Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Lech sprawdza kiboli połowicznie

Prezes Lecha przyznaje, że ochrona nie kontrolowała dokładnie zwolenników Widzewa, którzy w niedzielę wnieśli na poznański stadion zabronione race.
Na początku drugiej połowy meczu łódzcy kibole odpalili blisko 30 czerwonych rac. Sektor zasnuł się chmurą gęstego dymu, a race poleciały w kierunku trybuny zajmowanej przez poznańskich kibiców oraz na płytę boiska. Sędzia na kilka minut przerwał grę.

Mimo że wnoszenie i odpalanie rac jest zabronione prawem w kibolskich środowiskach nadal cieszy się aprobatą. Stowarzyszenie Wiara Lecha pochwaliło łódzkich kiboli na Facebooku: "Na plus porządne racowisko Widzewa, na minus rzucanie rac w stronę naszych kiboli. Przypominają się stare czasy, gdy za odpalanie rac nie dostawało się wyroków".

- Kontrola była połowiczna, to fakt. Skończyło się, jak się skończyło - mówił wczoraj prezes Lecha Andrzej Kadziński na spotkaniu z poznańskimi radnymi.

Radni zebrali się na stadionie, by z przedstawicielami klubu i policji dyskutować, czy pierwsza w Polsce arena na Euro 2012 rzeczywiście jest bezpieczna. Wątpliwości wywołał krytyczny raport UEFA, którego konsekwencją było ograniczenie liczby widzów na meczu Ligi Europejskiej ze Sportingiem Braga.

Kadziński tłumaczył, że nie było czasu na dokładniejszą kontrolę, bo dwutysięczna grupa kiboli Widzewa dotarła na stadion dopiero 10 minut przed meczem. Opóźnienie spowodowali sami, dwukrotnie zatrzymując pociąg, którym jechali. - Zrobili to celowo - przekonywał Kadziński.

Lech złożył we wtorek w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez kiboli, którzy nie tylko odpalali race, ale też palili szaliki. Dziwi to policjantów. - Odpalanie rac to przestępstwo ścigane z urzędu, wniosek jest niepotrzebny. Już od niedzieli nasi policjanci identyfikują kiboli - mówi rzecznik wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak. I dodaje: - Sprawdzamy też, czy ochrona i organizatorzy dopełnili obowiązków. Jeśli nie, też staną przed sądem.

W środę policja nie ukrywała zarzutów wobec Lecha. Takich jak ten, że łodzian wpuszczano jedynie trzema kołowrotkami - w tempie od 18 do 23 kibiców na minutę. - Ostatni weszli na stadion 10 minut przed końcem meczu - informował Maciej Nestoruk, szef sztabu wielkopolskiej policji.

Nestoruk dodał, że sytuacja nie poprawi się do czasu wybudowania specjalnej kładki zawieszonej kilka metrów nad ziemią. Będą nią wchodzić kibice przyjezdni. Dzięki temu drogi dojścia i rozejścia się kibiców gości i gospodarzy nie będą się krzyżować, na co zwracała uwagę m.in. UEFA. - Już na etapie projektowania stadionu mówiliśmy o takiej kładce, ale nikt nas nie posłuchał - żalił się Nestoruk.

Kładka będzie kosztować 3,4 mln zł (cały stadion pochłonął już ponad 700 mln). Wczoraj okazało się, że i ona niekoniecznie wystarczy. Choć bowiem policja domagała się zamontowania tam minimum sześciu kołowrotków, miasto zleciło zaprojektowanie czterech. To może oznaczać, że każda większa grupa kibiców przyjezdnych będzie wchodzić przez półtorej godziny albo dłużej.

Prezes Kadziński: - Zaproponuję prezesom klubów Ekstraklasy przyjęcie zasady: jeśli kibice gości dotrą na stadion później niż dwie godziny przed meczem, gospodarze mogą ich nie wpuścić.

77. miejsce na świecie Lecha Poznań »


Więcej o: