Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wywiad z rywalem Blattera: "Trzeba skończyć z nierównościami w futbolu"

- Polityczną żelazną kurtynę zastąpiliśmy identyczną w futbolu, gdzie według mnie 15 najlepszych klubów z zachodniej Europy jest oddzielonych od reszty. Obecnie nawet Ajax Amsterdam nie może wygrać Ligi Mistrzów - o nierównościach w światowym futbolu w wywiadzie dla sport.pl opowiada Jerome Champagne, kandydat na prezydenta FIFA.
Jerome Champagne przez jedenaście lat pracował w FIFA, a teraz podjął się misji niemożliwej - staje do wyścigu z Seppem Blatterem o fotel prezydencki w światowej federacji. 56-letni Francuz zaczynał jako dziennikarz, pracował w placówkach politycznych i zajmował się organizacją mistrzostw świata w swoim kraju w 1998 roku. Po czterech latach spędzonych na współpracy z klubami i krajowymi federacjami teraz chce wrócić na sam szczyt światowego futbolu. W wywiadzie dla Sport.pl mówi o swoim programie, rywalu, problemach z korupcją oraz nierównościami w piłce nożnej i FIFA, które dotknęły także jego.

Przede wszystkim: jaka jest obecnie FIFA?

- Znajduje się na rozdrożu. Globalizacja w futbolu okazała się dobra dla sportu, co dało się zauważyć po popularności i sukcesie mundialu w Brazylii. W Ameryce mecz USA z Belgią obejrzało 25 miliony osób, znacznie więcej niż decydujące spotkanie w NBA. Jednak wraz z globalizacją powstały pewne problemy, nierówności sportowe, zwłaszcza między kontynentami. Obecnie w piłce w Afryce jest więcej pieniędzy niż 20 lat temu, ale różnica wobec Europy rośnie, pomimo mistrzostw świata w 2010 roku, wielu programów wspomagających. Tamtejsze kluby nie mogą utrzymać najlepszych piłkarzy.

To także problem mniejszych państw w Europie.

- 25 lat temu, gdy wciąż byliśmy podzieleni murem berlińskim i żelazną kurtyną, w piłkę grano normalnie. Real Madryt z Hiszpanii generała Franco mierzył się z Partizanem Belgrad z Jugosławii Josipa Tito, chociaż tych państw nie łączyły żadne relacje dyplomatyczne. Steaua Bukareszt wygrała Puchar Europy w 1986, Crvena Zvezda w 1991 roku. Dla mnie najlepszym przykładem jest Puchar UEFA z 1985 roku, gdy węgierski Videoton doszedł do finału, eliminując PSG, Manchester United i na końcu przegrywając z Realem Madryt.

Teraz jest to niemożliwe.

- Co jest okropne, polityczną żelazną kurtynę zastąpiliśmy identyczną w futbolu, gdzie według mnie 15 najlepszych klubów z zachodniej Europy jest oddzielonych od reszty. Obecnie kluby ze Szwecji czy nawet Ajax Amsterdam nie mogą wygrać Ligi Mistrzów. Podobnie jest na poziomie międzynarodowym, gdzie niektóre kraje wygrywają cały czas. Futbol jest na rozdrożu - jeśli będziemy kontynuować rozwój w tym kierunku, stanie się on jak koszykówka, gdzie jest jedna silna liga, międzynarodowe turnieje są mało istotne, a światowa federacja nie ma autorytetu. Nie będziemy potrzebowali silnej FIFA, bez żadnej władzy, kompletnie podporządkowanej konfederacjom. Jeśli jednak chcemy te nierówności poprawić, potrzebujemy mocnej FIFA, demokratycznej, aktywnej. Kilka tygodni temu Zbigniew Boniek powiedział: "Musimy znaleźć możliwość, by rodzimi piłkarze mieli więcej szans w Polsce". Stoi przed nami wiele wyzwań. Nikt nie ma zamiaru odwrócić globalizacji.

Według wielu osób to Blatter - swoimi decyzjami, brakiem aktywnej walki z korupcją - postawił FIFA w najtrudniejszej sytuacji od wielu lat.

- Ale kim są członkowie FIFA? To federacje krajowe. Oczywiście też chcę poprawić wizerunek FIFA, to oczywiste. Jednak - zmieniając go - musimy spojrzeć, skąd biorą się problemy. Konfederacje nie należą do FIFA, ale kontrolują Komitet Wykonawczy. Pięć miesięcy temu angielska gazeta "The Daily Telegraph" ujawniła, że były prezydent Kataru z konfederacji azjatyckiej dał dwa miliony dolarów łapówki prezydentowi CONCACAF z Trynidadu. Wszędzie pisano, że to korupcja w FIFA, gdy problem tak naprawdę wychodzi z konfederacji. Kto decyduje o formacie rozgrywek? Znów - nie FIFA, ale konfederacje. To nie demokracja, gdy prezydent światowego futbolu, wybrany przez ponad dwustu członków, nie ma faktycznej władzy, by rządzić. W Polsce także mieliście sytuację, gdy prezydent był z jednej partii, a premier z drugiej. Trudno w takiej sytuacji jest rządzić i dokładnie tak samo jest też w FIFA. Ona i Sepp Blatter są obwiniani za wszelkie zło w futbolu, ale my musimy tłumaczyć, dlaczego to jest błędem. System rządzenia w FIFA nie jest demokratyczny, ponieważ konfederacje, które odgrywają bardzo ważną rolę, nie chcą silniejszej federacji światowej, która by się wtrącała, zarządzała futbolem. Kwestia winy Blattera jest ciekawa, ale nie mogę się z nią zgodzić - musimy przede wszystkim wiedzieć, skąd biorą się problemy. Dlatego proponuję reformy instytucjonalne, chcę oddać władzę krajowym federacjom, bo to do nich należy FIFA. Trzeba to zmienić.

Jednak musi się pan zgodzić, że oświadczenia Seppa Blattera w kwestiach etyki, jego działania w okresie przygotowań mistrzostw świata czy kolejne skandale związane z wyborem Kataru jako organizatora mundialu w 2022 roku także wpływają na negatywny wizerunek FIFA. I nie wygląda to jak wina, na przykład, konfederacji azjatyckiej...

- Ale czy jest pan pewien, że Blatter głosował na Katar?

To nie zmienia faktu, że ich kandydatury broni, dodatkowo kandydując po raz kolejny. Setki tysięcy dowodów na korupcję zebranych przez "The Sunday Times" zostały zignorowane przez FIFA. A na ostatniej konferencji Komisji Etyki w Zurychu Blatter powtarza, że chce wyznaczać w tej kwestii standardy. Stąd teza o obecnej sytuacji FIFA.

- Zgadzam się i już wielokrotnie mówiłem, że w sprawie Kataru wszystko powinno zostać ujawnione. Mistrzostwa świata to najważniejsze wydarzenie w futbolu i do pewnego stopnia powinniśmy bronić świętości tego turnieju. Moja pozycja jest jasna - musimy wiedzieć, co się stało. Przejrzystość jest najważniejsza, dlatego obiecuję, że np. moja pensja będzie powszechnie znana. Dostrzegam, że FIFA nie jest odpowiedzialna za każdy błąd, może nawet niekoniecznie za głosowanie w kwestii Kataru. Nie wiemy, co się stało, i dlatego musimy znać raporty Michaela Garcii [śledczy FIFA do spraw korupcji - przyp. red.]. Z prasy można dowiedzieć się, że nie tylko FIFA była w ten proces zaangażowana, ale także ludzie z konfederacji. Żeby było jasne - startuję w wyborach, ponieważ chcę pogodzić federację z opinią publiczną, sprawić, że wszystko będzie odbywało się przejrzyście, etycznie. Nie mam żadnego trupa w szafie, dlatego jestem zdeterminowany. Wyzwania, które stoją przed futbolem, pokazują, że potrzeba silnej FIFA, kogoś, kto powie: "Wyrównam te niesprawiedliwości". To uda się wyłącznie, jeśli będzie się poważanym.

Myśli pan, że te nierówności będą przy obecnych władzach i stylu rządzenia FIFA tylko rosły, choćby za sprawą zwiększenia udziału technologii w futbolu? Wszystko wskazuje na to, że kolejne lata ograniczą się właśnie do tego, a różnice między np. Europą a Afryką będą coraz większe.

- Popieram wsparcie technologii, ale nierówności w futbolu nie dotyczą wyłącznie tego. Sam jestem kibicem Saint-Etienne, pamiętam sukcesy z lat 70., ale teraz nie są one już możliwe. Czemu, co się stało? Mieliśmy sprawę Bosmana, zmieniony format Ligi Mistrzów, który daje olbrzymią przewagę klubom z zachodniej Europy, oraz nowy mechanizm podziału pieniędzy, z korzyścią dla najbogatszych. Dla przykładu, po meczu Manchesteru United z Bazyleą obydwa kluby dostały tyle samo pieniędzy, ale ze względu na premie z rynku sponsorskiego to Anglicy ostatecznie dostają osiem razy więcej. W Austrii Red Bull Salzburg wydaje więcej niż pozostałe dziewięć klubów łącznie. Ostatnia drużyna w angielskiej Premier League dostaje od telewizji więcej pieniędzy niż mistrzowie Francji, więcej niż trzeci klub ligi hiszpańskiej. To jest problemem, a technologia z tym się nie łączy. Zasady są dokładnie takie same na całym świecie. Jasne, gdzieś w Afryce sędziowie nie mają mikrofonów i słuchawek do komunikacji na boisku, ale to nie jest nierówność - to efekt tego, że jeden procent klubów dostaje największą część pieniędzy, znacznie więcej niż cała biedniejsza reszta. Dlatego popieram prezesa Bońka, który chce chronić polskich piłkarzy w ekstraklasie. Jeśli 15-latek jest zabrany przez Chelsea, tam spędza dwa lata i kolejne cztery na wypożyczeniu tylko po to, by wrócić do Legii Warszawa ze zniszczoną karierą, to mówimy o zniekształceniu futbolu. Nie tylko w Europie, ale też w Brazylii czy Afryce, bo tam tracą najlepszych piłkarzy. To efekt domino. Globalizacja i technologia to nie są połączone sprawy.

Ale nie sądzi pan, że te zmiany są już nieodwracalne? Dokładnie dlatego, że kluby, które otrzymują najwięcej pieniędzy, są u władzy. Wydaje się niemożliwe, by ktokolwiek mógł ją im zabrać.

- Po pierwsze, nie wierzę, że tego nie da się odwrócić. Możemy zmieniać te sprawy i nie tylko ja w to wierzę. Christian Seifert, dyrektor wykonawczy Bundesligi, prosił UEFA, by zmieniła zasady dystrybucji pieniędzy, bo obecny system tworzy zbyt duże różnice między Bayernem a resztą ligi. Josep Bartomeu, prezydent Barcelony, powiedział, że liga hiszpańska musi być bardziej wyrównana, także po to, by jego klub sprzedawał więcej biletów, koszulek, praw telewizyjnych. Podobne zdanie co do prezesa Bońka ma prezydent angielskiej federacji Greg Dyke. Antonio Conte narzekał, że jako selekcjoner reprezentacji Włoch ma zbyt mały wybór z rodzimych piłkarzy. Liga turecka jest w pierwszym sezonie działania zasady "6+5" [w drużynie musi wystąpić minimum sześciu piłkarzy z danego kraju i pięciu bez ograniczeń - przyp.red.]. To pragnienie zmiany rośnie i jest to kwestia chęci. UEFA zadecydowała, że zwycięzca Ligi Europy będzie miał pewne miejsce w Lidze Mistrzów. Jednak w ostatnich latach to trofeum było zdobywane przez drużyny, które odpadły w fazie grupowej tych ważniejszych rozgrywek. Pieniądze zostają więc w tych samych klubach. Kiedyś mieliśmy trzy różne puchary w Europie, teraz wygląda to tak, jakby był tylko jeden. Musimy chcieć to zmienić, to kwestia decyzji politycznych. Dlatego startuję, bo trzeba odwrócić sytuację i przywrócić władzę FIFA.

Czy te sprawy nie mają więcej do czynienia z UEFA, a nie FIFA? Jak pan chce odebrać im tę władzę? Zwłaszcza że ludzie w Europie, jak Greg Dyke czy Michel Platini, są przeciwko FIFA i Blatterowi...

- Znów się nie zgodzę. To wszystko są kompetencje FIFA. Regulacje, ochrona praw "mniejszych", klubów szkolących, równowaga czy zasada "6+5" to sprawy FIFA, nie UEFA.

Jednak UEFA będzie chciała utrzymania obecnego formatu Ligi Mistrzów. I pomimo dyskusji o chronieniu młodych piłkarzy Michelowi Platiniemu będzie łatwiej chronić status quo pomiędzy największymi i najbardziej wpływowymi w Europie, zmieniając tylko detale.

- Raz jeszcze: FIFA jak najbardziej może dbać o europejski futbol. Jeśli FIFA i jej członkowie - federacje krajowe - powiedzą, że chcą innego sposobu dystrybucji pieniędzy, UEFA będzie zmuszona do rozważenia zmiany. Dlaczego liga angielska jest taka popularna, tak wyrównana? Ponieważ wpływy z telewizji są dzielone najrówniej, w stosunku 1-1,5 między ostatnim a pierwszym zespołem w danym sezonie. Podobnie jest w Bundeslidze, gdzie ten współczynnik wynosi 1-2,1. We Francji już 1-3,7, we Włoszech 1-4,1, w Hiszpanii było nawet 11, a teraz już 1-6,5. W UEFA pomiędzy 32 drużynami z Ligi Mistrzów wynosi on 1-6,5. Kilka lat temu Bayern grał z Borussią w finale, ale największe wpływy zanotował Juventus, pomimo odpadnięcia w ćwierćfinale. Dlaczego? Właśnie przez podział wpływów od sponsorów. Tu leży problem i to także wina FIFA, bo to ona powinna rządzić światowym futbolem. Ktoś musi to zmienić. Ja nie jestem sam. Nie chcę komentować działań UEFA. Kolejnym przykładem jest finansowe fair play, które w pełni popieram. Ale co się dzieje dalej? W Serbii ostatnie kilka tytułów mistrzowskich zgarniał Partizan, ale ostatnio udało się to Red Star. Mieli problemy z zarządzaniem, zanotowali ponad półtora miliona euro strat. Co zrobiła UEFA? Wlepiła im karę i ich zawiesiła. Czy to jest sprawiedliwe? Powinni powiedzieć: "OK, możecie grać, ale pieniądze, które zarobicie, pójdą wprost do wierzycieli". Powinniśmy być bardziej aktywni, w zgodzie z zasadami sportowymi, nie możemy mieć podwójnych standardów. Należy dostrzec, że kwestia nierówności powinna być priorytetem w pracy FIFA. Jak wielu zagranicznych piłkarzy gra w czołowych ligach? Nie chodzi o zamykanie granic, rasizm czy ksenofobię, ale obecnie powstał system, w którym najbogatsze kluby przestały szkolić, trenować, podejmować ryzyko, bo po prostu wykorzystują pieniądze, by najbardziej utalentowaną młodzież kupować. I nie dając im szansy gry, swoją drogą. To musimy poprawić.

Finansowe fair play jednak polega na utrzymaniu statusu quo, sporego dystansu między czołowymi klubami a tymi mniejszymi. Myśli pan, że jest szansa zmiany zasad, a może stworzenia innej koncepcji, programu, który pozwoliłby klubom rozwijać się i rywalizować na równi z najlepszymi?

- To już jest wyłącznie kwestia UEFA, ale - jak sam pan wie - dużo osób kwestionuje ten projekt. Zgadzam się, że to zatrzymuje rozwój, utrzymuje obecną sytuację. To system, który nie pozwala mniejszym klubom sięgnąć tych najlepszych. Jednak to pytanie pozostaje przed UEFA. Sama koncepcja jest dobra, ale wciąż dużo ważniejszy jest sposób dystrybucji pieniędzy.

Co w takim razie skłoniło pana do kandydowania? Te 11 lat spędzonych w różnych rolach w FIFA czy ostatnie cztery, gdy pracował pan gdzie indziej?

- Przede wszystkim mnie z FIFA wypchnięto, byłem ofiarą konspiracji ludzi takich jak Mohammed bin Hammam z Kataru. Jednak w ostatnich czterech latach wróciłem i pracowałem dla różnych federacji oraz klubów. Poza tym kocham świat i kocham futbol. Byłem dziennikarzem "France Football", jak pracowałem w ambasadzie francuskiej w Omanie, to stworzyłem tam zespół piłkarski, byłem w komitecie organizacyjnym mistrzostw świata we Francji w 1998 roku. Moją drugą pasją jest świat. Żyłem na czterech kontynentach, moja rodzina jest zglobalizowana, sam czuję się obywatelem świata. Wie pan, jeśli nie jest się zadowolonym z wydarzeń we własnym kraju czy mieście, można wrócić do domu i narzekać, ale nic nie robią w tych kwestiach. Można też zakasać rękawy, wziąć odpowiedzialność, odważnie zareagować. Kandydując, sporo ryzykuję. Na start kampanii wybrałem Londyn, ponieważ wierzę, że w XXI wieku piłka nożna nie może rozwijać się bez zdrowej relacji między angielską federacją a FIFA. Potrzebujemy lepszego rządzenia światowym futbolem, ponieważ sami niszczymy go, tworząc nierówności. To nie tylko problem Europy, ale całego świata.

Co ma pan na myśli, mówiąc o konspiracji w FIFA przeciwko panu? Nie uważa pan, że to może być kluczowa przeszkoda w kampanii?

- Niektórzy ludzie chcieli mnie wypchnąć z FIFA, ponieważ broniłem jej relacji z krajowymi federacjami, a prezydent azjatyckiej konfederacji chciał pełnej kontroli. Pomagałem panu Blatterowi w sprawach specyfiki sportu oraz takich jak zasada "6+5". Wielu się to nie podobało, ale myślę, że to już przeszłość.

Wielokrotnie wspominał pan, że chce otwartej debaty z Seppem Blatterem. Jak miałoby to wyglądać? Chyba powszechnym przekonaniem kibiców jest to, że nie tylko nie będzie na to miejsca, ale nikt z FIFA do tego nie dopuści. Rzadko słyszymy Szwajcara mówiącego konkretnie o przyszłości futbolu, poza kwestiami technologicznymi.

- Nie wiemy, czy Sepp Blatter potwierdzi swoją kandydaturę, może będą jeszcze inni chętni. Wciąż jesteśmy na samym początku kampanii, termin zgłoszeń upływa w styczniu 2015 roku. Dlatego uważam, że potrzebujemy debat. Dyskusja nie tylko musi być otwarta, musimy poruszyć temat tego, czy chcemy, by piłka nożna stała się tak nierówna, spolaryzowana, jak koszykówka. Czy futbol ma dawać każdemu równe szanse? Musimy wiedzieć, co chcemy, jakiej FIFA potrzebujemy. Te debaty muszą mieć miejsce przed prezydentami krajowych federacji z całego świata, bo to oni zadecydują. Moja kampania jest całkowicie przejrzysta. Debaty mogą poprawić wizerunek FIFA, pojednać ją z kibicami. To jeden ze sposobów - stanąć przed nimi i mówić, co chce się zrobić, słuchając uwag i krytyki. W każdej demokracji mamy debaty przed wyborami prezydenckimi. Chciałbym, by były one transmitowane przez telewizję. Nie tylko dlatego, że musimy podjąć decyzję, ale też by pokazać kibicom, że chodzi o nich. Mistrzostwa świata, FIFA - wszystko należy do nich. Zobaczymy, co stanie się z tą moją propozycją, gdy będzie pełna lista kandydatów.

Wciąż jednak uważam, że wybory w FIFA będą problematyczne - nie tylko dlatego, że jest pan na razie jedynym kontrkandydatem. Nikt inny nie chce stanąć przeciwko Blatterowi. Michel Platini stwierdził, że następny rok nie jest najlepszy i może będzie rywalizował w 2019 roku. Inni boją się, że Blatter ma zbyt duże wsparcie, zwłaszcza mniejszych federacji, których prezydenci są bardzo dobrze przez niego traktowani, zapraszani na turnieje czy konferencje w atrakcyjnych miejscach na całym świecie. Ma pan szansę stanąć w równej rywalizacji z takim wsparciem Blattera, jakie zbudował sobie on w ostatnich kilkunastu latach?

- Lista kandydatów nie jest zamknięta. W trakcie wyborów wiele może się zmienić, nie musi chodzić wyłącznie o pana Blattera czy mnie. Byłbym też ostrożny, mówiąc o mniejszych federacjach, ponieważ nie możemy być aroganccy wobec nich. Musimy unikać takich stwierdzeń, że skoro tam potrzebują pieniędzy, to zagłosują na tego, który im je regularnie daje. Nie możemy być eurocentryczni. W Afryce, Ameryce czy Oceanii są może mniejsze federacje, biedne, ale nie ma prawa być uprzedzeń wobec nich, wobec ich przekonań czy podejścia do głosowania. To trzeba rozumieć i być skromnym. Zdaję sobie sprawę, że wybory mogę przegrać lub wygrać. Pan Platini powiedział, że jest jedynym, który może postawić się Blatterowi. Dlaczego więc nie startuje? Nie mam wsparcia żadnej wielkiej instytucji jak FIFA czy UEFA, ale zdecydowałem się wystartować, bo to kwestia odwagi i wizji. Ostateczna decyzja zostanie podjęta za osiem miesięcy, a to dużo czasu i wiele może się zdarzyć. Krajowe federacje nie lubią, gdy mówi się im, co mają robić. Chcą być niezależne, mieć wolny wybór. I jestem całkowicie przekonany, że będziemy mieli te debaty - nie między kandydatami, ale ich wizjami, pomysłami i programami. Startując, stawiam rodzinę przed ryzykownym wyzwaniem. To dla mnie i dla nich była ciężka decyzja, ale kocham futbol i chcę silnej FIFA.

Określił pan siebie mianem "obywatela świata", który sporo podróżował i rozmawiał z ludźmi piłki nożnej z wielu federacji. Czy widział pan u nich chęć debaty na temat zmian w FIFA? Nawet jeśli nie znamy jego programu, Sepp Blatter oferuje pewną kontynuację, ciągłość działań światowej federacji. Pan chce zmiany, zaburzenia statusu quo, co oczywiście jest potrzebne, ale niewielu może tego samego się domagać.

- Byłem w FIFA przez 11 lat i także chcę kontynuować dobrą pracę, którą tam się wykonuje. W 1974 roku FIFA miała tylko kilku pracowników, jeden turniej i zero pieniędzy. Dziś federacja jest sukcesem, dlatego chcę kontynuacji, ale i tego, by miała więcej pieniędzy na rozwijanie piłki nożnej, budowanie boisk w Mołdawii czy Boliwii. Ten rozwój musi trwać, turnieje FIFA muszą odbywać się wszędzie, by każdy mógł się wzmocnić. Zmiany nie będą rewolucyjne, choć musimy zacząć od dostrzeżenia nierówności w grze i tego, że jest to centralnym problemem piłki nożnej. To FIFA powinna chcieć tej poprawy. Reformy instytucjonalne, zmiana wizerunku FIFA, zwiększenie demokracji w jej strukturach - choćby dlatego chcę, by większość miejsc w Komitecie Wykonawczym należało do prezydentów krajowych federacji, nie kontynentalnych. Chcę, by swój głos mieli ludzie z różnych lig, klubów, a także piłkarze, ponieważ w XXI wieku nie możemy rządzić tak jak w poprzednim stuleciu. Chcę również sprawić, by federacja była transparentna, działała etycznie. To także wymaga zmiany, podobnie jak pojednanie Europy i reszty świata, FIFA i UEFA. Jestem zdeterminowany, by wystartować i wygrać, będę walczył do samego końca, bo wierzę, że te idee są kluczowe dla piłki nożnej i samej FIFA.

Więcej o: