Pomocnik Xabi Alonso mówił, że jest dumny, obrońca Alvaro Arbeloa, że drużyna przestała się bać Katalończyków. Gdyby futbol ograniczał się do suchego wyniku, można by powiedzieć, że w środę nie stało się nic. "Królewscy" 14. raz z rzędu nie wygrali z Barceloną w ciągu 90 minut. Zremisowali 2:2 i przez porażkę w pierwszym meczu 1:2 nie obronią Pucharu Hiszpanii.
Tak blisko zwycięstwa w El Clásico Real rządzony przez Jose Mourinho jeszcze nie był. Zagrał mecz wielki, właśnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebował.
Fantastyczna pogoń w drugiej połowie - wcześniej goście strzelili dwa gole - wymiotła z prasy plotki o podziale w szatni Realu i odejściu portugalskiego trenera, uciszyła kibiców, którzy w niedzielnym spotkaniu z
Athletic Bilbao wygwizdali Mourinho.
"Po takich meczach fani nie będą na niego gwizdać" - komentował "El Pais". "
Madryt pozbył się kompleksu i był o centymetry od fantastycznego osiągnięcia" - emocjonowała się "Marca". Hiszpańskie gazety piszą, że Portugalczyk wsłuchał się w głosy kibiców i ekspertów, którzy domagali się bardziej ofensywnego stylu gry.
Ale tak naprawdę Mourinho nie wymyślił niczego wyjątkowego.
W ostatnich El Clásico jego drużyna świetnie zaczynała, pierwsza strzelała gole. Piłkarze z Madrytu uniemożliwiali rywalom rozgrywanie akcji i groźnie kontratakowali. Im bliżej było końca meczu, tym mniej mieli jednak sił. Pozwalali rywalom na coraz więcej i przegrywali.
Tym razem w morderczej bieganinie wytrwali do ostatnich sekund. W drugiej połowie grali nawet lepiej niż w pierwszej, mieli piłkę przez 51 proc. czasu, co na Camp Nou jest osiągnięciem niezwykłym.
Mourinho nie pomylił się przy wyborze jedenastki - swoje najlepsze El Clásico rozgrywał wcześniej permanentnie w nim zawodzący Mesut Özil, świetną decyzją było przesunięcie do środka pola Fabio Coentrao, który przez całą karierę biegał na lewej stronie boiska. Po przerwie portugalski trener dokonał trafnych zmian. Katalończycy drżeli do ostatnich sekund, bo na ich bramkę nacierali José Callejón i
Karim Benzema.
Gospodarze przetrwali, bo Real grał bardzo nieskutecznie. Nie wykorzystywał błędów Barcelony, świetne szanse na gole marnował na początku i końcu spotkania. To też wyjątkowe - w poprzednich El Clásico częściej atakowała i strzelała
Barcelona.
Nie zmieniło się jedno. Po meczu piłkarze i trener Realu rzucili się z pretensjami do sędziego. Bramkarz Iker Casillas w tunelu krzyczał, by Teixeira Vitienes poszedł świętować razem ze zwycięzcami (później przeprosił, tłumaczył, że puściły mu nerwy). Mourinho na konferencji powiedział, że w szatni jego piłkarze wzdychali, że zwycięstwo na Camp Nou jest niemożliwe. Sytuacje, w których błędy popełnił w środę arbiter, trudno zliczyć, ale mylił się na korzyść jednych i drugich.
W lidze Real wciąż jest faworytem. Nad Barceloną wypracował pięć punktów przewagi, a od środy Katalończycy nie mogą być pewni, że w kwietniu na Camp Nou odrobią do lidera trzy punkty.