Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Artur Boruc: W czerwcu czas na zmianę klubu

- 10 mln funtów, które chce za mnie Celtic, to kosmiczna cena - mówi Artur Boruc. I nie wyklucza, że skorzysta z prawa, które pozwoli mu odejść za 1,5 mln
W ostatni czwartek Boruc miał w nowo otwartej klinice w Dublinie artroskopię kolana. Na boisko wróci być może już 2 stycznia na derbowy mecz z Glasgow Rangers.

Robert Błoński: Jak się pan czuje po zabiegu?

Artur Boruc: Dobrze. Zabieg nie był skomplikowany, w weekend wróciłem do Glasgow. Musiałem go wykonać, "odkleił" mi się kawałek łękotki. To blokowało ruchy kolana. Chodzę o kulach, ale chcę je jak najszybciej odstawić. Kolano musi zacząć normalnie funkcjonować. Jest coraz lepiej, zaczynam normalnie chodzić.

Dla pana piłkarski rok się skończył. Z kadrą awansował pan do finałów mistrzostw Europy. Z klubem zdobył mistrzostwo i Puchar Szkocji, zakwalifikował się do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Po większości pana meczów dziennikarze pisali, że "Boruc był najlepszy".

- Zdążyłem się przyzwyczaić do pochwał (śmiech). Kilka pochlebnych zdań w internecie na mój temat to wciąż nie jest powód, abym usiadł na tyłku i się sobą zachwycał. Teraz jeszcze bardziej muszę się pilnować. Łatwiej jest osiągnąć wysoki pułap, niż go utrzymać. Staram się jak mogę i jakoś się udaje. Najbardziej zmartwiły mnie kontuzje. Miałem ich kilka.

Z czego wynikały te urazy?

- Nie mam pojęcia. Może dlatego, że na pół roku przestałem pić? (śmiech). Po prostu się zdarzyły.

Jest pan uwielbiany przez fanów Celticu. Są szaliki z pana podobizną, napisem: "Ten, który przeżegnał się na Ibrox" [stadion Rangersów, którego kibice są protestantami] i porównania do papieża Jana Pawła II, który też był bramkarzem.

- Dla mnie to wszystko jest dziwne, że w Glasgow futbol tak bardzo łączy się z religią. Wiem, że to tutaj odwieczna tradycja, ale czasem czuję się niezręcznie. Co do kibiców, to chwalą głównie wtedy, kiedy jest dobrze. Odpukać, źle rzeczywiście nie jest. W piłkę gram po to, żeby mnie doceniono jako sportowca i zapamiętano jako człowieka. Poza tym fajnie jest zarobić parę funtów. Może kiedy patrzą na mnie z boku, to wydaje im się, że jestem fajnym facetem? Ale na boisku jestem bardzo zmanierowany.

Co to znaczy?

- Znam swoją wartość i na boisku jestem bufonem. Pewnie dlatego nigdy nie pójdę do Juventusu, po co im dwóch bufonów? (śmiech) [bramkarzem Juventusu jest reprezentant Włoch jest Gianluigi Buffon].

Chce pan odejść do wielkiego klubu?

- Dla mnie Celtic jest wielki.

To do jeszcze większego.

- Znowu awansowaliśmy do szesnastki najlepszych klubów Europy. Ale wiem, że są w Europie lepsze zespoły i kiedyś powiedziałem, że chętnie zagram w innym miejscu Europy niż Szkocja. Chcę się realizować piłkarsko, podjąć nowe wyzwania.

Już od następnego sezonu?

- Tak. Od półtora miesiąca rozmawiam z Celtikiem o nowym kontrakcie. Obecny kończy mi się w czerwcu 2009 r. i jest w nim opcja przedłużenia o sezon. Nie chciałbym, żebyśmy rozstawali się z Celtikiem w nieprzyjemnych okolicznościach. Mam jednak kilka opcji.

Jakich?

- Być może skorzystam z prawa Webstera. FIFA wprowadziła przepis, że zawodnik, który gra w jednym klubie minimum trzy sezony i skończył 28 lat, może odejść do innego zespołu nawet z ważnym kontraktem. Cenę ustala wtedy FIFA na podstawie m.in. zarobków. Jeśli będzie trzeba, pomyślę o takim rozwiązaniu. Ale to ostateczność, bo na razie liczę na porozumienie. Cena dziesięć milionów funtów, o jakiej się mówi, jest kosmiczna. Chociaż na Wyspach wydaje się na piłkarzy więcej niż gdziekolwiek w Europie.

Gdzie chciałby pan odejść?

- Plany nie są sprecyzowane. Nie mam miejsca, w którym chciałbym grać bardziej niż gdzie indziej. Opcji jest kilka, ale za wcześnie, by je ujawniać.

Dociera do pana, że jest jednym z najlepszych bramkarzy Europy?

- Niekoniecznie. Trudno mówić, kto jest najlepszy, a kto nie. Trudno jest przez cały rok utrzymać równą, wysoką formę i nie popełniać żadnych błędów. Głupie wpadki się zdarzają i zdarzać będą. Trzeba robić wszystko, by było ich jak najmniej.

Mecz w Armenii i porażka 0:1 był dla pana taką "wpadką" roku 2007?

- Mówi pan o tym strzale z wolnego?

Tak.

- Uważam, że nie mogłem wiele więcej zrobić. Bardziej mam do siebie pretensje o gola w Azerbejdżanie na 0:1.

Czy na mecze z Rangersami i Portugalią mobilizuje się pan bardziej niż na Azerbejdżan czy Inverness?

- Leo Beenhakker powtarza: "Trudno sobie wyobrazić, że jeden mecz traktujecie poważniej od innego ze względu na klasę rywala". Z drugiej strony każdy jest człowiekiem. Dochodzi do nas, z kim gramy i że rywal jest słabszy. I, mimo to, że chcesz, że się starasz, że próbujesz - koncentracja jest inna. Przychodzą chwile słabości. Ale śmieszą mnie zarzuty o moją dekoncentrację i lekceważenie słabszych. Gra w piłkę to moja praca i chcę ją zawsze wykonywać jak najlepiej. Nie zawsze się udaje, ale nie wybieram meczów, w których bronię lepiej lub gorzej.

Trener Beenhakker stwierdził w jednym z wywiadów, że ceni pana za osobowość, ale czasem nie rozumie. Kiedy powiedział panu o tym, usłyszał: "Trenerze, czasem to i ja sam siebie nie rozumiem".

- Bo tak jest. Jestem impulsywny, czasem reaguję szybciej, niż pomyślę. Nie lubię dyplomacji i przebierania w środkach. Mówię, co myślę. Staram się być sobą.

Na początku eliminacji Euro wydawało się, że nie jest panu po drodze z Beenhakkerem.

- Po MŚ nie zostałem powołany na pierwszy mecz nowego trenera, z Danią. Trener ma prawo podejmować takie decyzje i nie musi się z nich tłumaczyć. Rozmawiałem z nim, ale nigdy nie spytałem o to, czemu na początku mnie nie powołał. Nie było sensu. Trener odpowiada za wyniki i robi, jak uważa.

Teraz Beenhakker i trener bramkarzy Frans Hoek powtarzają, że jest pan numerem jeden.

- Zrobię wszystko, by nim pozostać jak najdłużej. W eliminacjach broniło aż czterech bramkarzy [Jerzy Dudek w pierwszym meczu, Łukasz Fabiański - w ostatnim, Wojciech Kowalewski - w drugim i trzecim, Boruc - w dziesięciu pozostałych]. O wszystkim zdecydował pech Wojtka. Gdyby był zdrowy i nie dostał kartek w meczach z Serbią i Portugalią, pewnie i ja miałbym problem, żeby grać. Bo najpierw trener postawił na Wojtka. Jego nieszczęście mi pomogło. Ale nie będę płakał - każdy patrzy na siebie.

Zastanawiał się pan, co zrobić, żeby w czerwcu po Euro nie powtórzyć swoich słów z niemieckiego mundialu: "Taka impreza jest raz na cztery lata, a my ją totalnie spieprzyliśmy".

- Nie wybiegam myślami tak daleko, ale wiem, że teraz będzie coś innego. Reprezentacja jest inna. Wreszcie zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy piłkarskim zaściankiem, że potrafimy grać w piłkę, wygrywać z mocnymi. Liczę, że sensowniej podejdziemy do meczów z najlepszymi. Nie mówię, że gramy pięknie i efektownie. Zresztą kto teraz pamięta, jak graliśmy w eliminacjach? Ludziom zapadł w głowie awans i mecz z Portugalią w Chorzowie.

Jak pan oceni grupę w finałach Euro?

- Nie będę się cieszył z losowania.

Na początek - mecz z Niemcami.

- Będzie to chyba coś więcej niż mecz. Ale i tak na koniec zostanie nas jedenastu na jedenastu. Nie chcę pompować tego balona. Serca nam w tym meczu na pewno nie zabraknie. Bardzo chcę zagrać i zrewanżować za mundialową porażkę w Dortmundzie.

Beenhakker to rzeczywiście trener inny niż wszyscy?

- Lubię ludzi, którzy jak mają swoje zdanie i są o czymś przekonani w stu procentach, to go nie zmienią. Ma niezwykły autorytet, który bardzo na nas działa. Nie chcę ujmować niczego polskim trenerom, ale żaden z nich nie pracował w Realu Madryt czy z reprezentacją Holandii.

Frans Hoek? Beenhakker mówi, że to najlepszy trener bramkarzy świata.

- Dla mnie, niezmiennie, pozostaje nim Krzysztof Dowhań z Legii. Hoek jest na miejscu jeden i pół.

Co Polska może zdziałać na Euro?

- Trener powiedział, że pojedziemy grać o złoto. Każdy, kto chce osiągnąć sukces, musi mierzyć wysoko. Poprzeczka i tak wisi wysoko, wszyscy musimy zagrać na maksimum swoich możliwości. Może każdemu z nas uda się osiągnąć najlepszą formę akurat w czerwcu przyszłego roku? Mówię, co siedzi w mojej głowie. I kolegów chyba też.

Czy operacja kolana wpłynie na pozycję Boruca w reprezentacji? - Blog Pingpongi