Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Primera Division. Real zabity golem Suáreza

W szalonym Gran Derbi obaj wielcy rywale mieli swoje szanse, ale Barcelona była bardziej pragmatyczna. Co więcej, zdobywała gole w sposób dla siebie nowy. Przewaga Katalończyków nad Realem wzrosła do 4 pkt.
Takiego testu charakteru Barcelona nie miała od miesięcy. Mimo że z 20 meczów rozegranych w 2015 r. przegrała aż dwa ligowe z Sociedad i Malagą. Można je jednak uznać za klasyczny przypadek, w niedzielę na Camp Nou zjawił się jednak przeciwnik mogący być dla drużyny Luisa Enrique punktem odniesienia. Real, choć pogrążający się w kłopotach, to przecież najlepsza drużyna 2014 r.

Zaledwie cztery dni wcześniej Katalończycy podejmowali mistrza Anglii w Lidze Mistrzów. Na tle Manchesteru City Barcelona wyglądała jak drużyna kosmiczna, Leo Messi unosił się nad murawą niczym Piotruś Pan, nieosiągalny dla zwykłych śmiertelników. Pytanie na niedzielę brzmiało: czy świetna forma starczy na Real podrażniony kryzysem? "Królewscy" przybyli na Camp Nou bez cienia obaw o swoją formę i byli panami na boisku do 55. minuty, kiedy zaznaczył się nowy sznyt Barcy nadany przez Luisa Enrique.

Przyszedł on do drużyny, by ją przebudować. Razem z nim zatrudniono obrońcę Jérémy'ego Mathieu, pomocnika Ivana Rakiticia i napastnika Luisa Suáreza. Ta trójka miała przyspieszyć grę, sięgnąć po środki rozerwania obrony rywala zapomniane przez poprzednich trenerów: szybki atak, stałe fragmenty gry, długie podania.

Wszystkie te metody święciły triumf w niedzielny wieczór. Kiedy superzmotywowany Real osiągnął przewagę w środku pola, Messi zacentrował z wolnego, a Mathieu, wygrywając powietrzny pojedynek z Sergio Ramosem, zdobył gola.

Reakcja gości była godna uznania. Przewaga Realu nasiliła się, a wyrównujący gol Ronaldo po akcji z Modriciem i bajecznej asyście Benzemy potwierdzał, że Katalończyków czeka tego wieczoru droga przez mękę. 23 sekundy wcześniej Neymar powinien podwyższyć na 2:0, ale podał piłkę Ikerowi Casillasowi, zamiast wpakować ją do siatki. 22-letniemu Brazylijczykowi w meczach na najwyższym poziomie wciąż brakuje dojrzałości i odpowiedzialności.

- To był szalony mecz - ocenił jeden z jego bohaterów Javier Mascherano. Argentyńczyk był sercem Barcelony, przywódcą grupy świadomej, że trudne chwile trzeba przetrwać, minimalizując straty. Kiedy Messi snuł się po boisku, Neymar wikłał się w jałowych dryblingach i tracił piłkę, a Suárez nie potrafił zagrozić rywalom, defensywa Barcelony trwała zaś niezłomnie na straży szczęśliwego remisu. Real dominował, Real przygniatał, lewy obrońca Marcelo nie dość, że całkowicie wyłączył z gry Messiego, to jeszcze sam wykonywał tricki w jego stylu i slalomy między Katalończykami.

Barca gasła aż do 55. minuty. Modrić, Kroos i Isco zdominowali bój o środek pola, górując nad Iniestą i Rakiticiem. I właśnie wtedy w szalonym meczu dokonał się kolejny zwrot. Prawy obrońca Barcy Dani Alves dostał piłkę 70 m od bramki Casillasa. I wbrew zasadom obowiązującym w Barcelonie do ubiegłego sezonu - zagrał 50-metrowe podanie do samotnego, wysuniętego Suáreza otoczonego przez pięciu graczy Realu. Urugwajczyk ich wyprzedził, cudownie przyjął piłkę i strzelił obok nóg bramkarza. To kompletnie rozbiło "Królewskich".

"Wiwat napastnicy" - napisał dziennik "El Pais", komentując, że Suárez i Benzema ratują podupadający status klasycznego snajpera. Potrafią się wydobyć z cienia Messiego i Ronaldo i wpłynąć na rozstrzygnięcia meczów ważnych jak wojny. - Gol Suáreza nas zabił - przyznał Pepe.

Przez ostatnie pół godziny dominowała Barca. Bezdyskusyjnie. Modrić i Kroos stracili siły, Enrique wpuścił Busquetsa i Xaviego, którzy zdominowali środek boiska. Neymar slalomował między apatycznymi obrońcami gości, ale strzelał na wiwat. Prawie 99 tys. ludzi na Camp Nou poczuło się wreszcie pewniej. Real miał jedną szansę na wyrównanie, po strzale Benzemy piłka odbiła się od nóg Piqué, ale bramkarz Claudio Bravo - kolejny nowy w drużynie - dołożył ważną cegiełkę do budowli z napisem "zwycięstwo w Gran Derbi".

Carlo Ancelotti powiedział, że Real jest pokonany, ale nie czuje się złamany. 4 pkt przewagi w tabeli na dziesięć kolejek przed końcem nie przesądza o tytule dla Barcy. Katalończycy pojadą jeszcze na mecz z Atlético na Vicente Calderón, zagrają w Sewilli z Grzegorzem Krychowiakiem, a także podejmą na Camp Nou Valencię, która traci do Realu tylko 4 pkt. Biorąc pod uwagę, że Barca potykała się już o Sociedad, Malagę, Celtę czy Getafe, odrobienie takiej straty jest wykonalne. W dwumeczu lepszy jest Real, który jesienią na Santiago Bernabéu wygrał z Katalończykami 3:1. Pytanie, czy porażkę na Camp Nou "Królewscy" potraktują jako punkt zwrotny? Ostatnio gracze Ancelottiego popadli w dekadencję. Zaledwie miesiąc temu to Real wyprzedzał Barcę czterema punktami.

Więcej o: