Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Rafał Stec: Aż poleje się krew

Mourinho zachował się haniebnie, prymitywnym gestem zapaskudził święto futbolowej sztuki wysokiej. Oburzać się, że mecz oglądali młodzi ludzie i są oni przez przez Mourinho deprawowani, przychodzi mi z większym trudem, bo oglądanie wyczynowej piłki na najwyższym poziomie generalnie wywołuje głównie wychowawcze szkody.
Być może jestem powakacyjnie wyposzczony, ale pochłaniając środowe El Clásico, czułem niebo w gębie, po świetnym pierwszym meczu nastąpił jeszcze świetniejszy rewanż, po cichu umieszczałem go już w prywatnej antologii najwspanialszych futbolowych spektakli widzianych w życiu, w końcówce na stojąco kibicowałem obu bramkarzom, by żaden gol więcej nie padł, by piłkarze dołożyli nam jeszcze dogrywkę, a może z rozpędu zabawiali się na boisku do białego rana. Choć sezon ledwie ruszył, to nie ma pewności, czy przeżyjemy jeszcze wieczór bogatszy w estetyczne wzruszenia - bo bardziej frapujące wieczory raczej przeżyjemy, Superpucharowi Hiszpanii trochę brakowało stawki, jak wszystkim pucharom z mylącym przedrostkiem "super".

Przybywa za to argumentów dla tezy, że Barcelona z Realem Madryt uleciały tak wysoko, że zniknęły z oczu konkurencji nie tylko krajowej, ale i międzynarodowej. Że zdmuchnęłyby z murawy i najmocniejsze dziś kluby, włącznie z Manchesterem United, i najmocniejsze reprezentacje, włącznie z hiszpańską. Że doświadczamy ery w dziejach dyscypliny bezprecedensowej - absolutnej hegemonii dwóch drużyn, które dzięki wspaniałemu szkoleniu i zniesieniu granic międzypaństwowych zebrały u siebie wirtuozów zdolnych zająć wszystkie miejsca w czołowej dziesiątce plebiscytu na najlepszych graczy roku na planecie. Barcelona powinna zaraz jeszcze wypięknieć - dotąd piłkarze importowani przez nią z zagranicy, także fenomenalni, zderzali się ze światem zbyt dla siebie obcym i rozczarowywali, ale teraz wreszcie zwerbowała pewniaków - wychowanego przez siebie Cesca Fabregasa oraz ledwie wystającego nad murawę dryblera Aleksisa Sáncheza, ulepionego na obraz i podobieństwo wszystkich katalońskich napastników. A Realowi do ideału brakuje chyba tylko drapieżnego, wszechstronnego, ruchliwego i chętnie harującego snajpera klasy Samuela Eto'o lub Wayne'a Rooneya.



W normalnych okolicznościach Europa pochylałaby się dziś nad ewolucją madryckiej taktyki José Mourinho i debatowała, czy Real istotnie się do poziomu Barcelony zbliżył, czy wręcz przeciwnie - skoro nie umiał jej pokonać teraz, mimo swojej rewelacyjnej gry oraz kondycyjnej wątłości rywali, to w szczycie sezonu znów zostanie dotkliwie wychłostany. Niestety, Europa głównie trzęsie się z oburzenia, bo zanim mecz się skończył, madrycki piłkarz brutalnie zaatakował nogi Fabregasa, a madrycki nadtrener usiłował wsadzić paluch w oko jednego z trenerów katalońskich, którego imię z właściwą sobie wyrafinowaną subtelnością przekręcił potem na slangowe określenie penisa.

Też się trzęsę, ale bardziej z niesmaku niż oburzenia. Mourinho zasłonił paluchem całą magię odprawianą na boisku, zachował się trochę jak dyrygent, który po arcydzielnym koncercie zdejmuje spodnie i żegna publikę filharmonii swoim wypiętym siedzeniem. Zachował się haniebnie, prymitywnym gestem zapaskudził święto futbolowej sztuki wysokiej.

Gwałtownie oburzać się, że mecz oglądali młodzi ludzie i są oni przez przez Mourinho deprawowani - nad czym się powszechnie ubolewa - przychodzi mi z większym trudem, bo oglądanie wyczynowej piłki na najwyższym poziomie generalnie wywołuje głównie wychowawcze szkody. Kiedy portugalski nadtrener nie umie z godnością przegrać, przygniata go przynajmniej powszechne potępienie, i to również wśród "swoich", czyli ludzi związanych z Madrytem - z czego płynie nauka, że nawet fachowiec uchodzący za najznakomitszego w świecie może stracić szacunek, jeśli przestanie być przyzwoity. Kiedy natomiast piłkarze ordynarnie i świadomi szpiegujących ich kamer oszukują na boisku, by wyłudzić zwycięstwo, jednomyślności nie ma. Nadal zdarza się, że ktoś zauważy, iż X postąpił brzydko, ale generalnie przyjęliśmy szwindel za integralną część gry w piłkę nożną, więc przesadnie żołądkować się nie wypada. A przecież niemal każdy mecz jest już paradą mniejszych i większych kłamstw. Co więcej, kłamstwo często popłaca.



Notorycznie kłamią też wielkonakładowe hiszpańskie gazety sportowe związane z Katalonią bądź Madrytem - jawnie stronnicze, bezwstydne w wymyślaniu piramidalnych bzdur lub wręcz retuszowaniu zdjęć, byle dowieść, że np. spalonego nie było, ich drużyna została okradziona, przegrała nie z przeciwnikiem, lecz sędzią. Podsycają niezdrowe emocje, chcą rywalizacji między potęgami fanatycznej, bo fanatyczne lepiej się sprzedaje. Nienawiść czuć nawet w internetowych dyskusjach polskich kibiców Barcy i Realu - żaden inny antagonizm klubowy (mówimy o piłce zagranicznej) nie prowokuje na forach równie wściekłych bijatyk, właściwie uniemożliwiających merytoryczną wymianę argumentów. Jej uczestnicy też często wierzą, że o wynikach decydują wyłącznie nieuczciwi sędziowie. Oczywiście należący do szerszego spisku.

W Hiszpanii już nawet publiczna telewizja TVE manipuluje zapisem filmowym, by wmówić widzom, że to kataloński trener uderzył w głowę Mourinho, zanim przyjrzał się z bliska paluchowi tego ostatniego. A tamtejsze futbolowe władze pozorują kary - czytam, że zamiast wydalić Mourinho z boiska na dobry miesiąc i zawiesić innych bohaterów pomeczowej bójki, mają objąć sankcjami tylko kolejne mecze o Superpuchar. A skoro Real z Barcą poprzednio biły się o to trofeum 14 lat temu, to niewykluczone, że przyszli skazani wyroku na trybunach nie odsiedzą nigdy. To nie byłaby nawet kara symboliczna, to byłaby kara tak żałosna jak osławione 600 euro grzywny nałożone na Real Saragossę za rasistowskie obelgi rzucane przez kibiców na Samuela Eto'o. I późniejsze 900 euro za recydywę.



Ci, którzy są z Mourinho blisko, lubią opowiadać, że to prywatnie miły w obejściu, ciepły człowiek, że jako trener wkłada maskę gangstera i samego siebie w roli "Special One" nie znosi. Teraz też madrycka "Marca" - jeden z owych dzienników nałogowo publikujących bzdury wyssane z palucha - doniosła, że portugalski nadtrener wstydzi się swojego postępowania. Niestety dla prasowych adwokatów Mourinho jego rzecznik prasowy prędko zadzwonił ze sprostowaniem - jego pracodawca niczego nie żałuje.

Dlatego wojna będzie trwała, a klarowny, wprost westernowy podział na barcelońskie imperium dobra reprezentowane przez jej delikatnych wirtuozów oraz madryckie imperium zła reprezentowane przez brutali w typie Mourinho czy obrońcy Pepe jeszcze ekscytację świata wzmoże. Wielki sport jest pasjonujący, wielki sport zalany krwią jest pasjonujący po wielokroć, wyzwala skrajniejsze emocje. I chyba powinniśmy się bać eskalacji. Trener Realu gwałci psyche podwładnych - w Interze Mediolan Wesley Sneijder mówił, że jest gotów dla niego umrzeć, w Hiszpanii skaczą sobie do oczu gracze przyjaźniący się od kilkunastu lat. Mourinho balansuje na cieniutkiej linii, bo ostatnio podgrzewa typów wrzącokrwistych - jak wspomniany Pepe, bandyta w chwilach napięcia ziejący tępą agresją, okładany już za boiskowe zbrodnie 10-meczowymi dyskwalifikacjami. On pewnego dnia naprawdę może jednemu z katalońskich szkrabów wyrządzić krzywdę na zakończenie kariery. Co byłoby finałem barcelońsko-madryckiej opowieści dość naturalnym - pozytywny bohater ginie, ale zwycięża.

Więcej o: