Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Lód na czoło, noga z gazu, czyli to, czego nie było w "Gazecie"

Moje 12 miesięcy z Koroną Kielce to tysiące przejechanych kilometrów, setki rozmów, dziesiątki spotkań. Czasem było zabawnie, innym razem nikomu nie było do śmiechu. Nie wszystko dało się napisać w relacjach z meczów, więc dziś odsłaniam nieco kulisy pracy dziennikarza sportowego. Choć to zaledwie fragment, mały wycinek, bo niektórych zdarzeń publikować po prostu nie wypada.
4 kwietnia, Jastrzębie-Zdrój. 0:0 z GKS-em

Remis z broniącym się przed spadkiem zespołem nie smakował dobrze. Na konferencji prasowej Włodzimierz Gąsior tłumaczył: - Wygrać chcieliśmy, ale jak nie idzie, to nie idzie... W tej rundzie jeszcze nie zwyciężyliśmy. Gąsior już wtedy tracił zaufanie władz. Frustracja udzielała się wszystkim. Emocje sięgnęły zenitu na parkingu przed stadionem. Doszło do ostrej wymiany zdań między nim a wiceprezesem Andrzejem Jungiem. - Nie ty mnie zatrudniałeś i nie ty mnie będziesz zwalniać! - krzyczał wzburzony Gąsior. Stoję z boku i patrzę z niedowierzaniem. "Ładny numer" - myślę. - "Jeszcze się zaraz pobiją". Idzie prezes Tadeusz Dudka, podchodzę. - Będzie dymisja trenera? - pytam. - Spokojnie. Lód na czoło, noga z gazu - odpowiada. Miesiąc później Gąsiora odsunęli od drużyny.

26 kwietnia, Płock. 1:2 z Wisłą

- Od tygodni próbujmy dotrzeć do zawodników, ale nieskutecznie. Oni muszą w końcu zrozumieć, że w każdym meczu muszą dawać z siebie wszystko. Jak nie, to poczekamy rok - mówi mi prezes Dudka. Korona zagrała kolejny słaby mecz. Nic dziwnego, że piłkarze w popłochu uciekali do szatni. Na korytarzu długo nikt się nie pojawiał. Czekam na nich z innymi dziennikarzami. W końcu ze łzami wyszedł Jacek Kiełb. Dajemy mu spokój. I słusznie, bo on chyba najbardziej przeżywa te wszystkie porażki. Czekamy dalej. Jest Jacek Markiewicz. Widzi grupkę dziennikarzy i zawraca. Po chwili wychodzi jednak razem z Ernestem Kononem i Pawłem Sobolewskim. Ten ostatni siedzi im na rękach. "Sobol" zerwał torebkę stawową, nie może chodzić. Widząc jego cierpiącą twarz, nie mamy sumienia zadawać im pytań. Zresztą jak? - Tej dwójce też się upiekło. Dobrze to sobie wykombinowali - śmiejemy się.

9 maja, Poznań. 0:3 z Wartą

Stadion Warty wyglądem przypomina ogródek, budynek klubowy - blaszany garaż, a przed nim nowiutkie lśniące audi r8. To taki cywilny bolid wyścigowy. Okazuje się, że należy do Tomasza Magdziarza, tego, co to w ekstraklasie zagrał 1 (słownie: jeden) mecz! "Piłkarz to ma jednak klawe życie" - myślę. Wchodzimy do środka. Na progu wita nas roześmiany od ucha do ucha trener gospodarzy Bogusław Baniak. Pyta, jak droga, i przeprasza, że Korona znów dziś... przegra. Bardzo miły gość. W korytarzu dostrzegam Włodzimierza Gąsiora. Stoi sam, w ręku trzyma jakąś kartkę. "Może ze składem" - myślę. Chciałem nawet podejść i zapytać, ale zaczepił mnie Edi. Miłośnik kina. Ja też lubię dobry film, więc czasem rozmawiamy. Mówi, że w autokarze oglądali "Uprowadzoną" z Liamem Neesonem. - Wiem, widziałem - rzucam i pytam, czemu nie idzie na rozgrzewkę. - Kontuzja, dziś nie zagram - przyznaje. Do przerwy Korona przegrywa i ku mojemu zdziwieniu Edi zakłada jednak strój. Półzdrowy ma odwrócić losy meczu. Nie odwraca. Warta dokłada jeszcze dwa gole. - Kompromitacja! Przyznaję wam rację, z trybun nie da się na to patrzeć - ocenia wracający z nami do Kielc Kiełb.

5 czerwca, Ząbki. 1:0 z Dolcanem

To były chyba najdłuższe trzy minuty w życiu. Trybuna prasowa w całości zajęta przez kieleckich dziennikarzy. Wszyscy telefony przy uchu. TVP Sport na żywo pokazuje końcówkę meczu Podbeskidzia Bielsko-Biała ze Zniczem Pruszków. Jest 0:0. Ten wynik daje Koronie baraże. - Poczekaj... Podbeskidzie atakuje, dośrodkowanieeeee - relacjonuje mi Adam Gołąb, kierownik sportu w "Gazecie". - Nie, niecelnie. Znicz od bramki - uspokaja. Bramkarz zaczyna, sędzia kończy. W jednym momencie po malutkim stadionie w Ząbkach roznosi się - pewnie nigdy tutaj tak niesłyszane - "Jeeeest!!!". Korona ma baraże! Piłkarze jak w amoku tańczą na środku boiska, my ściskamy się na trybunie. - Udało się, udało! - nie dowierzamy. Bo jeszcze dwa tygodnie temu wydawało się to niewykonalne. - I po co się gotowałeś? A nie mówiłem, że spokojnie? - rozbraja mnie prezes Dudka.

15 sierpnia, Białystok. 0:2 z Jagiellonią

Ul. Słoneczna. Już chyba wiem, dlaczego tam jest stadion "Jagi". Na Podlasiu wita nas bezchmurne niebo. Słońce świeci prosto w oczy. Siedzimy razem z Kubą Rożkiem z Radia Kielce. Zapomniał z samochodu okularów przeciwsłonecznych. - Mecz za chwilę, nie zdążę - niepokoi się. Robi relację na żywo, w tym słońcu nawet piłki nie widać, a co dopiero zawodników odróżnić. Pożyczam mu swoje, ja jakoś sobie poradzę. Zawsze mogę kogoś dopytać, radiowcowi raczej nie wypada. Kuba zaczyna relację. Pierwsza jego myśl to oczywiście słońce na Słonecznej. I podziękowania dla mnie za okulary. Mała rzecz, a cieszy. Nas obu.

11 września, Wodzisław Śląski. 2:0 z Odrą

Pierwsze (i jak się później okazało jedyne) wyjazdowe zwycięstwo w ekstraklasie. Nic dziwnego, że humory dopisują. Na tyle, że nawet zacierają obraz dość przeciętnej gry kieleckich piłkarzy. Ważne, że są trzy punkty. Krzysiek Żołądek z Radia Plus tym razem na celownik wziął sobie Ryszarda Wieczorka, byłego trenera Korony, wtedy jeszcze w Odrze. - Po co idziecie na konferencję prasową? Ja już wiem, co Wieczorek powie - twierdzi. I mówi: - Niestety, zabrakło nam chciejstwa, takiego boiskowego cwaniactwa. Przegraliśmy po swoich błędach, musimy się jeszcze wiele uczyć. Zobaczycie, że tak powie - zapewnia. Gdy Wieczorek pracował w Kielcach, to było jego ulubione sformułowanie, wypowiadał je po przegranych meczach. Przekornie jednak idę na konferencję. Za stołem obaj trenerzy. Wieczorek zaczyna: - Rywal wygrał, bo zabrakło nam cwaniactwa. Pękam ze śmiechu, wychodzę. Resztę i tak dopiszę od Krzyśka.

6 listopada, Gdańsk. 1:1 z Lechią

Gdańsk? Pyszny obiad na Starym Mieście, nad brzegiem Motławy, i przenikliwe zimno. Tak bardzo jak na Traugutta chyba jeszcze nie zmarzłem. Na stadion przyszliśmy półtorej godziny przed meczem, licząc na ciepłą herbatę w klubowym budynku. I było takie miejsce. Sala konferencyjna, zastawione stoły, termosy z kawą i herbatą. Wchodzimy. Pokonujemy jedne drzwi, w drugich zatrzymuje nas ochroniarz. - Tam nie wolno. Tylko VIP-y - mówi. - Przecież to jest miejsce dla dziennikarzy - bronię się. - Zgadza się, ale dopiero po meczu - odpowiada. Nie daję za wygraną, przekomarzam się z porządkowym. Chce, żebym wyszedł z budynku. Mówię, że stoję w progu. - To bardziej w budynku czy na zewnątrz? - dopytuję. - Człowieku, ludzie tu do pracy przyjechali. Bądź normalny, zimno jest! - zainterweniował przechodzący akurat Marek Motyka. Na nic to się zdało. Ochroniarz był nieugięty. Marzliśmy dalej, a mecz zaczynał się dopiero za godzinę.

6 grudnia, Warszawa. 1:1 z Polonią

Wychodzimy z konferencji prasowej i mamy mieszane uczucia. Z jednej strony cieszy punkt wywalczony w 92. minucie, a z drugiej jest gra, której oglądnie przyprawiało o mdłości. Ktoś zaproponował: - Kawa w klubowej kawiarni będzie w sam raz. Na Polonii mają takie fajne, klimatyczne miejsce. Na ścianach koszulki, zdjęcia z wieloletniej historii "Czarnych Koszul", wycinki z gazet, gabloty z pucharami. Bardzo przytulnie. Przed kawiarnią spotykamy dyskutujących w większej grupie naszych trenerów. - Spotkanie roku z warszawskiej AWF - zdradza Marcin Gawron. Stajemy, witamy się. - A my się przecież znamy - rzuca do mnie jeden z mężczyzn. Przyglądam mu się i poznaję. - Oczywiście, czasem w Kielcach się widujemy - odpowiadam z uśmiechem. To był Jerzy E. junior. 8 stycznia znowu się spotkamy. Na kolejnej rozprawie w sprawie korupcji w Kolporterze Koronie.