Sport.pl

Liga Europejska. Salzburg dodał Lechowi skrzydeł

Lech Poznań wygrał 1:0 w Salzburgu swój ostatni mecz w grupie A Ligi Europejskiej. Choć przez chwilę był nawet jej liderem, to do 1/16 finału awansował z drugiego miejsca. W piątek pozna kolejnego rywala
O awans z pierwszego miejsca w grupie Lechowi przyszło walczyć w zupełnie niecodziennych okolicznościach. Po ataku zimy Austria była przykryta śniegiem i zmrożona. Weekend wcześniej jesienne rozgrywki zakończyła tamtejsza Bundesliga i kraj został opanowany przez sporty zimowe. Dobrych wieści dla kibiców było niewiele. Raczej dominowały te złe: najpierw kontuzji kolana doznał Gregor Schlierenzauer i stracił szanse na występ w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni, a potem pecha miał Felix Gottwald, mistrz olimpijski i mistrz świata w kombinacji norweskiej. W prasie można było znaleźć zdjęcia, na których pokazywał kontuzjowaną rękę w opatrunku.

Wieści piłkarskie zajmowały niewiele miejsca, ale nie ma się co dziwić, bo w środę Rapid Wiedeń pożegnał się z Ligą Europejską porażką w Stambule, a szanse na awans stracił już wcześniej. Podobnie jak zespół z Salzburga, który na dodatek tym wyróżniał się w rozgrywkach, że w pięciu meczach grupowych strzelił zaledwie jedną bramkę. I to zaledwie rok po tym, jak wygrał grupę z kompletem zwycięstw! Zakończenia roku przez graczy Red Bulla i "przyjazdu Lecha do miasta Mozarta" oglądać prawie nikt tu nie chciał. Mimo że klub z Austrii sprzedał 10 tys. karnetów na mecze pucharowe, większość z ich nabywców została w czwartek w domach. - Gramy u siebie - krzyczeli kibice Lecha, którzy całkowicie zdominowali doping na stadionie. A fani polskiej drużyny byli nie tylko w swoim sektorze - grupkami siedzieli niemal w każdym sektorze.

Było to doskonale widać w 30. min, gdy Lech strzelił bramkę. To tu to tam w górę skakali zmarznięci kibice mistrza Polski. Radość była tym większa, że na gola naprawdę się nie zanosiło. Lechici grali cofnięci i czekali, co zrobią rywale, atakowali z rzadka. Drogę do bramki po półgodzinie otworzyło długie podanie Dimitrije Injaca do Sławomira Peszki, ten w polu karnym oszukał Franza Schiemera i wycofał piłkę do Semira Stilicia. Bośniak strzelił natychmiast, piłka otarła się Rabiu Afolabiego i wylądowała w siatce. Lech miał więc wynik, z którym mógł zacząć się interesować doniesieniami z Turynu. Gdy tuż przed przerwą Juventus strzelił gola Manchesterowi City, Polacy znaleźli się na pierwszym miejscu w wirtualnej, póki co, tabeli.

Kibice gospodarzy nie mieli się specjalnie czym pasjonować. Widać było też, że mają dość fatalnych występów swoich piłkarzy w Europie. - Niewiarygodne - zawołał jeden z kibiców, gdy zawodnicy Salzburga w krótkim czasie trzy razy niecelnie podawali piłkę. Gdy niedługo potem sytuacja się powtórzyła, zirytowany kibic ironizował: - Zagrać celnie do kolegi? Za trudne...

Choć Red Bull grał słabo, to jednak dłużej był przy piłce i kilka razy zagroził bramce Krzysztofa Kotorowskiego, któremu brakowało pewności siebie. Miał za to szczęście. Gdy wypuścił piłkę po strzale z dystansu, a do bramki wbił ją Joaquin Boghossian, okazało się, że napastnik gospodarzy był na spalonym. W 33. min bramkarz Lecha tylko przyglądał się, jak piłka po uderzeniu z daleka Daniela Offenbachera odbiła się od Artjomsa Rudnevsa i przeleciała obok słupka. Na szczęście dla Lecha, po zewnętrznej stronie. W niezłych sytuacjach gracze w białych koszulkach kiksowali - źle w piłkę trafił najpierw Schiemer (21. min), a tuż przed przerwą niezdarny Boghossian.

Mimo wszechobecnego śniegu i mrozu piłkarze grali w dobrych warunkach. Boisko było zielone, a tylko nieco przyprószone śniegiem, niczym pączek cukrem pudrem. W drugiej połowie na boisko zaczął delikatnie sypać śnieżek ze stadionowego dachu. Mimo to plac gry był bardzo przyzwoity. Na pewno nie mógł być wytłumaczeniem dla gospodarzy, którzy nieporadnie budowali akcje ofensywne. Czas uciekał, a Lech rozsądnie bronił prowadzenia. Obrona poznaniaków na poważnie pomyliła się dopiero w 71. min, gdy Bartosz Bosacki i Manuel Arboleda zostawili samego w polu karnym Boghossiana, ale jego lekki strzał nie sprawił Kotorowskiemu żadnych problemów. Gdy chwilę później Boghossian opuszczał boisko widownia ożywiła się jak nigdy wcześniej - tylko po to, by pożegnać zawodnika gwizdami.

Huub Stevens wprowadził na boisko Romana Wallnera, najlepszego strzelca drużyny. Było oczywiste - Holender nie chciał żegnać roku porażką, a Wallner miał mu w tym pomóc. Odpowiedź Jose Bakero była błyskawiczna - za rozgrywającego Stilicia wszedł Tomasz Bandrowski, lechowy mistrz destrukcji.

Gdy na boisku w Salzburgu trwały roszady, w Turynie Man City wyrównał i znów był liderem grupy. Lech mógł zmienić sytuację, ale potrzebował jeszcze dwóch goli. Okazja do pierwszego z nich przyszła szybko, gdy w 81. min Peszko łatwo wdarł się w pole karne Salzburga, w sytuacji sam na sam przymierzył w tzw. długi róg, ale piłka przeleciała tuż obok słupka. Kolejnych szans już nie było, więc mimo zwycięstwa, Lech pozostał na drugim miejscu w tabeli "grupy śmierci".

Czytaj też relację Z Czuba! »


Więcej o: