Legenda Ruchu Chorzów, jakiej dotąd nie znaliście

Śląscy piłkarze na zgrupowaniu w Katowicach. Kolegom na akordeonie przygrywa Gerard Wodarz

Śląscy piłkarze na zgrupowaniu w Katowicach. Kolegom na akordeonie przygrywa Gerard Wodarz (Fot. z archiwum Lucjana Wodarza)

W duszy dziękuje Bogu, że lewoskrzydłowym jest nie tylko na boisku. Na niedzielnym spacerze w Hajdukach, gdy szedł pod rękę z Łucją, też zawsze wybierał lewą stronę. Teraz uratowało mu to życie, bowiem żołnierze, którzy maszerowali prawą stroną, zostali ostrzelani i martwi leżą na drodze - o Gerardzie Wodarzu pisze Wojciech Todur
"Odszedł najlepszy lewoskrzydłowy w dziejach europejskiej piłki" - powiedział nad jego grobem Gerard Cieślik. Oto historia pięciokrotnego mistrza Polski w barwach chorzowskiego Ruchu. Człowieka, którego życie to gotowy scenariusz na niezwykły film.

Artysta

Kochał muzykę i malarstwo. Gdy na plac przy ulicy Włodarskiego zajrzał wędrowny muzyk, zawsze miał dla niego czas. Nie wychylał się przez okno, nie rzucał na odczepnego nędznego grosza. Z szacunkiem schodził na dół, podawał mu do ręki złotówkę, siadał na ławeczce i słuchał. W rodzinnym domu zawsze leżały sterty nut. Wodarz grał m.in. na skrzypcach i akordeonie. Bliska była mu też cytra! Wtajemniczył go Jan Zorzycki, który grywał na tym instrumencie razem z synem Franciszkiem, jednym z trzech braci, także piłkarzy Ruchu.

Cytry Gerarda Wodarza - koncertowa i gitarowa - zachowały się do dziś! Są eksponatami w muzeum w Rudzie Śląskiej. - Z tęsknotą wspominam wigilijne wieczory, gdy muzykowaliśmy całą rodziną. Klatka naszej kamienicy miała świetną akustykę. Ludzie przystawali na schodach i mieli namiastkę koncertu - uśmiecha się Lucjan, syn Gerarda.

Wodarz lubił też malować. Myślał nawet o tym, czy nie rozpocząć nauki w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Miał fotograficzną pamięć. Zamykał oczy i odtwarzał to, co widział, z najmniejszymi szczegółami.

Gdy w domu brakowało pieniędzy na farby, zlewał do słoików resztki, które zostawały po renowacji mieszkań, i dzięki temu przelewał swoją wyobraźnię na płótno. Lubił malować pejzaże i ludzi. Dużo szkicował ołówkiem. Gdy był już na emeryturze, wrócił do młodzieńczej pasji, ale wtedy nie malował już obrazów tylko stare doniczki. - Kreślił na nich kwiaty i zmyślne ornamenty, a robił to w błyskawicznym tempie - uśmiecha się Lucjan.

Olimpijczyk

Gdy w 1936 roku jechał na igrzyska w Berlinie, miał 23 lata. Po powrocie nie wspominał o niesamowitym wyczynie z meczu z Wielką Brytanią, gdy wbił trzy gole w dziewięć minut, tylko o Jessie Owensie, znakomitym czarnoskórym lekkoatlecie ze Stanów Zjednoczonych, który doprowadził do furii Adolfa Hitlera i wywalczył cztery złote medale.

- Jaki był zwinny! Jaki skoczny i szybki! Nie poruszał się jak człowiek - zachwycał się. Wodarz wrócił do Chorzowa w olimpijskiej czerwonej marynarce. Traktował ją jak najlepsze odświętne ubranie. Czasami wyciągał z szafy, wkładał i paradował po mieszkaniu. Robił to tak długo, aż przytył. Wtedy już nie mógł dopiąć się na piersiach. Garnitur zachował się, niestety, tylko na zdjęciach - Wodarz wyprostowany jak żołnierz. Wodarz, który przycupnął na chwilę na śląskiej ryczce, czyli małym taboreciku. Na szczęście pozostał olimpijski emblemat, który był przyszyty do pół marynarki.

Wodarz przywiózł też do domu pamiątkowy olimpijski medal i znaczek z numerem 5713, który otrzymywał każdy uczestnik igrzysk. Zachował się też bilet, prawdopodobnie na zawody bokserskie.

Igrzyska mogły odmienić jego życie. Po turnieju angielski menedżer zaproponował mu przeprowadzkę na Wyspy. Proponował niewyobrażalne pieniądze. Ówczesne gazety pisały o 10 tysiącach funtów szterlingów. Po latach Łucja Wodarz, żona piłkarza, mówiła, że za taką sumę można było kupić całą chorzowską ulicę!

Żołnierz

Służył w trzech armiach: polskiej, angielskich siłach RAF-u i Wehrmachcie. Był wielkim patriotą, a niemiecki mundur włożył tylko dlatego, żeby przeżyć. Został wcielony siłą i o mały włos nie przypłacił tego życiem.

Pod koniec wojny Wodarz stacjonował w Antwerpii, był w oddziale pod dowództwem generała von Raisensteina. Niemiec cenił jego umiejętności księgowego i uczynił buchalterem oddziału. Niemiecka armia, coraz mocniej naciskana przez aliantów, powoli szła w rozsypkę. Noc, kolejne bombardowanie, w rowie przy wiejskiej drodze we francuskiej Normandii kryje się trzech mężczyzn w niemieckich mundurach - Serb, Niemiec i Polak. Wodarz jest zmęczony, ale nie traci dobrego humoru, wyciąga harmonijkę ustną i przygrywa dla zabicia czasu. W duszy dziękuje Bogu, że lewoskrzydłowym jest nie tylko na boisku. Na niedzielnym spacerze w Hajdukach, gdy szedł pod rękę z Łucją, też zawsze wybierał lewą stronę. Teraz uratowało mu to życie, bowiem żołnierze, którzy maszerowali stroną prawą, zostali ostrzelani i martwi leżą na drodze...

Wodarz odkłada harmonijkę, bo przez mgłę dostrzega wiejską chałupę. Do zabudowań jest nie dalej niż 200 metrów. Biegniemy! Żołnierze wchodzą do stodoły i dostrzegają, że w rogu stoją bańki na mleko. Wodarz uchyla wieko i po chwili uśmiecha się sam do siebie. Jest pełna, a on nie lubi mleka, on je kocha! Przechyla bańkę i łapczywie pije. Francuski partyzant prawdopodobnie stoi już wtedy w drzwiach. Pociąga za cyngiel i jednym strzałem zabija stojącego najbliżej Niemca. Wodarz mało się nie zakrztusił, ale zdołał jeszcze krzyknąć: "Nie strzelać! Jestem Polakiem!". - To udowodnij - odpowiada Francuz, który wciąż ma go na muszce. Wodarz drżącą ręką sięga po skarb, który nosi zaszyty pod podszewką munduru. To olimpijski ausweis - dokument potwierdzający jego tożsamość z czasów igrzysk w Berlinie. Partyzant uważnie czyta. "Geburtsort: Hajduki Wielkie. Nation: polnische". Francuz opuszcza lufę karabinu. Pod murem ginie potem jeszcze Serb.

Mąż i ojciec

Gdyby Łucja i Gerard Wodarzowie żyli, z pewnością byliby dziś bohaterami programu "Taka miłość się nie zdarza". - Ludzie do dziś zatrzymują mnie na ulicy i mówią, że tata tak kochał mamę, że był gotów całować ślady jej stóp - uśmiecha się Lucjan.

Poznali się dzięki Franciszkowi Zorzyckiemu, starszemu bratu Łucji, który grał z Wodarzem w jednej drużynie. W 1934 roku byli już małżeństwem. Rano był ślub, a po południu mecz. Łucja przyszła na boisko w białej sukni.

Wodarz zarabiał na życie jako księgowy w Hucie Batory. W pewnym okresie był też zatrudniony w przedsiębiorstwie obrotu nabiałem Manna.

Gdy rozdzieliła ich wojna, Wodarz cierpiał i słał do domu przepojone tęsknotą listy. Szczęśliwie ocalony wracał na Śląsk zimą 1945 roku. Koledzy z RAF-u proponowali, żeby został. Żartowali, że wybaczają mu nawet te codzienne pobudki i męczącą gimnastykę, do prowadzenia której został wyznaczony jako "polski sportowiec".

Wodarz ani myślał zostać, pod pachą ściskał walizkę, która skrywała żołnierski żołd. Pieniądze miały ułatwić start w powojenne życie.

Niestety, w wigilijny wieczór stracił swój dobytek. Okradziono go na statku, który płynął do Polski. Dziękował Bogu, że miał przy sobie prezent szczególny. Wiózł żonie złote kolczyki, zawieszkę na szyję i pierścionek. Wszystkie ozdobione niebieskimi akwamarynami. Zachowały się do dziś!

Po powrocie Wodarz nie mógł znaleźć pracy. Usłyszał, że ta mu niepotrzebna, bo przecież dorobił się w Anglii. Na dodatek nie chciał zapisać się do partii.

Wtedy utrzymanie rodziny spadło na barki żony. Łucja Wodarz miała zmysł do handlu i krawiectwa. Z niepotrzebnych skrawków materiału potrafiła wyczarować cuda, które potem sprzedawała, by rodzina miała na chleb.

Wodarz miał czwórkę dzieci. Z narodzin dwóch córek cieszył się przed wojną, a synów bliźniaków ściskał w ramionach w roku 1946. Sam wychowywał się bez ojca. Jan Wodarz zginął w 1915 roku w czasie I wojny światowej. Jako żołnierz niemieckiej armii poległ pod Tannenbergiem.

- Nigdy nie widziałem, żeby ojciec był zasmucony czy zmęczony. Uśmiechał się 32 godziny na dobę. Gdy komukolwiek robił przysługę, to zawsze za darmo. Przez 30 lat kończył pracę w hucie, wsiadał w PKS czy pociąg i jechał na trening. W klubach pracował za grosze - wspomina syn.

Żona zawsze przymykała oko na sportowe pasje męża. - Nigdy by mu nie zabroniła grać ani trenować. Zresztą sama też kopała piłkę! - zdradza Lucjan Wodarz.

To był niezwykły mecz! Synowie kontra ojciec i matka. Łucja stanęła na bramce, Gerard szalał w ataku. - Goniliśmy jak myśliwskie psy, a i tak przegraliśmy 1:5! Jak było pięknie smutno - śmieje się.

Przyjaciel

Gerard Wodarz, Teodor Peterek i Ernest Wilimowski. Trójka przyjaciół i niezwykłych piłkarzy, bez których nie byłoby wielkiego Ruchu.

Bliżej było mu do Peterka. Mieszkali tuż obok siebie. Wodarz na Włodarskiego, a Peterek na Farnej. Gdy jednocześnie podeszli do okien, mogli do siebie pomachać rękami.

Peterek strzelił masę bramek z podań kolegi. Potem żartował, że ten go nie lubi, bo zawsze dogrywa mu piłkę tak, by wiązanie futbolówki odbiło mu się boleśnie na czole.

Dziennikarze doszukiwali się, skąd bierze się ta niezwykła maestria i zgranie. Raz pojechali w tej sprawie specjalnie do Huty Batory, gdzie zatrudniony był i Peterek. "Jaki majstersztyk? On mi ciepnął na kapa, ja huśtnął i był tor. Wszystko?" - dziwił się Peterek.

Wodarz miał Peterka za raptusa, sam z kolei był na boisku bardzo delikatny. Gdy kogoś sfaulował, przepraszał 10 razy. Ta delikatność przekładała się też na niezwykłą wirtuozerię gry. - Nie sztuka wpaść na rywala i go zadeptać. Sztuką jest odebrać mu piłkę tak, żeby się nawet nie zorientował - podkreślał Wodarz, który o ile Peterka wspominał zawsze ciepło, to już do znajomości z Wilimowskim wracał niechętnie. - Może miał do niego żal, że nie utrzymywał kontaktu z dawnymi kolegami? Że wybrał życie na obczyźnie, a nie wrócił do Polski? - zastanawia się syn.

Tajemnicę starali się rozwikłać dziennikarze, ale Wodarz unikał ich, jak mógł. - Powtarzał, że chce coś zachować tylko dla siebie. Było w nim trochę żalu. Uważał się za człowieka od brudnej roboty. W Górniku podziękowali mu za pracę, bo był bezpartyjny. Zapomniał też o nim Ruch. Zaproszenia na klubowe imprezy dostawał po terminie. O czym tu opowiadać? Że był traktowany jak piąte koło u wozu? - pyta Lucjan Wodarz.

Archiwista

Przywiązywał wielką wagę do szczegółów. W domowym archiwum zachował się nawet przedwojenny kwit - dowód na zakup mebli w firmie Kramera czy przydział na ziemniaki z Huty Batory.

Sam prowadził swoje archiwum. Na pierwszej stronie specjalnego zeszytu nie wkleił swojego zdjęcia, tylko biało-czerwoną flagę, różę oraz portrety Józefa Piłsudskiego i Józefa Poniatowskiego. Zeszyt jest napęczniały od zdjęć i wycinków z gazet, które opisują jego niezwykłe dokonania. Wodarz zachował foldery niemal ze wszystkich przedwojennych spotkań, w których wziął udział!

Jak na księgowego przystało był niezwykle skrupulatny. Jego nieznaną pasją było zbieranie minerałów. Wyjeżdżał do Kudowy czy Dusznik-Zdroju i dostrzegał skarby w skałach kwarcu. Potem łupał je młotkiem.

Uwielbiał grać w szachy. To był niedzielny rytuał. Rano zawsze odwiedzał go szwagier Gerard Zorzycki. Przy cygarze i małym kieliszku koniaku rozpoczynali partię. Potem razem szli do kościoła, a po mszy wracali na domowy obiad. Po uczcie dla ciała znowu siadali do szachownicy. - Jego mózg pracował jak komputer. Grałem z nim wiele razy, a tylko raz udało mi się doprowadzić do pata - podkreśla syn.

Pożegnanie

Odszedł niespodziewanie. Jeszcze chwilę przed śmiercią zadziwiał najbliższych krzepą i kondycją. Potrafił zrobić stójkę na głowie. I to z rozpędu! Nigdy nie chorował. Nigdy nie zamykał za sobą drzwi, ale tamtego dnia przekręcił klucz w zamku. Wybrał drogę przez cmentarz. Na głównej alejce nagle przystanął, oparł się o jeden z nagrobków, a po chwili upadł. W tej samej chwili dostał zawału i wylewu. Zmarł 11 listopada 1982 roku. Jest pochowany na cmentarzu przy ulicy Granicznej w Chorzowie Batorym.

Skomentuj:
Legenda Ruchu Chorzów, jakiej dotąd nie znaliście
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

LOTTO Ekstraklasa 2017/18

lp. Drużyna M Pkt Br. Zw. R Por.
1 Lech Poznań 32 58 50:24 16 10 6
2 Jagiellonia Białystok 31 54 46:38 16 6 9
3 Legia Warszawa 31 54 43:32 17 3 11
4 Górnik Zabrze 31 50 58:47 13 11 7
5 Wisła Płock 31 50 44:37 15 5 11
6 Korona Kielce 31 48 45:37 12 12 7
7 Zagłębie Lubin 32 46 40:34 11 13 8
8 Wisła Kraków 31 45 43:38 12 9 10
9 Cracovia Kraków 31 42 42:41 11 9 11
10 Arka Gdynia 31 40 39:34 10 10 11
11 Śląsk Wrocław 32 37 38:49 9 10 13
12 Pogoń Szczecin 31 34 36:48 9 7 15
13 Lechia Gdańsk 31 33 41:52 8 10 13
14 Piast Gliwice 31 30 29:40 6 12 13
15 Bruk-Bet Termalica 32 29 33:56 7 8 17
16 Sandecja 31 25 27:47 4 13 14

  • Grupa mistrzowska
  • Grupa spadkowa